You are either already subscribed or there was an error
Your entry has been submitted
Sorry, your entry could not be submitted
Uzupelnione wiesci z podrozy po Maroku rowerem... Malaga- Gory Riff- Gory Atlas- pustynia- Marakesz- Casablanca ;)
2008.05.20
Wiec troche wiecej z podrozy po Maroku.
Jak wspomnialem jechame z Malagi rowerem do Algeciras lapiac gumy non stop choc z nowiutkim kolem tylnym zakupionym w Maladze. Zdarzylo mi sie jechac w nocy nawet autostrada sporo kilosow, naszczescie bezpiecznie i bez wiekszego ruchu. po prostu innej drogi nie ma do Algeciras. Jak wspomnial mi o tym Tomislav z Chorwacji ze nie maz innej opcji tak nie bylo, Tom bajkowal 2 miesiace w Maroku i spotkalismy sie w Granadzie jak wracal rowerem do domu. spalismy w tej samej jaskini. W Algeciras objechalem wszystkie parkingi TIRow pytajac sie o przewoz do maroka za freeko, gdyz tak nie jedna osoba mi napotkana tak zrobila. liczy sie jako drugi kierowca. no ja nie mialem szczescia gdyz wszyscy w tym Polscy, Rosyjscy, Slowaccy i N iemieccy kierowcy azlbo wracali z Maroka bedac dzien wczesniej tam lub czekali na towar zaladunek i w europe. nie chialem spedzic kilka dni w okolicach tego miasta i ruszylem pytac sie o cene promu wszystkie firmy. Mimo ze jest to ten sam prom rozne firmy oferowaly inne ceny od 31 euro wzwyz. zostalo 15 minut do wyprawy promu, gdy jeden koles zza lady zapytal czy teraz chce, jak tak to 17 euraka. ja na to ze spoko odpowiada. szypko bilecik wydrukowal a ja biegiem z rowerem na poklad. pomarudzili przed wejsciem na prom ze powionienem z tymi pakunkami i bajkiem do zaladowni ale moj usmiech ich zmiekszyl i wparowalem na poklad z mojim calym domem ;)
Na pokladzie wszelakie ludki patrza na mnie z zaciekawieniem, a ja zadowolony ze w koncu ruszam na inny kontynent niz Europa, gdzie spedzilem 27 lat ;)
Podroz dlugo nie trwala i dotarlem do brzegu, lecz jeszcze nalezacego do Hiszpanii, enklawa hiszpanska z miastem Ceuta.
Niewiele osob wie, ale jest to miasto okryte zla slawa slynaca z brutalnosci i rasistowskiego podejscia do Emigrantow z calej Afryki probujacych sie przedostac do Europy. Na youtube mozna obejzec jak Guardia Civil strzela do nich i bije metalowymi pretami kopiac cale cialo. Wiele osob zostalo zamordowanych w ten sposob. Ja moge do Maroka dostac sie bez problemu, bo paszport unijny, lecz ludzie z Maroka czy reszty Afryki nie. Panstwowy rasizm.
W miescie ludzie zestresowanii i niezbyt zyczliwi wobec mnie, czy to pan w sklepie czy wyzywajacy mnie kierowca widzac mnie na rowerze na jezdni.
Ruszylem w kierunku granicy. Na granicy ogromne korki, osobno przejscie dla pieszych. pojazdy o blachach Unii Europejskiej przepuszcani bez kontroli choc zmuszeni do cekania w korku, gdyz Marokanczycy wjezdzajacy do kraju sa skrupulatnie przeszukiwani. osoby poruszajace sie pieszo probuja przemycic kilka niskiej wartosci towarow i puszcani lub wypuszcani wedlug laski pogranicznikow, ktorzy sa bardziej ustepliwi po otrzymaniu zaplaty. Przekraczajac szybko granice, gdyz jako jedyny jestelm na rowerze szybko mijajac korki i wypelniajac karte graniczna z informacjami o mnie i mojim celu pobytu w Maroku. W miedzyczasie koles pyta ze co ja bez bagazy, ja na to mu ze rowerem jestem. wyszedl z okienka i ze znakiem zapytania wrocil djac paszport z pieczatka. po obu stronach zasieki, druty kolczaste i szatki ubran jak i butow po udanej lub daremnej probie przedostania sie do hiszpanskiej enklawy.
Po przejsciu przez granice zaczalam odnotowywac roznice kulturowe.... ubrane plaszcze jak druidzi, domy budowane z gliny i ludzie spokojnie lezacy czy siedzacy w calej otaczajacej mnie przestrzeni.
Zajezdzajac do pierwszego wiekszego miasteczka, bedac w nieskonczonosc pozdrawiany przez ludkow, napotkalem na bazar i sprzedalem telefon by miec lokalna walute. Najadlem sie owocow i warzyw z domowym chclebem. Coz za roznica w smaku porownujac do zachodnioeuropejskiej zieleniny.
Ruszylem dalej w droge nocujac blisko domu na wzgorzu. rano otrzytmalem wode. Kolejny dzien pelen powdrowien. Kolejny nocleg pod otwartym niebem. Nastepnie wajechalem do Miasta Chefchauen wysoko w gory. I jak dotad bylem mile witany, na obrzezach miasta rowniez to po pobycie w kafejce internetowej juz o zmroku ruszylem do mediny czyli starego miasta. Tam doswiadczylem nie milego uczucia bedeac nadmiernie wzaczepianym bym trafil do ktoregos z hoteli czy ktorejs z restauracji bedac oblezany prez wielu naciagaczy nie chcacych sie odczepic. Wiec nici z ogladniecia starego miasta w spokoju i dalem sobie spokoj zjzdzajac w dol kilka kilometrow by spokojnie zasnac w erozlozonym namiocie na jednej z gor. Chefchauen jest rekomendowanym miastem w kazdym przewodniku dla turystow, wiec turysci zmienili lokalna goscinnosc w marzacych o zysku bedacych na uslugach turysciakow. Z rana porosciagalem sie i pogimnastykowalem podziwiajac piekno Natury otaczajacej mnie.
Ruszylem dalej w droge i na skrzyzowaniu drog na polnoc i na poludnie spoczalem by podjesc troche bedac zagadywany przez ludzi. Jeden z nich powiedzial, ze bede mial piekniejsze widoki choc nielatwe drogi do przebycia jak wybiore polnocna strone informujac przy tym ze jest to teren upraw konopii na haszysz i ze lokalsi beda mogli chciec ode mnie bym zakupil troche ich wyrobow, i mogo troche byc poddenerwowani na wiesc ze nie pale. Mimo to zdecydowalem sie na zjechanie rowerem wiecej polnocy. Po drodze zalapalem gume i starsza para motorzystow z Niemiec zagadali po angielsku i pogadalismy na przemian po niemiecku. zawrocili gdyz przestraszyli sie tamtych stron z uprawami konopii, opowiadajac mi o tym ze czytali o dziaciakach oblegajacych motory wciskajac haszysc do torem czy kieszenii by potem turysci byli skontrolowanii w celu wyludzenia kasy od nich. Otrzymalem od nich batony zrobiony w calosci z owocow suszonych. Ja ruszylem dalej. Po 10 km podjezdza do mnie na rowerze czlowiek zaciakawiony moja osoba i sposobem podrozowania zapraszajac do siebie do domu. Nie majac paranoji lecz troche dosyc naciagania na kase w Chefchauen odpowiedzialem ze nie pale zielska i nie jestem turysta z kasa mieszkajac w hotelach czy zywiac sie w restauracjach i troche ignorujac go jechalem przed siebie. Przedstawil mi sie i zapewnil ze nie chce biznesu ze mna robic tylko zaprosic do siebie jeszcze wyzej w gory do domu z rodzina, a bylismy juz w gorach Riff. Wycziloutowalem i pogadalem z nim, a nastepnie przyjalem zaproszenie. A z Mohamedem rozmawialismy po hiszpansku. Ruszylismu pokretnymi drozkami wysoko w gore zbaczajac z glownej drogi. Krajobraz sie upiekszal razem z powiekszajaca sie wysokoscia. Po drodze przedstawil mi swojich kuzynow bliskich i dalekich a nastepnie dotarlismy do jego domu, gdzie zostala mi przedstawiona reszta rodziny skladajaca sie w wiekszosci z meskiej czesci oraz 1 siostry oraz zaadoptowanej 5 letniej Fatimy, ktorej rodzice nie chcieli sie opiekowac nia.
Z cala Arabska rodzina pelna szczerego usmiechu i otwartego serca spedzilem 3 dni bedac ugoszczony chlebem, gotowanymi dla mnie ziemniekami jak i ryzem z surowymi warzywami, do tego herbatka mietowa i to wszystko domowej roboty. Cala rodzina byla dla mnie jak wlasna, gdzie dach nad glowa, jedzenie i mila atmosfera to podstawa dla goscia. W miedzyczasie Ahmed uczyl mnie Arabskiego, Fatima malowala i rysowala nadajac szczegolnej pozytywnej wibracji swoja zywioloscia i usmiechem. Bracia Mohameda przemili, ojciec 75 letni palacy ziolko od 50 lat trzyma sie bardzo dobrze. W tej rodzince nie bylo podzialow, raz Mohamed, raz bracia, raz siostra zajmowali sie roznymi czynnosciami domowymi. Nazajutrz pojechalismy do najblizszego miasta na Bazar by zakupic razowy chleb jak i owoce swierze i suszone razem z warzywami. Mohamed chcial za wszystko placic lecz nie moglem na top pozwolic ;) Nastepnie ruszylismy gorami kilka kilometrow malymi drozkami by odwiedzic Mahomeda siostre. Okazuje sie to najwyzsze domostwo wybudowane 120 lat temu jak i nowy dom przez meza jego siostry w starym tradycyjnym stylu czyli z gliny w promieniu wielu kilometrow z przepieknym widokiem. Siostra okazuje sie bardzo sympatyczna i usmiechnieta 18 latka (w tamtych regionach dziewczyny mlodo wychodza za maz). zostalismy ugoszczeni po wegansku chlebem wypieczonym w glinianym piecu, oliwa wytloczona z oliwek rostacyck w okol domu jak i warzywami. Ogolnie tradycyjne budownictwo domow w wiejsko gorkich obszarach bardzo mi przypominaly Andaluzje w Hiszpanii jak i jaskinie w ktorych mieszkalem..... kolorami bialo-blekitno-fioletowymi jak i gliniane sciany pokryte wapnem, ktore oddycha w przeciwienstwie to betonu. Po milej rodzinnej atmosferze ruszylismy sciezkami gorskimi do domu Mahomeda. Tam muzyczka marokanska z dvd, herbatka mietowa no i spanko w pokoju gdzie spi mlodsze rodzenstwo. ostatnie 2 dni deszczowa pogoda, wiec ruszalem w dalsza podroz na poludnie w strugach cieplego deszczu w towarzystwie Mahomeda prez 10 km gdzie sie pozegnalismy. Mohamed okazal wiele szacunku do mojego odmiennego stylu zycia i zawsze podawano do stolu wegetariansko. Ja w zamian naprawilem, dokrecilem, wyregulowalem wszystko w jego gorskim rowerze, bedac zapewniony ze jak bede wracal i jego odwiedzal to sie wyberze ze mna w wyprawe po zakupie lepszego roweru z sakwami i che podrozowac rowerem ;) Mahomed chial mi dac kaske na podroz, lecz ja nie mam w zwyczaju przyjmowac pieniedzy od ludzi nawet jak prosto z serca ze szczera checia pomocy. Zawsze jakis grosz wpadnie z mojich pokazow ulicznych czy to baniek czy fire-show. A na zycie duzo nie podszebuje bo na jedzenie i na net by uzupelniac bloga dzielac sie mojimi wrazeniami z Wami ;)
Cale szcescie ze to nie Polska i na piwo sie nie wydaje gdyz jest sie zapraszanym na herbatke otoz mietowa, a po niej nie ma sie zaniku pamieci i delektowac sie widokami i wrazeniami z podrozy mozna przez cale zycie opowiadajac jak dziadek wnukom ;)
Wiec jak wspomnialem lalo niemilosiernie i bajkowalem caly przemokniety choc niezmarzniety ruszylem dalej, bedac pozdrawiany i zagadywany przez lokalna ludnosc w tym dzieci oraz mlodziesz wracajaca wiele kilometrow ze szkoly.
jak przestalo lac na troche postanowilem przed zmrokiem rozlozyc namiot w pieknej scenerii bedac pozdrawiany przez pasterzy. Krotko po tym zaczelo lac znowu, wiec utulilem sie do spanka pozwalajac odpoczac nogom by ruszyc nastepnego dnia w dalszo podroz zmierzajac do Fez, lecz jak wspomnialem po drodze i zrobieniu 50 km sklotersi-eko-anarchisci z Francji jadacy starymi vanami zaproponowali przejazdzke, i zabralem sie z nimi w dalsza podroz i tak przez 8 dni wspolnych przygod zjechalismy Sredni i Wysoki Atlas, spalismy nad wielkimi jeziorami, nad rzekami, w dolinach, na pustynii tarzajac sie w piasku wydm ;) Wspaniali kolesie zyjacy jak ja, bez pospiechu razem doswiadczylismy wielkiej goscinnosci Berberow w wiosce Ait Labbes, ale i rowniez zepsutych Berberow przez turystow w Merzouga na pustynii jak i wiosce Khamila, gdzie zostalismy przyjecii, ugoszczenii ugotowanym kuskusem jak i warzywami co przynieslismy. Dali pokaz-wystep grupy grajacej pustynna muzyke Gnoua (lub podobna nazwa). Mila atmosferka byla. Pamietam jak przyszla starsza nadziana para z Niemiec palac cygara i zamawiajac jedzenie posluchala muzyki sprobowala trroche jedzenia zaplacila i wyszla. Sklotersi poczestowali kilka osob mocnymi trunkami, ktorych sam nie pilem a nastepnie poszlismy spac do samochodow. ja tradycyjnie na prednich siedeniach okryty kocem. Z rana rowniez tradycyjnie pierwszy wstalem z nas wszystkich i po rowerowej przejezdzce drogo wdluz pustynii wrocilem pomagac budowac mur z gliny. Jak juz wszyscy wstali zostalismy zaproszenii na herbate.... i sie dowiadujemy od jednego kolesia ze mamy zaplacic za wszystko. My w szoku, a koles nalega. My tlumaczymy ze przynieslismy jedzenie jak i trunki dla wszystkich, spalismy w samochodach itd. na nic to.... kontynuujemy ze nie spodziewalismy sie takiego obrotu sparawy po tym jak bylo to naturalne kiedy Berberowie zapraszali nas goszczac od serca, nie wyciagajac od nas kasy. Odpowiedzielismy ze nie jestesmy turystami nie spimy w hotelach lecz w samochodach i gotujemy rowniez tam a nie jadajac w restauracjach, dzielimy sie z kazdym prosto od serca. koles na to ze nie chce sluchac i oznajmi mamy spadac stamtad. Okazuje sie ze miejsce jest stworzone dla turystow, a koles co o kase nalegal sciaga turystow jeepami na pustynie by posluchali grupy, lecz nie ma nic wspolnego z muzykami jak i lokalna nieliczna ludnoscia... mieszka w miescie Meknes i jest biznesmenem. Rozmawiajac z jednym z muzykow, ktory biegle mowil po angielsku wyjasnil mi tak wlasnie sprawe, odcinajac sie od metod cwaniaczka biznesmena, lecz takze wspominajac ze zyja z turystyki, a kasa idzie dla wioski, gdyz kazdy czlonek wioski ma ciezkie zycie itd Kolesie ktorym pomagalem byli pracownikami pracujac za kase dla turystycznej pustynnej enklawy. Szkoda ze rozwiozanie widza w turystyce, gdyz nie ma to nic wspolnego z tradycyjna goscinnoscia w ubogich wioskach Berberow, gdzie nawet wody nie maja.
Nastepnie przez Oaze ogromna zajechalismy do doliny Gorges de Todra, gdzie po noclegu tam wstalem i zaczalem oczyszac rzeke ze smieci zostawionych przez turystow jak juz wczesniej wspomnialem. Nastepnie ruszylismy do Miasteczka Tinerhir, by naprawic samochody. Spedzililem tam z nimi 4 dni i ruszylem rowerem do Marakeszu 380 km kolejne 4dni przez gory Wysokiego Atlasu sypiajac i bedac goszcaony w domach Berberow. Gdybym skorzystal ze wszystkich zaprosin jak i ofert zostania na dluzej w wielu wioskach czy domostwach to zapewne spedzilbym sporo czasu ;) Po drodze niesamowite widoki, niezapomniane krajobrazy. Wjezdzajac na 2260 Tiz-n-Tizka metrowy szczyt rowerem troche sie pomeczylem, lecz w tak czystym powietrzu w gorach czlowiek regeneruje sily niemalze natychmiast delektujac sie zmieniajacym krajobrazem.
Za to jaka mialem jazde zjezdzajac ze szytu ;) Nigdy w zyciu tak nie zasuwalem i to przez dziesiatki kilometrow w dol mijajac TIRy, ciezarowki jak i autokary pelne turystow. Jestem z siebie zadowolony bo kierwca bajkowy ze mnie jest wzorowy ;) Po prostu niezapomniane wrazenia.
zjezdzajac po 30 km zatrzymalem sie u rodziny Berberow, z ktora spedzili cyklisci z kraju Baskow i Murcji napotkani przeze mnie po drodze lecz zmierzajacy w przeciwnym kierunku, a szkoda bo chlopaki spoko na maxa. Tam zostalem nie samowicie ugoszczony przez 10 osobowo rodzinke w gorskiej wiosce. Tam rowniez znalazlem zrozumienie dla mojego weganskiego dziwactwa ;) Tu mi pomogl "Paszport Weganski" w ktorym jest opisana filozofia Vegan w 80 jezykach, takze arabsku ;) mozna go zamowic w necie na stronce Vegan Society.
Zjezdzajac dalej zatrzymalem sie przy sklole podstawowej, by dac pokaz puszczania baniek im na zewnatrz szkoly. Nauczycielka mnie zagadala, powiedzialem jej, ze w polsce pracuje z dziecmi oraz jestem artysta ulicznym. Dziaciai wrocily na zajecia, a ja ublagalem dyrektorke, by mi dala 10 minut na pokaz. Za jakis moment przybyl nauczyciel francuskiego i zagadal, dal swoje 10 minut. Chcialem na spontana na zewnatrz szkoly dac pokaz, lecz wyszlo zbyt oficjalnie jak na apelu. wypuscili dzieciaki ze szkoly i ustawili w linii, a dzieciaki zaczely spiewac z mojim imieniem wyspiewywanym co jakis czas. opuszcalem banki, pokrecilem poiami, poskakalem przez skakanke i pokrecilem kijem wdajac w uczestnictwo dzieciaki. Nauczyciele kazali klaska na sygnal dany i rowno po 10 minutach zagoniono ich do klas poprzedajac churalnym Thank You Mr Lukasz. Dla mnie wazne to to, ze mogly dzieciaki sie nacieszyc i rozluznic ze sztywnych zajec ;)
Dojezdzajac do Marakeszu powoli powietrze stawalo sie coraz ciezsze dla pluc, a halas ruchu drogowego coraz bardziej dokuczajacy.
Dotarlem do osoby majacej mnie goscic z couchsurfing. Blisko domu goszczacego oblegly mnie dziaciaki nie dajacy spokoju na odpoczynek bedace natarczywe i halasliwe.... potrzebowalem czasu by dostosowac sie do tak ekstramalnej roznicy z Wysokiego Atlasu, pieknych i cichych gor do gwaru i drapiacego pluca powietrza. Nie wiem czy to kwestia przebywania odwielu tygodnii w Naturze czy Marakesz jest bardziej zanieczyszony spalinai niz kazde inne miasto w jakim bylem. Moj host mieszkal w medinie czyli starym miescie i mimo waskich uliczek wiele osob porusza sie motorami, taksowkami i samochodami prywatnymi, a starowka w Marakeszu jest najwieksza porownujac z innymi miastami w Maroku.
Przez kolejnych 5 dni w Marakeszu robilem pokazy puszczania baniek w samej medinie dla lokalnych dzieciakow i rodzin, wsrod ktorych uzyskalem ich sympatie, a takze na glownym placu Jamee el Fna. Na placu rowniez machalem ogniami, a zainteresowanie bylo przeogromne. ludzie zbierali sie juz zaraz po ujzeniu kijkow do baniek i ognii. Zanim zaczalem bylo zawsze kilkadziesiat osob, a ilosc widzow wzrastala do 100 klaskajac i usmiechajac sie. Po pokazach towarzyszyli mi oraz Amylin, ktora zbierala kaske do kapelusza lazac za nami i dawajac wyrazy podziwu ;)
Goszczaca mnie osoba mieszkala jak w palacu w 3 pietrowym domu z pania do utrzymywania go w czystosci, przeznaczonym dla 2 doslownie 2 osob. Nie do tego zwyklem przebywajac z rodzinkami zapraszajacymi mnie na herbatke; jedzenie czy przenecowanie w czasie mojej drogi. Dziecieki prosily mnie bym wrocil ponownie. Ostanie 2 noce spedzilem u lokalnych rastamanow poznanych w czasie pokazu fire show. Mieszkali 5 km od centrum. Bardzo pozytywne chlopaki. Jeden z nich probowal przdostac sie do Europy jadac uczepiony podwozia autokaru, jak i w prywatnym jachcie, ale zostal nakryty w porcie w Algeciras oraz deportowany. Panstwowy rasizm.
We wtorek wieczorem 6 maja ruszylem rowerem do Casablanki w celu wyrobienia wizy do Senegalu. Zrobilem 20 km kiedy zaczal wiac bardzo silny wiatr. postanowilem, a juz bylo ciemno, poszukac spokojnego miejsca w Naturze. Gdy znalazlem zdecydowalem sie na spanko pod gwiezdzistym niebem bez rozkladania namiotu. Po godzinie, w czasie snu cos mnie uzarlo, jakby porazenie pradem. Wstalem szybko w przekonaniu ze byl to skorpion. zaczalem szukac sprawcy wyswietlaczem telefonu. Poczulem cos w spiworze i spokojnie wytrzepalem go by ujzec cos jakby krzyzowke mega zuka z pajakiem o dlugosci 8 cm. zaczalem szukac innego miejsca na rozlozenie namiotu w poblizu, lecz okazalo sie ze jest tych kreaktor cala plaga i wsiadlem po spakowaniu spiwora na rower by oddalic sie 12 km do miasteczka. byla 2 w nocy. Zagadal mnie stroz i po wutlumaczeniu mu, ze szukam noclegu wskazal mi miejsce z dachem pod jedna z restauracji. ZA jakis cza przyszedl policjant i zagadal. wytlumaczylem mu po arabsku ze jezdze rowerem dluzszy czas i skad jestem no i ze spie na lonie natury, a nie w hotelach. Pan policjant na to ze stroz bedzie mna straza az do rana i ze policjanci beda nieopodal no i ze moge spokojnie spac . Do takiej goscinnosci policji nie zwyklem, no ale wiadomo dla policji jestem europejczykiem, a nie lokalsem ktorego by zapewne przegonili. nie wazne ze jestem takim sam jak inni.
Z rana o 5.30 pobudka, ale przysnalem na godzinke jeszcze by uslyszec kolejna pobudke w milym tonie. Zebralem sie i zostalem zaproszony na herbate mietowa. Po gadalisy sobie z jego kolegami i ruszylem w droge. Krajobrazy pelne pol zboz bez rewelacji no i niby plaskie to droga jak w gorach raz w dol raz do gory. Zrobilo sie ciekwiej wiele kilometrow pozniej widzac oaze z wioskami w tle. Zaraz po tym pojawily sie gorzyste tereny i tak do zachodu slonca. Przejechalem prawie 100 km. W czasie zachodu zboczylem z drogi by rozstawic namiot, lecz ziemia twarda jak kamien nie pozwolila na to. Wrocilem troche tam gdzie widzialem pasterzy. u sczytu jednej z gor widnial dom. wspialem sie w akompaniamencie 3 szczekajacych psow, gdy nagle wyszedl mlody koles. Spytalem sie czy moge gdzies przenocowac. duzo czasu mi zajelo by mu wytlumaczyc o co mi chodzi po zorientowaniu sie ze chlopak jest nieslyszacy czy nieumiejacy mowic dobrze, lecz zrozumial i zaprosil na herbate tlumaczac ze jest muzulmaninem modlac sie non stop. chwilowo myslalem ze to mnich. po dluzszej gestykulacji wskazal mi poslanie w innym pomieszczeniu zbudowanym z kamieni wolnopoukladanych. Milo sie spalo okryty kocem na innym kocu na ziemi. rano wstalem; kolesia nie ma a pies bez lancucha probuje mnie atakowac rozwscieczony. udalo mi sie wrocic i poczekac na chlopaka. tak jak dzien wczesniej powiedzial poszedl do wioski po chleb dla gdzie jego mama mieszka. Nie wiem czy takiego okreslenia sie uzywa by nie urazic.... chlopak byl niepelnosprawny umyslowo, bardzo mily i caly czas zapewniajacy ze jest mocno religijny i nie robi problemow.
Pozegnalismy sie i ruszylem dalej do Casablanci docierajac tego samego dnia pokonujac swoj najdluzszy dystans na rowerze w mojim zyciu... okolo 120 km, a dodac trzeba ze mam bagazu 30 do 40 kilo i kola o srednicy 26 cali, amsterdamka mi sie sni na taka trase, ale sie nie sklada jak moj rower. W dwa i pol dnia zrobilem dystans okolo 245 km, lecz tylko dlatego ze krajobraz nie tak ciekawy jak w gorach Atlas czy Riff, no i widoczna roznica spoleczenstwa na polnocy porownujac do poludnia. Na polnocy ludzie nie usmiechaja sie tak szczerze jak w gorach, a i zdarzyli sie nieuprzejmi dla mnie.
Ponownie docierajac do mojego hosta z couchsurfing, dziewczyny z Wybrzeza Kosci Sloniowej zamieszkala w Casablance okazuje sie zyjaca w europejskim stylu w ogromnym luksusowym mieszkaniu. Przedstawila mi kolezanki z Maroka oraz Gabonu Afryki. Ich zachowanie wykazuje sie tak charakterystyczne jak arystokraci raczej niz przecietna otwarta ludnosc tych krajow.