12/02/2011. Podróż do San Francisco

by Krystyna Knypl February. 12, 2011 6229 views

Niespokojne noce w San Francisco


Zapał do podróży miałam w 2005 roku wielki, bo ledwie powróciłam w kwietniu z Cancun, a już w maju wybrałam się do San Francisco na kongres American Society of Hypertension, który odbywał się w dniach 14 -18 maja. Leciałam przez Amsterdam 12.05.2005 o 6:40 i o 8:50 na Schiphol. Potem 11:45 do San Francisco i o 13:55 landing.


Lotnisko Schiphol ma zaletę niespotykaną nigdzie indziej. Nadawane przez głośniki komunikaty można zrozumieć. Spikerzy wiedzą z jakiej odległości mówić do mikrofonu, dzięki czemu dźwięk był czysty. Z głośników wszystkich innych portów lotniczych na całym świecie wydobywa się dudnienie, sapanie, bełkotanie, rzężenie i inne nienazwane efekty dźwiękowe. Język komunikatu nie ma żadnego znaczenia. Polski jest równie niezrozumiały w wydaniu mikrofonowym co islandzki lub staro-cerkiewno-słowiański.


Tego dnia stewardesy wyjątkowo energicznie i sprawnie odprawiały podróżnych. Kolejka przesuwała się szybko i już po godzinie wszyscy rozlokowywali się na pokładzie boeinga lśniącego świeżością. Nowe granatowo – niebieskie fotele podobały się. W oparciach poprzedzającego rzędu siedzeń umieszczono malutkie ekrany telewizorów pokładowych.
Z bogatego menu rozrywek wybrałam kanał muzyczny z przebojami lat studenckich. W miarę słuchania mój duch młodniał z minuty na minutę, ciało zaś pożywiało się strawą lotniczą. Potrawy wyszczególnione w karcie sprawiały złudne wrażenie luksusu.


Jednak dokładny opis podanego posiłku powinien brzmieć: łosoś wybitnie przesolony, wołowina nadmiernie doprawiona curry, ciastko sztucznie puszyste, sok pomarańczowy niezdrowo przesłodzony. Tylko whisky była taka, jak powinna.
Sporo czasu zajęło mi poznawanie działania pilota obsługującego program rozrywek oferowanych na pokładzie. Konstruktor urządzenia wyraźnie był pewien, że wszyscy przyszli użytkownicy będą co najmniej uzdolnionymi absolwentami informatyki. Dopiero na wysokości Grenlandii rozgryzłam zasady sterowania urządzenia. Odłożyłam jednak pilota na swoje miejsce, bo ciekawsze widoki rozciągały się za oknem. W bezchmurnej atmosferze pyszniły się niecodzienną urodą lodowe góry. Majestatyczne, samotne, groźne pociągały surowym urokiem. Grenlandia wyglądała jak ziemia zapomniana przez Boga i ludzi.


W miarę upływu czasu podróżni wstawali z foteli, spacerowali, niektórzy wykonywali ćwiczenia poprawiające krążenie krwi w nogach. Chwilami pokład samolotu przypominał wesołą wycieczkę zakładową po paru kielichach, wypędzoną na lekcję gimnastyki przez groźnego pana od wuefu.
Na ekranie telewizora wyświetlono komunikat: jesteśmy nad Queen Elizabeth Island, prędkość samolotu wynosi 926 km/h, temperatura na zewnątrz minus 43oC, do końca lotu zostało 4 godziny i 29 minut,
czas europejski 18.20, czas w miejscu przylotu 9.20.
„Wyspa Królowej Elżbiety, ciekawe że wcześniej nic nie słyszałam o tej części świata“ – pomyślałam.


Cztery godziny minęły szybko i podróżni powoli wyciągali bagaże, ustawiając się w kolejce do wyjścia. Pokład wyglądał jak gdyby przeszło się po nim stado słoni azjatyckich, wdeptując w podłogę jednorazowe kubki do napojów, wczorajsze wydania „Financial Times”, opakowania po jogurtach i papierki po cukierkach.
Szybko dotarłam przed oblicze pogranicznik, który zadał rutynowe pytanie o cel wizyty i usłyszawszy ode mnie, że jest nim kongres medyczny przystąpił do dalszych procedur czyli skanowania linii papilarnych - o czym do tej pory nie wspominałam.


Przed budynkiem przylotowym wszystkie formy taniego transportu publicznego do centrum były dziwnie ukryte. Jedyne co rzucało się w oczy, to rząd prywatnych taksówek. Kierowca o azjatyckich rysach, nie ulegając żadnym negocjacyjnym naciskom, zgodził się dowieźć mnie pod wskazany adres za trzydzieści osiem dolarów. Taksówka przypominała model produkowany na Żeraniu w latach osiemdziesiątych.


Po trzech kwadransach byliśmy przed hotelem „Super Inn" na 182 Polk Street. Budynek hotelu, mimo iż parterowy, zapewniał przyzwoity standard – przynajmniej tak zdawało mi się w na pierwsze wrażenie. Pokój był umeblowany typowo, ale
łazienka jawiła się jako tradycyjny zbiór pułapek z zakresu hydrauliki i mechaniki w wydaniu amerykańskim, nieco różniący się od zagadek europejskich już przez mnie w dużym stopniu rozwiązanych.
Uruchamianie wypływu wody odbywało się za pomocą dwóch kolistych tarcz, które w zależności od wzajemnego ustawienia regulowały przepływ wody przez kran lub przez prysznic. Początkowo wskutek nieznajomości działania tej dziwnej konstrukcji polewałam stopy wrzątkiem lecącym z kranu, a plecy lodowatą wodą z prysznica.
Hydroterapia w stylu amerykańskim zapewniła mi pobieżne odświeżenie się po podróży i znaczne ożywienie umysłowe. Po wyjściu z kąpieli dla utrzymania sprawności intelektualnej na wysokim poziomie zaparzyłam duży dzbanek kawy i ułożyła się przed telewizorem ustawionym na regale.
Telewizyjny obraz Ameryki jawił się jako nieprzerwany łańcuch przemocy, napaści, strzelaniny, alarmów i innych gwałtownych zdarzeń. Wszystko jednak kończyło się dobrze dzięki niezliczonej armii tzw. profesjonalistów wkraczających z determinacją w odpowiednim momencie.


Usnęłam bliska przekonania, że już jest nieźle przeszkolona w najnowszej medycynie amerykańskiej dzięki licznym reklamom medykamentów, a tu jeszcze przede mną było szkolenie na kongresie!
Śniło mi się , że pracuję w firmie dającej lekcje amerykańskiego spojrzenia na życie, będące niekończącym się łańcuchem relacji typu kupno-sprzedaż. Nagle obudziło mnie głośne warczenie. Zerwała się w przekonaniu, że zaraz będzie musiała zrobić coś nadzwyczajnego. Po chwili zorientowała się, że alarm jest fałszywy i powstał w wyniku wibrowania komórki na nocnym stoliku po nadejściu esemsesa od mojej córki.
Kilka minut później zawyły syreny. Tym razem była pewna, że będzie musiała przynajmniej przywdziać maskę przeciwgazową i nie dalej niż w ciągu najbliższego kwadransa kierować czołgiem. „Że też nie ustaliłam w recepcji, gdzie jest podręczne wyposażenie! – pomyślałam rozbudzona na dobre. – Ciekawe czy potrafiłabym włożyć taką maskę? A co z okularami? Chyba jednak w okularach, bo nigdzie bym bez nich nie trafiła?" – snułam szybko rozważania.


Okazało się, że to tylko samochód na sygnale przejechał w pobliżu hotelu. Ponownie włączyłam telewizję. W poszukiwaniu spokoju przełączyła się na kanał nadający wiadomości o pogodzie. Informacja, że jutro będzie 74 stopnie w skali Farenheita w San Francisco, a aż 96 stopni w Phoenix zakłopotała mnie poważnie. Nie pamiętałam jak przejść płynnie z Farenheita na Celsjusza. Przed każdą podróżą zwykle trenowałam szczegóły kursów walut, a tu nagle w środku nocy potrzebny był przelicznik temperatury.


O 4.01 ogłoszono, że jest już poranek, a o 4.20 rozpoczęły się reklamy skierowane do pań domu, obudziła się bowiem nowa target-grupa. Jako
gospodyni domowa na emigracji postanowiłam się zdrzemnąć, bo nie miała w planach na nadchodzące dni wywabiania plam, odkurzania ani budowania ogródka przed domkiem.


Europo, jaka jesteś piękna! – jęknęłam w przypływie nieoczekiwanego patriotyzmu kontynentalnego, o który nigdy wcześnie siebie nie podejrzewałam.

# 1

# 1

# 2

# 2

# 3

# 3

# 4 Subway - po latach spotkałam w Chicago, a potem przywędrował do Warszawy, sympatycznie wspominam

# 4 Subway - po latach spotkałam w Chicago, a potem przywędrował do Warszawy, sympatycznie wspominam

# 5

# 5

  Be the first to like this post
Join the conversation
2
There are 2 comments , add yours!
Tomie Poodle 8 years, 7 months ago

2005? you'll be late for your plane :))

8 years, 7 months ago Edited
Finbarr 8 years, 7 months ago

Interesting !!

8 years, 7 months ago Edited
Up
Copyright @Photoblog.com