Nie ma pewności, czy istnieje życie po - zawodowe. Mimo braku szans na przekonanie kogokolwiek doktor Matylda Przekora zastanawiała się, do czego doprowadzi powtarzanie tego dziwacznego określenia. Miała się dobrze, nie wyglądała na zagubioną czy oklapniętą intelektualnie, ale niełatwo dowieść, że nie była to fikcja literacka. W duszy doktor Przekory rozwijały się uczucia do tej pory zupełnie jej nieznane, przez całe jej życie zakazane, a przez to słodkie. Świadomość, że nikt nie może jej zmusić do pracy popychała Matyldę w kierunku nowych obyczajów. Godzinami słuchała muzyki operowej, analizowała frazy i ciepło brzmienia głosów, kompletnie przy tym nie przejmując się długością kolejek pacjentów wysiadujących pod gabinetami kolegów.
Potrafiła w środku dnia snuć się po sieci, planując podróże do Monte Carlo. Obliczała koszt ekspedycji z uwzględnieniem pobytu w pięciogwiazdkowych hotelach. Gdy była w dobrym humorze, dorzucała do wirtualnych kosztów przelot helikopterem z lotniska Cote d'Azur do Monaco. Dobrze się czuła w roli osoby z prawomocnie dozwolonym egoistycznym podejściem do życia. Miała wrażenie, że dostała nową tożsamość i gra rolę koronnego świadka w poszlakowym procesie o istnienie życia po-zawodowego.
W słoneczne kwietniowe południe zmierzała w stronę przystanku sto siedemdziesiąt pięć.
– Jedzie pani na drugą zmianę do szpitala? – zapytała stojąca pod wiatą sąsiadka.
– Nie jadę do szpitala, już tam nie pracuję – odrzekła Matylda.
– Jak to pani tam nie pracuje? To gdzie pani pracuje, jak tam pani nie pracuje? – dociekała sąsiadka.
– Nigdzie.
– Co też pani opowiada! – oburzyła się sąsiadka. – A powołanie?!
– Widocznie pan Bóg dał mi powołanie na czas określony i mój termin minął.
-Co też pani doktor opowiada! – zdumiała się sąsiadka.
Na szczęście nadjechał autobus i Matylda uwolniła się od zwierzeń na temat szczegółów swego powołania. Po kwadransie była na lotnisku. Większość pasażerów zmierzała do hali przylotów. Matylda stanęła obok starszej kobiety ubranej w krótki kożuszek, która wyraźnie zdenerwowana szukała okazji do rozmowy.
– Pani, pięć lat czekam na powrót syna i doczekałam się. Ożenił się w tej Ameryce. Mówi, że żona to dobra kobieta. Mają córeczkę.
– A jak na imię ma wnuczka? – zapytała Matylda.
– Pani, jakoś tak po zagranicznemu... coś jakby... renifer...
– Jennifer? – wtrąciła Matylda.
– Chyba pani utrafiła – potwierdziła kobieta.
Samolot wylądował punktualnie i po kwadransie w drzwiach ukazała się kuzynka, powracająca z wyprawy za ocean. Na widok ciotki Matyldy zamachała ręką i po chwili witały się serdecznie.
Do kobiety w kożuszku podbiegł wysoki blondyn ostrzyżony na jeża. Objął matkę mocnymi ramionami i ucałował.
– Synek, synek kochany, mój malutki – rozszlochała się i cmoknęła go w policzki chyba z pięć razy z każdej strony.
– Mamo, to jest... – zaczął niepewnym głosem synek. Za nim stała drobna, czarnoskóra kobieta z dziewczynką na ręku.
– Moja babcia, moja babcia – niespodziewanie i po polsku zawołała uradowana dziewczynka.
– Synku... Synku... coś ty... – zdążyła tylko powiedzieć babcia i osunęła się na podłogę nim ktokolwiek zdążył ją podtrzymać.
– Mamo... mamo... co ci jest? Mamo, zapomniałem ci napisać... O Boże, ona chyba nie oddycha. Niech ktoś zawoła pogotowie! Mamo! obudź się – błagał drżącym głosem synek.
– Przepraszam państwa, proszę o przejście. Jestem lekarzem! – Matylda słyszała to powiedzenie, dobiegające do niej jak gdyby z oddali.
Głos miał irytującą, paniusiowatą tonację. Poznałaby tę tonację nawet na końcu świata. Zawsze ją złościła, gdy odsłuchiwała swoje radiowe pogadanki o zdrowiu.