10/08/2016. Maść tygrysia 3.0 - rozdział trzeci

by Krystyna Knypl August. 10, 2016 410 views

Poprzedni odcinek https://www.photoblog.com/mimax2/2016/08/09/9082016-masc-tygrysia-30-rozdzial-drugi/

Rozdział 3: Włości ordynatora Wielkosza 

Włości ordynatora Władysława Wielkosza w Wielkim Mieście  rozciągały się na szerokość dwóch oddziałów chorób: realnych i urojonych, rozpoznanych i przeoczonych, a z tego powodu potwierdzanych niekiedy metodą autopsji, pospolitych i rzadkich - jednym słowem wszelakich.

# 1 Włości ordynatora Wielkosza

# 1 Włości ordynatora Wielkosza

Zarówno włości ordynatorskie, jak i ich właściciel stanowili  nierozerwalną i porywająco piękną całość, budzącą podziw nieomal wszystkich zewnętrznych obserwatorów nie tylko z Wielkiego Miasta, ale i wszystkich ościennych Pomniejszych Miast i Miasteczek. Było na co popatrzeć, podziwiać, zachwycać się – każdy musiał to przyznać od pierwszej chwili zetknięcia się z czymś, co w sposób lapidarny Matylda zdiagnozowała po latach rozmyślań i przymiarek diagnostycznych jako Gustowny Folwark Medyczny.

Nad całością czuwał ordynator Władysław Wielkosz, mężczyzna o zwracającym uwagę sposobie bycia i ujmującym uśmiechu, chętnie prezentowanym w starannie przemyślanych okolicznościach.

Oczywiście nie od zawsze, nie od początku świata był szeroko znanym i na amerykańską modę szczerzącym zęby elegantem oraz obiektem westchnień pacjentów i lekarzy. W początkach swej kariery medycznej nosił się zwyczajnie, tak jak wszyscy w jego otoczeniu w owych siermiężnych latach siedemdziesiątych, z ich wszystkimi bezsensownymi ograniczeniami w dostępie do dóbr doczesnych. Koszula non-iron, pożółkła od częstego prania w proszku Ixi, krawat na gumkę i szarobura marynarka z centralnego domu towarowego stanowiły codzienny i odświętny zestaw ubraniowy przyszłego arbitra elegantiarum.

Znacząca zmiana jakościowa wizerunku ubraniowego ordynatora dokonała się zdecydowanie później gdy wpadł on w czułe objęcia Big Parmy, którą obdarzył miłością gorącą i dozgonną.

Dzięki uczuciu odwzajemnionemu przez biznes farmaceutyczny ordynator Władysław Wielkosz, przeistoczył się w prawdziwego światowca. Spora kolekcja garniturów szytych na miarę przez najlepszych krawców którzy byli dostępni w Wielkim Mieście, liczne jaskrawe krawaty w ukośne paski, geometryczne wzory, esy - floresy, markowe wody kwiatowe  i niezmiennie promienny uśmiech stworzyły nowy wizerunek ordynatora.Wizerunek nieskazitelny i doskonały, wizerunek do kochania, zachwycania się, podziwiania, wielbienia.

Każdemu człowiekowi jest do twarzy z sukcesem, toteż nic dziwnego, że twarz ordynatora nabrała nienotowanych wcześniej kolorów i promienistości, jaśniejących zwłaszcza podczas spotkania z osobami, które mogły unieść ordynatora choć o jeden szczebel wyżej na długiej drabinie kariery.

Z osobami takimi zawsze witał się wylewnie, serdecznie, wyrażając niedającą się opisać radość ze spotkania, poklepywał po plecach, promieniał, rączki całował i niezmiennie pytał o zdrowie – a to rodziny, a to współmałżonka, śląc przy tym pozdrowienia dla wszystkich domowników, nie wykluczając psów, kotów ani nawet rybek welonek pluskających się w domowych akwariach miejscowego establishmentu.

Nie łatwo było nie rozczulić się na widok tak dobrego i miłego człowieka. Miał tyle spraw na głowie, tyle ludzkiego cierpienia, schorzeń, leków, nard, wykładów, leniwych i nieroztropnych asystentów, wyjazdów krajowych i zagranicznych i Bóg jeden wie tylko czego jeszcze, a pamiętał o pozdrowieniach dla domowników i domowej menażerii! To był naprawdę ktoś, z kim warto było zadać się, powygrzewać w blasku jego sławy, czy uświadomić sobie, gdzie człowiek może dojść drepcząc u jego boku.

Schronienie we włościach ordynatora Wielkosza mogło znaleźć nawet do osiemdziesięciu dusz, których cielesne powłoki doznały nieoczekiwanego uszczerbku.

Zdrowie dusze też miały szansę na dostanie się pod opiekę ordynatora jeżeli posiadały dyplom lekarski i odpowiednio młody wiek. Preferowana, hołubiona i adorowana przez ordynatora była płeć męska, choć posiadanie płci przeciwnej nie było tożsame z wykluczeniem już na stracie  Wielkiego Biegu do Kariery. Żadnego prześladowania lub wykluczenia z powodu płci od męskiej odmiennej nikt nie doznawał, broń panie Boże!.

Biedaczki startujące w biegu do prawdziwej kariery nie miały jednak najmniejszego pojęcia, gdzie jest ustawiony napis META i większość z nich odpadała na dystansach krótkich i średnich. Zawodniczki wytrwałe i przygotowane do pokonywania długich dystansów i maratonów cięższych niż wszystkie biegi narciarskie o kryształowe kule, w których można zobaczyć przyszłość ( ach! gdyby Dablju / Dablju miał taką kulę!), odporne na urazy fizyczne i  psychiczne, kontuzje, stresy, gdzieś po dwudziestu latach uczestnictwa w biegu di kariery z wyższej półki zaczynały się orientować, że ten napis był po prostu ustawiony w domu ordynatorostwa. Trasy zmieniać nie wypadało, zawracać było za późno. Zawodniczki dreptały więc ogłupiałe, zdezorientowane, nie wiedząc kiedy wypada wycofać się z tego biegu. Co poniektóre nawet nie były świadome, że taka zuchwała decyzja jest dozwolona.

Jak się na pierwszy dzień pracy? – zastanawiała się Matylda. Uznała, że szaroniebieski kostiumik z białą bluzką, jej oficjalny strój egzaminacyjny, będzie odpowiedni na tę okazję. Kostiumik był szyty na miarę. W owych czasach nie było jeszcze poradników dla młodych profesjonalistek i były one zdane na siebie oraz swoją intuicję.

Elegancjafrancja, elegancjafrancja,elegancjafrancja – pomyślała przeglądając się w lustrze przed wyjściem.

Całą drogę do przyszłego miejsca pracy przeszła na piechotę, nie mogła sobie pozwolić na ugrzęźnięcie w windzie czy spóźniony autobus. Do przyszłej pracy miała niezbyt daleko i po dwudziestu minutach stanęła przed wejściem na oddział chorób wszelakich.                        

Gdy inni wciągali w swe drogi oddechowe zapachy majowych kwiatów Matylda  wzięła potężny haust szpitalnego powietrza i kilka minut przed ósmą zgłosiła się do sekretariatu ze skierowaniem na odbycie stażu podyplomowego. Sekretarka, po odebraniu skierowania na staż podyplomowy, wpisała ja na listę pracowników oddziału oznajmiając:

- Będzie się pani podpisywała codziennie, lista obecności leży na parapecie, po lewej przy wejściu do oddziału. Teraz proszę iść na oddział męski do pani Stasi, naszej siostry gospodarczej, wyda pani fartuch i proszę poczekać na panią wiceordynator, będzie pani pracowała w jej zespole. To wszystko na dziś.

- A pan ordynator? - nieśmiało zapytała Matylda.

- Zajęty - krótko ucięła sekretarka.

Matylda była trochę zaskoczona, że stanęła przed ordynatorskim obliczem ani nie dostąpiła zaszczytu odściśnięcia jego kończyny górnej w pierwszym dniu pracy.

Ordynator jednak miał ważniejsze, a nawet  Bardzo Ważne Sprawy,  a przybycie do pracy nowej stażystki było wydarzeniem bezkalibrowym.

- Ściskałam się niedawno z dziekanem, wystarczy! – powiedziała sobie na pocieszenie wychodząc z sekretariatu. Zeszła na parter, substytucyjnie zamiast ordynatorskiej prawicy ściskając pod pachą torebkę.

Oddział męski chorób wszelakich był na lewo ze schodów prowadzących do ordynatorskich apartamentów.  Na końcu oddziału był  magazynek gospodarczy, w którym pani Stasia wydawała asystentom czyste fartuchy w każdy poniedziałek .

-Dzień doby ja do pracy - nieśmiało zagaiła Matylda.

-Chudzina z pani - zauważyła gospodarcza, - ale coś dobierzemy. Przerzuciła stertę wypranych fartuchów i z samego dna wyciągnęła rozmiar XS. 

- Będzie dobry, pani mierzy – poleciła .

Fartuch był dobry, prawie jak szyty na miarę. Matylda powoli zapinała guziki obleczone białym materiałem, niektóre z nich miały naderwane powleczenie, spod którego wyglądał metalowy korpus.

-Pani idzie do lekarskiego i tam czeka na swoją szefową. Pewnie u ordynatora jeszcze siedzi na odprawie.

-A skąd pani wie? - zapytała Matylda.

- Oni tak zawsze siedzą z pól godziny jak dyżurni zdadzą raport. Ciekawe o czym  gadają, pewnie plotkują - mruknęła pod nosem gospodarcza.

- A może mi pani powiedzieć, gdzie mogę schować torebkę? Mam w niej portfel z dokumentami, klucze do domu,  płaszcz zostawiłam w szatni, ale z torebką to się boję - wyznała Matylda.

- Pani położy sobie torebkę w szafie, w lekarskim - poradziła gospodarcza.

- A jak mi ktoś ją ukradnie? - zaniepokoiła się Matylda.

- To nie będzie miała pani kluczy do domu i forsy. Wtedy pod most, jak nic - zauważyła pani Stasia.  Majątku tu się pani nie dorobi, można potrenować zawczasu zakwaterowanie dla ubogich.

- Ale ja bym się chciała tu nauczyć medycyny – wyznała Matylda.

- A,  to się może zdarzyć - oznajmiła nieoczekiwanie gospodarcza.

- Dziękuję pani, dziękuję za fartuch i wszystkie informacje.

Matylda przeszła do połowy korytarz i stanęła przed drzwiami z napisem „Pokój lekarski”. Stała oto u wrót wiedzy lekarskiej, którą dzielono się z innymi na słynnym oddziale chorób wszelakich, nie mniej słynnego ordynatora Władysława Wielkosza.

- Kurcze, ale co ja zrobię z tą torebką? - myślała nerwowo. Przed wejściem do pokoju lekarskiego przepakowała klucze i portfel do kieszeni  fartucha, po czym drugi raz tego dnia wzięła głębszy haust szpitalnego powietrza i nacisnęła klamkę drzwi prowadzących do sanktuarium wiedzy lekarskiej

- Dzień doby ja na staż, nazywam się Matylda Przekora - przedstawiła się kilkorgu zebranym. Do zespołu pani wiceordynator.

- Siadaj i siedź, póki możesz i nic nie musisz robić - oznajmił pucołowaty kolega, z krótko przystrzyżonymi włosami. Zbyszek jestem - dodał.

- Miło mi, Matylda. Czy mogę w tej szafie schować torebkę? – zapytała.

- Rzuć sobie pod rentgeny, to nikt nie znajdzie – poradził Zbyszek.

- Nie rozumiem – odpowiedziała Matylda.

- A co tu jest do rozumienia? Po lewej masz teczkę z historiami chorób, po prawej klisze rentgenowskie naszych pacjentów.

Matylda zgodnie z radą Zbyszka zdeponowała swoją nieszczęsną torebkę w szafie. Kilka minut po dziewiątej nadeszła pani wiceordynator Jolanta Budkiewicz.

- Pani zdaje się czeka na mnie? - rzuciła w stronę nowej stażystki.

-Tak pani ordynator – odpowiedziała Matylda.

- No to idziemy na obchód, będzie pani notowała moje zlecenia - zawiadomiła dr Jolanta. Tu jest teczka z kartami zleceń naszych pacjentów. Idziemy. 

W pierwszej sali leżało czterech pacjentów, których  Jolanta po kolei pytała o samopoczucie, po czym w zależności od tego co usłyszała badała i wydawała Matyldzie polecenia.

- Proszę zapisać z dzisiejszą datą: odstawić digoxin - poleciła. Robimy to ponieważ pacjent ma wolną czynność serca – dodała objaśniającym tonem.

Po trzech kwadransach wszyscy chorzy będący pod opieką zespołu wice ordynator byli zbadani, a zlecenia zaktualizowane.

- Proszę oddać zlecenia do siostry apteczkowej, pani Izy. Ja idę teraz na śniadanie, pani też może iść coś przekąsić. Stażyści piją herbatę w pokoju stołówkowym u pani Maryni, przy schodach.

- A co mam robić potem? - zapytała Matylda.

- Po śniadaniu, powiedzmy za pól godziny, spotkamy się w pokoju asystentów i napiszemy obserwacje z dzisiejszego obchodu.

- Co napiszemy???? -pomyślała spanikowana Matylda.Nie pamiętała kompletnie nic. Ani jak nazywali się pacjenci, ani na których łóżkach leżeli, nie wspominając już o takich wyrafinowanych szczegółach jak to któremu z nich skoczyło ciśnienia, a któremu podniosło się tętno.

I to miała być medycyna?

Matylda miał ochotę uciec na kraj świat, rzucić te całą medycynę.

- Matyldo, na wszystko przyjdzie pora, na rzucanie medycyny też - była pewna, że jakiś głos szepnął jej te właśnie słowa. Zdecydowała się więc zostać. Jakoś przetrwała pierwszy dzień. Nadeszła godzina czternasta i wszyscy udali się do domów, a niektórzy pracownicy oddziału chorób wszelakich do rezydencji zgodnie z rangą należną ich pozycji i stanowisku.

Następny odcinek https://www.photoblog.com/mimax2/2016/08/11/11082016-masc-tygrysia-30-rozdzial-czwarty/

  Be the first to like this post
Join the conversation
0
Be the first one to comment on this post!
Up
Copyright @Photoblog.com