You are either already subscribed or there was an error
Your entry has been submitted
Sorry, your entry could not be submitted
today shot for all and story for my friends from Poland :))
2007.09.26
#1
Click here to add text
#1
Motto:
„...według moich zasad każdy pisarz – niezależnie od tego, czy jest najlepszy czy najgorszy – powinien zdawać prostą i szczerą relację ze swego własnego życia, nie zaś opowiadać o tym co słyszał o życiu innych...”
Henry David Thoreau „Walden” PIW 2005
Życie po byciu lekarzem
Nie ma pewności, czy istnieje życie po byciu lekarzem. Więcej osób wierzy w życie pozagrobowe niż w po-zawodowe. W końcu o życiu po śmierci zapewnia się od wieków i powtarza to po wielokroć. Powtarzanie zawsze umacniało wiarę i pewnie z tego powodu wymyślono pacierze.
Mimo braku szans na przekonanie kogokolwiek z kolegów, że istnieje życie po-zawodowe, doktor Matylda Przekora zastanawiała się, do czego doprowadzi uporczywe powtarzanie tego dziwacznego określenia. Jak długo by nie rozmyślała, zawsze dochodziła do tego samego wniosku: głoszenie teorii o życiu po-zawodowym wywołuje niepotrzebne zdziwienie i paczenie jedynie słusznych poglądów. Uważała, że jest najbardziej jaskrawym przypadkiem życia po-zawodowego, jaki zanotowały kroniki towarzyskie, świadczącym, że życie takie istnieje, choć prawda ta nie została udokumentowana zgodnie z wymogami modnej od paru sezonów medycyny faktów.
Miała się dobrze, nie wyglądała na zbłąkana, zagubioną, oklapniętą intelektualnie, ale niełatwo dowieść, że to nie fikcja, na przykład literacka. W duszy doktor Przekory rozwijały się uczucia niskie i podłe, do tej pory zupełnie jej nieznane. Były to uczucia przez całe jej życie zakazane, a przez to słodko grzeszne. Gdy słyszała jadącą na sygnale karetkę pogotowia, odczuwała boską ulgę, że to nie ona siedzi w środku balansującego na zakrętach samochodu. Świadomość, że nikt nie może jej zmusić do dyżurowania, sterroryzować ani zagrozić administracyjnymi rygorami popychała do zupełnie nowych obyczajów. Bezwstydnie godzinami słuchała muzyki operowej, analizowała frazy i ciepło brzmienia głosów, kompletnie przy tym nie przejmując się długością kolejek zbolałych pacjentów wysiadujących pod gabinetami kolegów. Odmawiała telefonującym koleżankom wysłuchiwania opowieści o trudnych przypadkach medycznych, nie chciała znać wyników badań przyjętych wczoraj pacjentów, nie była też ciekawa, ile osób zrobiło awanturę ani co nowego wymyśliła kierownicza siła przychodni.
Potrafiła w środku dnia snuć się bez końca po sieci, planując podróże do Monte Carlo. Obliczała koszt ekspedycji z uwzględnieniem pobytu w pięciogwiazdkowych hotelach. Musiała takie wybierać, bo o inne miejsca do spania w Monte Carlo niełatwo. Gdy była w dobrym humorze, dorzucała do wirtualnych kosztów przelot helikopterem z lotniska Cote d’Azur do Monaco. Odtwarzała swój naturalny kod genetyczny egoizmu i walki o swoje, niszcząc polimorficzny gen służebności wobec całego świata. Dobrze się czuła w roli osoby z prawomocnie dozwolonym egoistycznym podejściem do życia. Miała wrażenie, że dostała nową tożsamość i gra rolę koronnego świadka w poszlakowym procesie o istnienie życia po-zawodowego.
Nieskromnie zadowolona z siebie i prowadzonego niesłużalczego trybu życia, doktor Matylda Przekora w słoneczne kwietniowe południe zmierzała w stronę przystanku sto siedemdziesiąt pięć.
– Jedzie pani na drugą zmianę do szpitala? – zapytała stojąca pod wiatą sąsiadka, znana w okolicy pobożnisia.
– Nie, nie jadę do szpitala. Już tam nie pracuję – odrzekła Matylda.
– Jak to pani tam nie pracuje? To gdzie pani pracuje, jak tam pani nie pracuje? – dociekała pobożna.
– Nigdzie.
– Co też pani opowiada! – oburzyła się sąsiadka. – A powołanie?!
– Nie czuję – Matylda krótko zbyła pobożną.
– To niemożliwe, powołanie jest na zawsze. To dar dany od Boga.
– Widocznie pan Bóg dał mi powołanie na czas określony i mój termin minął. Wie pani, tak jak w umowie o pracę.
– Ależ pani doktor głupoty opowiada – pobożna była wyraźnie poirytowana.
– Może i opowiadam głupoty – jak to pani elegancko ujęła – ale tu chodzi o mnie i nieśmiało zauważam, że wiem co mówię.
– Pani musi pracować, bo ma pani powołanie, od Boga powołanie – dowodziła pobożna.
– Bóg dał, Bóg wziął – zna pani to powiedzenie – Matylda odczuła potrzebę zademonstrowania, że detale katolickiej obyczajowości nie są jej obce, po czym wsiadła do autobusu, który nadjechał niczym na zamówienie. Lubiła punktualność warszawskich autobusów. Dziś miała nawet wrażenie, że uchroniły ją od odbycia przymusowej spowiedzi w pobliskim kościele. Jaki grzech musiałaby wyznać? To oczywiste – grzech zaniechania realizowania boskiego daru powołania.
Przez niedomytą szybę autobusu widać było pobożną, która robiła się coraz mniejsza, niewyraźna, aż wreszcie po kilku minutach zupełnie niewidoczna.
Po kwadransie autobus dojechał do pętli przy lotnisku. Wszyscy pasażerowie zmierzali do hali przylotów. O czternastej lądował samolot z Chicago. Niewielką halę wypełniały stęsknione rodziny, podejrzani pośrednicy, wydelegowani pracownicy międzynarodowych korporacji z nazwiskami odbieranych szefów przyjeżdżających na posiedzenie zarządu oraz energiczni taksówkarze mruczący pod nosem swoje mantry o tanich przewozach do innych miast.
Matylda stanęła obok starszej kobiety ubranej w krótki kożuszek. Pełna zdenerwowania szukała okazji do rozmowy.
– Pani, pięć lat czekam na powrót syna i doczekałam się. Ożenił się w tej Ameryce. Mówi, że żona to dobra kobieta. Mają córeczkę.
– A jak na imię ma wnuczka? – zapytała Matylda.
– Pani, jakoś tak po zagranicznemu... coś jakby... renifer... po naszemu powiedzieć...
– Jennifer? – wtrąciła Matylda.
– Chyba pani utrafiła – z wyraźną ulgą potwierdziła kobieta.
Samolot wylądował punktualnie i po kwadransie w drzwiach ukazała się kuzynka Tereska, powracająca z długiej wyprawy za ocean. Na widok ciotki Matyldy zamachała ręką i po chwili witały się serdecznie.
– Czym pojedziemy do domu, może taksówką? – zapytała Tereska.
– Mamy blisko do autobusu, chyba nie warto wydawać pieniędzy – Matylda nie przepadała za lotniskowymi taksówkami w żadnym mieście.
– Muszę w takim razie trochę przepakować bagaże.
– Dobra. Ja tymczasem popatrzę jak wygląda syn mojej nowej znajomej z lotniska.
Do kobiety w kożuszku podbiegł wysoki blondyn ostrzyżony na jeża. Objął matkę mocnymi ramionami i ucałował serdecznie.
– Synek, synek kochany, mój malutki – rozszlochała się i cmoknęła go w policzki chyba z pięć razy z każdej strony.
– Mamo, to jest... – zaczął niepewnym głosem wycałowany synek. Za nim stała drobna, czarnoskóra kobieta z dziewczynką na ręku.
– Moja babcia, moja babcia – niespodziewanie i po polsku zawołała uradowana dziewczynka.
– Synku... Synku... coś ty... – zdążyła tylko powiedzieć babcia i osunęła się na podłogę nim ktokolwiek zdążył ją podtrzymać.
– Mamo... mamo... co ci jest? Mamo, zapomniałem ci napisać... O Boże, ona chyba nie oddycha. Niech ktoś zawoła pogotowie! Mamo! obudź się – błagał drżącym głosem synek. Wokół kobiety i synka gromadzili się ludzie. Gapili się. Widok był lepszy niż w brazylijskim serialu. Był na żywo i bez biletów.
– Przepraszam państwa, proszę o przejście. Jestem lekarzem! – Matylda słyszała to sloganowe powiedzenie, dobiegające do niej jak gdyby z oddali.
Głos miał irytującą, paniusiowatą tonację. Poznałaby tę tonację nawet na końcu świata. Zawsze ją złościła, gdy odsłuchiwała swoje radiowe pogadanki o zdrowiu.