13/02/2011. Zwiedzam San Francisco oraz rezerwat sekwoi Muir Woods

by Krystyna Knypl February. 13, 2011 10842 views

Cynamonowe drożdżówki i sekwoje


Śniadania w hotelu „Super Inn" wydawano w recepcji. Goście odbierali plastikowe kubki z kawą, zapakowane w folię przesłodzone drożdżówki, jogurty o zawartości cukru trzykrotnie większej niż w podobnych polskich produktach i udawali się do swoich pokoi. Spragnieni mogli dodatkowo zaopatrzyć się w sok pomarańczowy, a zgłodniali pochrupać płatki kukurydziane. Po zjedzeniu dwóch gumowatych, intensywnie pachnących cynamonem drożdżówek oraz wypiciu gorącego napoju, mało przypominający kawę, ruszyłam poznawać miasto.

Pierwszego dnia postanowiłam zwiedzać San Francisco nie korzystając z komunikacji miejskiej, aby wczuć się w lokalną atmosferę. Surfując w Internecie napotkałam ofertę firmy City Pass, a co więcej udało mi się wyszperać, że dziennikarze mogą otrzymać bezpłatny bilet. Czekał on na mnie w recepcji hotelowej i w następnych dniach korzystałam z niego między innymi jeżdżąc słynnymi zabytkowymi tramwajami. Bez pośpiechu schodziłam w dół Polk Street w stronę centrum, mijając kolejne przecznice. Ulice oznakowano czytelnymi tablicami w miejscach znajdujących się w zasięgu wzroku. Dodatkowo na skrzyżowaniach wyryto w betonowych płytach chodnika nazwy ulic, jeszcze pustych wczesnym porankiem.

Po kwadransie doszłam do Market Street – głównej arterii komunikacyjnej, handlowej i rozrywkowej miasta. Jak przystało na osobę leworęczną, bez trudu pomyliłam strony. Skręciwszy w prawo sądziłam, że zmierza do śródmieścia i wybrzeża. Po trzydziestu minutach dotarłam do słynnej dzielnicy Castro. Latarnie uliczne zdobiły liczne tęczowe flagi. Na wystawach sklepowych produkty reklamowali przystojni, muskularni młodzieńcy. Plakaty przedstawiające dwóch chłopaków otulonych flagą amerykańską, która skrywała nagość, ukazując jedynie splecione ramiona, można było napotkać tylko w tej dzielnicy.
Radosny festiwal przystojnej męskiej nagości i krzepy zakłócały nalepki na niektórych szybach. Ulotki zachęcały do wykonywania testów na AIDS, a fundacja dobroczynna poszukiwała wolontariuszy do zwalczania nadciągającej epidemii. To już nie była wesoła dzielnica tętniącej rozrywki, opisywana w starszych wydaniach przewodników turystycznych.

Po obejrzeniu dzielnicy Castro wsiadłam do tramwaju i przejechała w okolice The Fourth Street, aby odnaleźć hotel, w którym za dwa dni miały zacząć się obrady.
Po dokonaniu wstępnego rozpoznania terenu obrad skierowałam się ku wybrzeżu, jak się okazało okupowanego przez hałaśliwe wycieczki szkolne. Zmęczona długą wędrówką wstąpiłam do zatłoczonej meksykańskiej restauracji. Młody mężczyzna podchodził do oczekujących w kolejce zgłodniałych turystów i ustalał szczegóły zamówienia.
Jak zgadnąć co oznaczają hiszpańskie nazwy potraw? – zastanawiałam się spoglądając na wykaz zawieszony wysoko na ścianie nad bufetem.

Jakie danie jest najpopularniejsze? – zapytałam. Mężczyzna wypowiedział kilka zupełnie niezrozumiałych słów po hiszpańsku.
Proszę wymienione przez pana danie i soft-drinka - powiedziałam.
Siedem i pół dolara – rzucił kelner, a chwilę potem okazało się, że tajemnicze słowa oznaczały niewielki naleśnik z pikantnym, mięsnym nadzieniem. Dwadzieścia złotych za takie mikroskopijne danie, no cóż, nauka jak zawsze sporo kosztuje – pomyślałam bez zachwytu, popijając słodki i lepki napój z puszki.

Nieco posilona wsiadłam w skrzypiący od starości tramwaj linii F i dojechałam w okolice Union Square. Gdy szła w stronę Civic Center, spacer wymagał coraz większej uwagi. Na większości przecznic stały element krajobrazu stanowiły grupki bezdomnych mieszkańców.
Spoglądając na płyty chodnikowe w pewnej chwili zauważyłam małego miedziaka. Podniosłam monetę i stary zwyczajem chuchnęłam na jednocentówkę. Ameryka najwyraźniej dała mi szansę, wprawdzie niewielką i symboliczną, ale to już coś.
W tym kraju naprawdę pieniądze leżą na ulicy! Jak duże i gdzie, to już inna bajka – pomyślałam. Wystarczyło schylić się po nie i podnieść, co uczyniłam.
Kongres rozpoczynał się o dziewiątej rano. Kilka minut przed dziewiątą, pokonawszy kilka zakrętów rozległego foyer, dotarłam do właściwej rejestracji dla dziennikarzy, gdzie odebrałam teczkę, identyfikator i zestaw okolicznościowych gadżetów.

Na sesji plenarnej przedstawiano stare problemy w nowych sosach. Najbardziej kłopotliwe okazało się ustalenie, gdzie człowiek jest jeszcze zdrowy, a od którego punktu zaczyna się choroba.
Podano kolejną definicję nadciśnienia, nie bacząc na kilka europejskich i amerykańskich oświadczeń w tej sprawie. Dostawcy nowych definicji i podziałów przypominali użytkowników pomieszczenia, w którym ciągle ktoś przestawia meble.
Na popołudniowych sesjach dyskutowano ulubiony zjazdowy problem: co jest lepsze w przemyśle farmaceutycznym – oryginał czy podróbka?
Dobrze, że w kwestii malarstwa poglądy na ten temat są ustalone i jednoznaczne – pomyślałam znużona pokrętnymi argumentami obu stron.

Około osiemnastej zdecydowałam się na powrót do hotelu. Wybrałam kolejną przecznicę, którą można było dojść do Civic Center. Na O’Farewell Street nie było wprawdzie bezdomnych, ale dla odmiany okupowali ją liczni młodzieńcy dyskutujący w kilkuosobowych grupkach o tym, jak spędzić nadchodzący wieczór.
Niespodziewanie jeden z czarnoskórych podszedł do mnie i zaproponował jej nabycie kolorowego pisemka. Zwykle unikała kontaktu wzrokowego z przypadkowymi osobami, zmniejszając szansę na bliższą znajomość, ale tym razem to nie przeszło. Dotknęłam więc dłonią ucha i pokręciłam głową dając do zrozumienia, że jest osobą niesłyszącą. Starałam się zachować kamienny wyraz twarzy nie zdradzający żadnych uczuć.
Młodzieniec szybko zrozumiał co chciałam mu przekazać . Wyglądał na zaskoczonego. Mówić do głuchego, że coś mu się oferuje, dawało taką samą skuteczność jak pytać niewidomego o kolory. Speszony niemożnością porozumienia się powiedział odruchowo:
I am sorry, I am so sorry – i odszedł do grupy kolegów, podpierających ściany odrapanej kamienicy.

Po zakończeniu obowiązków kongresowych wybrałam się na zakupy do Macy's  – jest to mój ulubiony punkt na mapie każdego amerykańskiego miasta do robienia zakupów. Co więcej odkryłam, że obcokrajowych otrzymują zniżkę 11% i wydębiłam stosowny dokument do niej uprawniający. Dotarcie do biura obsługi to był nielichy tor przeszkód, ale udało mi się go pokonać skutecznie. Kupiłam dwie bluzki koszulowe w tym słynną dżinsową wraz z kurtką, które stał się znakiem towarowym mojego dziennikarskiego wizerunku.

Sekwoje intrygowały mnie od dawna. Gdy wyjazd do San Francisco nabrał realnych kształtów, trzeba było znaleźć także czas i fundusze na wycieczkę pod sekwoje. Różne oferty przewidywały podziwianie drzew, degustację kalifornijskich win oraz zachwyty nad krajobrazami słonecznej Kalifornii. Jednak najbardziej interesowały mnie sekwoje.


Zdecydowałam się na kilkugodzinną wycieczkę autokarową do Muir Woods National Park. Przystępna cena i niedługi czas trwania wyprawy nie kolidowały z budżetem ani z obowiązkami naukowymi. Wiedziałam, że zostanę zabrana spod hotelu i przesadzona do innego autokaru. Nie przywiązując się zbytnio do miejsca, zajęłam pierwszy wolny fotel tuż za kierowcą. Po uregulowaniu dopłaty zostałam skierowana do kolejnego z autobusów zmierzających do rezerwatu z sekwojami.

Po niespełna godzinnej podróży sekwoje były na wyciągnięcie ręki. Niewzruszone giganty w majestacie, którego nie były w stanie wzruszyć wichry, ogień ani człowiek, pamiętały tyle co zbiorowy przekaz całej ludzkości. Fotografowanie sekwoi to wielka przyjemność, a także wyzwanie - aktywny link pokazuje jak artysta pracujący National Geographic sfotografował całą sekwoję.

W dniu wyjazdu zaliczyłam tradycyjnie mocne przeżycie. Już wcześniej miałam wątpliwości co do czystości mojego łóżka w hotelu Super Inn, ale pewności nabrałam dopiero w dniu wyjazdu. Obudziłam się rano i mało nie zeszłam z tego świata z wrażenia – po rękawie mojego t-shirta wędrowała dorodna pluskwa! Na granicy nie dającej się opanować paniki zgniotłam ją przez tkaninę i wyrzuciłam bluzkę do kosza na śmieci. Po czym milimetr po milimetrze przejrzałam wszystkie zakamarki walizki, ubrań, kieszeni – nie znalazłam nic i nie przywiozłam do domu też żadnego żywego stworzenia. Jest to narastający problem w wielu hotelach amerykańskich, do tego stopnia że powstał specjalny portal, gdzie można sprawdzić stan czystości hotelu
www.bedbugregistry.co, szczęśliwie było to moje jednorazowe i bez powikłań spotkanie.Jak wynika z raportów wielu podróżnych jest to prawdziwa plaga w wielu amerykańskich hotelach.

Wracałam 19 maja 2005 o godz.16:00 z San Francisco i w Amsterdamie byłam 11:35, do Warszawy 13:55 i w Warszawie o 15:25.
Bilet kosztował 2365 pln.  Hotel miałam w promocji dla 60 plus, 6 noclegów po 70 usd = 420 x 3,1=1302 pln, razem z biletem koszty sztywne 3667. Pewnie około 200 usd wydałam na zakupu w Ralph Lauren Sport w Macy’s, wycieczka do Muir National Park nie pamiętam ile, ale łaczny koszt ekspedycji oceniam na około 4500 pln - 5000 pln.

Po powrocie wrażenia z obu podróży do Cancun i San Francisco pozostały we mnie na stałe - objawiają się do dziś zamiłowaniem do muzyki meksykańskiej oraz podróżowania do Stanów Zjednoczonych.

# 1

# 1

Śniadania wydawane w recepcji składały się z cynamonowo - rodzynkowej drożdżówki, jogurtu oraz kawy, którą można było też przygotować w niezawodnym coffee makerze. Dostępne też były bezpłatne egzemplarze USA Today

# 2

# 2

Dzięki City Pass mogłam swobodnie korzystać z komunikacji miejskiej oraz odwiedziłam jakieś akwarium. City Pass jest dostępny w Stanach Zjednoczonych oraz Kanadzie.

# 3

# 3

Plan zakupów zrobiony na podstawie przewodnika. Zachodzę w głowę dlaczego chciałam odwiedzić sklep ze strojami tanecznymi ???

# 4

# 4

W biurze prasowym kongresu

# 5

# 5

Zabytkowy tramwaj w San Francisco

  Be the first to like this post
Join the conversation
2
There are 2 comments , add yours!
Monika 8 years, 7 months ago

"...gdzie człowiek jest jeszcze zdrowy, a od którego punktu zaczyna się choroba..." - dobre ;)

8 years, 7 months ago Edited
Walter 8 years, 7 months ago

I love trains, you know... Trolleys too! :-)

8 years, 7 months ago Edited
Up
Copyright @Photoblog.com