You are either already subscribed or there was an error
Your entry has been submitted
Sorry, your entry could not be submitted
sunshine
2009.04.01
Matura nie wiąże się z żadnym absolutnie rozwojem, nie powinna być żadnym symbolem dojrzałości. Jest oznaką zwykłego kujoństwa i ilości pieniędzy wydanych na korepetytorów, kursy, repetytoria i zeszyty ćwiczeń. Matura sprawia, że we łbie mam papkę, niezdolną do czegokolwiek.
Jestem w stanie stracić dzień. Całe dni. Tygodnie.
Obecnie nie jestem jeszcze przerażona, bo nie wierzę, znów, w upływ czasu, w to, że nie jest teraz październik, a ja dopiero zaczynam kursy z wosu i mam TAKIE plany.
Kurwa, jest 1 kwietnia, a mój stan wiedzy jest... średni.
Zdać - zdam, ale to chyba nie jest powód do dumy, szczęścia i radości.
Czuję się ograniczona, jedyne co czytam to notatki, podręczniki, repetytoria i lektury. Moje słownictwo zajebiście zubożało, nie pamiętam znaczenia słów, które jeszcze rok, rok! temu były na porządku dziennym.
To wszystko dookoła wkurwia, nie wiem, nie potrafię na cokolwiek się zdecydować, za cokolwiek zabrać. Nie chcę tak. Chcę czytać mądre, piękne książki, oglądać ambitne filmy i godzinami zastanawiać się nad ich sensem, nad sobą, nad życiem, światem, nad wszystkim. A potem o tym rozmawiać ze szkłem i papierosem w ręce.
I to rozwija. I to sprawia, że stajesz się człowiekiem mądrym i świadomym. Matura sprawia, że stajesz się szarakiem, kolejną osobą w tłumie, która ma swoje gówniane plany, które na 50% się nie spełnią (pod koniec czerwca trochę się zmienią proporcje).
Pesymizm, nihilizm i dekadentyzm, a co z tego, gdy teraz nie mogę z tego czerpać radości?