You are either already subscribed or there was an error
Your entry has been submitted
Sorry, your entry could not be submitted
Łowca głów cz. 4
2007.08.01
Click here to add text
Wiedział, że czekanie w Twierdzy, noc w noc, jedynie go osłabi. Wiedział o tym, że każda kolejna chwila bez snu osłabiała jego wzrok, reakcje, szybkość. Nie mógł sobie na to pozwolić. W noc, kiedy to postanowił opuścić mury swego zamku, nakazał swemu słudze, Urtalowi, by tej nocy spał w jego łożu. On sam zaś spał w przebraniu stajennego w stodole. W chwili, gdy księżyc wraz ze swą armią ciemności zdominował pola nieba, w zamku rozległ się krzyk dochodzący z apartamentów Vassira. Krzyk młodego Urtala, którego pan wysłał na pewną śmierć. Sam zaś Vassir odpoczywał, albowiem nadchodziły ciężkie czasy. Już dawno nikt na niego nie polował. Już dawno on nie polował na nikogo. Ruszył o świcie. Shol, czarny ogier Vassira, przygotowany był do drogi już od kilku dni. Czekał, odpoczywał, przyzwyczajał się do ciężaru, jakim niewątpliwie będzie postać rycerza, mierzącego dwa metry wzrostu. Ubrany w czarną kolczugę rozejrzał się po dziedzińcu, ku centrum którego kierował swe kroki. Śpiew ptaków zakłócał niezwykłą ciszę, panującą w okolicy. Chmury przesuwały się powolnie, jednakże ich barwa sugerowała deszcz w najbliższych godzinach.
Szedł powolnym, dostojnym krokiem. Omijał kłaniające się mu sługi zamku. Wiedzieli oni albowiem, że może już swego pana nie zobaczą. Dosiadł ogiera... Spoglądał w stronę biegnącego dosyć niezdarnie Troylena. Ten zaś pod pachą dzierżył ostrze swego pana. Wyszczerzywszy swe zęby rzekł:
- Tak jak kazałeś mistrzu... Mój brat zajął się tym.
- To dobrze... Bardzo dobrze. Przekaż mu, że jego syn jest w Domu Śmierci... Ale nie radziłbym szukac go, samemu.
- Taak... Panie. Przekażę. Kiedy można się spodziewac mości wielmożnego? - głos jego przeszedł diametralną zmianę. Już nie był to roześmiany głosik, acz głos pełen strachu, obrzydzenia jednocześnie. Randal zaś wciąż mówił z lekką dozą patosu i kpiny...
- Nie wiem. Nie szukajcie mnie. Jeśli jednak wrócę, a Zamek będzie zaniedbany bądź co gorsza, sprzedacie go. Każdego z was wyśle na takie tortury, o jakich nawet nie słyszeliście. Dopilnuję, by każda minuta była dla was minutą błagalnych jęków o rychłą śmierć. A ona nie nadejdzie... - odparł gniewnie. Przewiesił Mequna przez plecy i odjechał galopem w stronę Klardas. Jednego z dwóch największych miast Brehderton, państwa na Zachodzie Świata. Albowiem Świat dzielił się na Zachodni, Wschodni, Północny i Południowy. Każda z części posiadała dwa państwa, które żyły w militarnych sojuszach. Sojuszach będących jedynie przykrywką dla sporów handlowych i zimnej wojny, do której najmowani byli zabójcy, oszuści... i Vassir. Jeden z największych zabójców Zachodu. Czyżby ktoś chciał zając jego miejsce? Niemożliwe. Albowiem Vassir nie zabijał dla pieniędzy, a przynajmniej nie w formie wynajmowania swoich usług... Sam był jednym z ważniejszych dostarczycieli surowców handlowych, dlatego też jemu samemu zależało na sprawnych transakcjach. Kto wie, czy ta sprawa nie będzie jego najwspanialszą w całym życiu.
Koń pędził jak oszalały, gdyby przymrużyć oczy widać byłoby jedynie długą smugę. Niczym wiatr... Pod bramami Klardas znaleźli się pod wieczór, kiedy to strażnicy nie wpuszczali zbrojnych do miasta, albowiem brali ich za potencjalnych zbójów. Jednakowoż należy wziąć pod uwagę fakt, iż Randal Vassir nie był potencjalnym zbójem. On był zbójem, zabójcą, awanturnikiem, za którego głowę licytowali się wszyscy trzej najwięksi potentaci handlowi z miasta. To właśnie wśród nich Vassir widział pierwszy trop. Bo któż by inny chciał śmierci rycerza? Powoli podjeżdżał do strażników, którzy uważnie zaczęli mu się przyglądać dobre kilka minut temu, kiedy to jeszcze galopował przez most...
- Czemuż tak późno przybywacie do miasta? - odezwał się jeden ze strażników.
- Zatrzymały mnie sprawy rodzinne. - odparł rycerz ochrypłym, grubym głosem.
- Broń posiadacie ? - spytał ten drugi, uważnie przyglądając się ostrzu zawieszonemu na plecach.
- Owszem, na plecach. - Odparł zimno.
- Wiecie, że nie wolno nam wpuszczać osobników z bronią.
- Macie wybór... Żyć, albo nie żyć. Co wybieracie?
- Grozisz nam? - zacisnęli pięści na rękojeściach swych mieczy
- Odpowiedź padła. Chcecie zginać. - Rzekł Randal i błyskawicznie dobył miecza, znajdującego się na jego plecach. Błysnął Mequn w świetle księżyca niczym kryształowy miecz owładnięty niebiańską mocą. Głowy opadły. Obie naraz. Coś przerwało mu piękne chwile upajania się nad zwłokami i świeżą krwią. Świst...
Strzała wbiła się w ramię, przebijając je na wylot. Później trafiły go jeszcze dwie, każda o około 10 centymetrów niżej. "Świetna precyzja, moja Śmierci..." Rzekł w myślach Vassir. Upadł z konia. Minęło dobre 20 minut zanim się podniósł. Już nic nie stało na przeszkodzie, aby wejść do miasta... oprócz przeszywającego bólu.
Dotarł do karczmy "Pod Wichrującym Płaszczem".