17/01/2017. Tekst sprzed jedenastu laty, który wczoraj ożył we wspomnieniach...

by Krystyna Knypl January. 17, 2017 1293 views

Tekst z 22 Sierpnia 2006 roku zamieszczony na grupakliniczna.blogspot.com wczoraj ożył nieoczekiwanie, zamieszczam na photoblog.com z uwagi na większe możliwości zlinkowania i dodania ilustracji.

Fragmenty wyjęte z pamięci

Pewnego poranka postanowiłam naszkicować sylwetki kolegów z którymi pracowałam przez wiele lat lub współpracuję nadal, z intencją ocalenia od zapomnienia. Sięgając w bibliotekach po stare publikacje medyczne zawsze cieszę się, że stoją na półkach bibliotecznych. Dzięki nim mogę odtworzyć to z życia innych ludzi, co minęło bezpowrotnie.

# 1

# 1

Pierwszą osobą z mojego przyszłego miejsca edukacji podyplomowej, którą poznałam była pani Józefina Kownacka. W roku 1967 miałam zdawać egzamin z chorób wewnętrznych. W latach sześćdziesiątych przydział miejsc, w których poszczególne grupy dziekańskie zdawały egzaminy końcowe odbywał się drogą losowania. Czynność tą wykonywali starostowie grup. Nasza starościna miała lekką rękę: wylosowała nam klinikę w której zdobywałam szlify internistycznie oraz klinikę chirurgiczną kierowana przez prof. Zdzisława Łapińskiego. Zestaw ten uważany było powszechnie za najlepszy. Bardzo byliśmy wdzięczni naszej starościnie za takie miejsca do zdawania egzaminów. Zabrałam się z zapałem do nauki. Było to zajęcie dość łatwe bowiem od 1965 roku był dostępny podręcznik do interny „Choroby wewnętrzne” w dwu tomach pod redakcją prof. Edwarda Szczeklika - był on naszym podstawowym źródłem wiedzy egzaminacyjnej. Na wykłady nie chodziliśmy zbyt pilnie. Po czterdziestu latach można wyznać prawdę: wykładowcy byli nieprawdopodobnie nudni. Interna też nie wydawała mi się ciekawa.

Z lat sześćdziesiątych największą estymą wśród studentów cieszył się prof. Witold Sylwanowicz, który na wykład wkraczał z liczną świtą asystencką. Wszyscy mieli czyściutkie, wykrochmalone, szeleszczące, białe fartuchy oraz czepki na głowach. Ten zwyczaj czepkowania zanikł wraz z upływem czasu, ale do dziś utrzymuje się chyba w Rosji.

Prof. Janusz Groniowski robił na nas również spore wrażenie. Pod koniec roku akademickiego zachorował i przysłał do naszego kursu list, który kończył się słowami „wasz Groniowski”. Byliśmy zachwyceni! To był pierwszy profesor, który oświadczył publicznie, że jest nasz!

Oczywiście niebywałą frekwencją cieszyły się wykłady prof. Stefanii Jabłońskiej. Pani Profesor zawsze elegancka, z fryzurą prosto od fryzjera, w szykownym kostiumiku i szpileczkach prezentowała nam interesujące przypadki kliniczne. Przypadki wkraczały gołe, jedynie na głowach miały kaptury z białego płótna a la ku-kux-klan z otworami na oczy i usta. Pani Profesor wskazywała na objaw pierwotny, zlokalizowany w miejscu typowym i zachwycała się jego urodą. Aby wzmocnić efekt niekiedy dodawała opis mikroskopowy:” Proszę państwa, krętek blady pod mikroskopem ma królewskie ruchy!” Musieliśmy dawać wiarę słowom pani Profesor. Nie widzieliśmy nigdy w skali mikro żadnego krętka, a w skali makro żadnego króla.

Chętnie chodziłam na wykłady prof. Ireny Haussmanowej z neurologii. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie wykład podczas którego opis aury padaczkowej został zilustrowany fragmentem prozy Dostojewskiego.

Do egzaminu z interny uczyłam się prawdopodobnie około 3 tygodni. Tak wnioskuję na podstawie wpisów do indeksu. Ginekologię i położnictwo zdawałam 21 maja, a internę 23 czerwca 1967 roku.

Na egzamin należało się zapisać z odpowiednim wyprzedzeniem. Pani Józefina na studenckiej giełdzie uchodziła za osobę dość surowych obyczajów, ale mnie przyjęła sympatycznie. Na koniec rozmowy zapytała czy jestem córką dziekana. Był nim wówczas profesor Zdzisław Łapiński. Tożsamość brzmienia mojego panieńskiego nazwiska była w owych latach powodem częstych pytań. W klinice chirurgicznej wręcz nie dano wiary, że nie pozostaję z dziekanem w żadnych koligacjach rodzinnych. Jestem jedyną osobą z mojej rodziny, która wpadła na pomysł bycia lekarzem. Pewnie jest to dowód na istnienie polimorfizmu genu „zostanę / nie zostanę lekarzem”.

# 1

# 1

Studiowałam pilnie podręcznik do nauki interny, nie wszystko z niego rozumiejąc. Na pierwszej stronie mam odręczny zapis o mechanizmie działania sulfonamidów. Są w tej notatce różne mądre stwierdzenia, między innymi, że leki te „hamują oddychanie bakterii”. Nie wiem czy są nadal tak okrutne wobec bakterii i czy dzisiejsza nauka to podtrzymuje. Ktoś najwyraźniej musiał tłumaczyć mi mechanizm działania sulfonamidów. Może Najlepsza Studenta Medycyny Lat Sześćdziesiątych (NSMLS), która wiedziała wszystko na każdym egzaminie. Jedna z koleżanek zdająca z nią egzamin wstępny była przez długie lata oszołomiona bezmiarem wiedzy NSMLS. Ona wiedziała nawet jak rozmnażają się dżdżownice! Większość z nas miała wtedy mgliste pojęcie o praktyce rozmnażania się człowieka, a co dopiero o dżdżownicach.

Drugą odręcznie zrobionym uzupełnieniem jest rysunek sylwetki serca w rentgenie. Musiałam mieć kłopoty z zapamiętaniem jakie struktury tworzą sylwetkę serca.

Przewracając kartki studenckiego podręcznika do interny zwracam uwagę na zupełnie inne fragmenty niż przed blisko czterdziestu laty. Było to pierwsze wydanie w nakładzie 20 tysięcy egzemplarzy. Dziś w świecie o skali „makro” ocenilibyśmy, że niezbyt dużym nakładzie. Pożółkły papier miał gramaturę 70g, czyli nie było to wydanie luksusowe. Książkę do składania oddano w styczniu i druk ukończono we wrześniu 1965 roku. Chyba było to dobre tempo jak na owe czasy. Dwutomowe dzieło kosztowało 140 zł, był to spory wydatek w moim studenckim budżecie.

Redaktorami prowadzącymi z PZWL - u były dr B. Andrzejewska i mgr E. Kozłowska. Znałam dobrze dr Barbarę Andrzejewską, była bowiem serdeczną przyjaciółką mojej śp. Matki, również redaktorki PZWL. Miałam okazję być kilka razy w domu państwa Andrzejewskich, bardzo stylowym i wytwornym. Oszałamiająco działał na moją wyobraźnie fakt, że w domu tym gosposia zajmowała się sprawami przyziemnymi, a do edukacji i kształtowania dobrych manier dwójki dzieci była zatrudniona pani Helena, pracując przed wojną w podobnym charakterze w arystokratycznych rodach.

Kiedyś nie czytywałam przedmów w książkach. Dziś lubię to robić. Lubię czytać cudze przedmowy, a jeszcze więcej radości sprawia mi pisanie przedmowy do własnych książek. To bardzo uroczysta i wzruszająca chwila w życiu autora, gdy pisze on przedmowę. Namysł i uczucia sięgają wtedy zenitu.

Podoba mi się na przykład taki fragment przedmowy z mojej studenckiej książki do interny:

„Daleko idące rozczłonkowanie nauki o chorobach wewnętrznych doprowadziło do powstania dyscyplin specjalistycznych, takich jak: kardiologia, hematologia , nefrologia i inne. Są to jednak gałęzie wspólnego pnia medycyny wewnętrznej, które mimo silnego nieraz kierunku odśrodkowego, nie straciły swej więzi z macierzą. Nie można bowiem zapominać, że obejmują one tylko poszczególne części nauki o chorobach wewnętrznych i że rozwiązywanie zagadnień z zakresu chorób różnych narządów może nastąpić tylko w oparciu o fizjologię i patofizjologię całego ustroju.”

Co jeszcze mogłam przeczytać w moim studencki podręczniku? Najbardziej ciekawiej oczywiście jest zerknąć na strony poświęcone nadciśnieniu tętniczemu. Jest ich zaledwie dwadzieścia jeden. Autor Leon Tochowicz pisze: „ Stan podwyższonego ciśnienia krwi jest objawem przewodnim w chorobie nadciśnieniowej i dlatego przede wszystkim na zachowaniu się jego poziomu opieramy samo rozpoznanie. Ocena jednak, jakie są granice prawidłowego ciśnienia w poszczególnych grupach wieku i płci, jest nadal kwestią dyskusyjną”.

# 2

# 2

Dziś wiadomo, że dyskusja trwa nadal.

Czego jeszcze mogłam dowiedzieć się czytając studencki podręcznik? Okazuje się, że wielu całkiem mądrych i aktualnych danych. Oczywiście fragmenty poświęcone leczeniu farmakologicznemu są historyczne bardziej niż te w których autor snuje rozważania kliniczne.

„Długotrwały proces dynamiki choroby nadciśnieniowej, obciążając z biegiem lat coraz bardziej układ sercowo-naczyniowy, kształtuje różny obraz kliniczny. Szybkość i stopień rozwoju tego zespołu obrazu klinicznego będą zależne od właściwości osobniczej układu nerwowego i hormonalnego oraz natężenia i czasu działania szkodliwych bodźców”.

Dziś powiedzielibyśmy tak samo. Były to czasy, gdy nadciśnienie tętnicze dla wielu pacjentów było chorobą śmiertelną. Leon Tochowicz pisze: „U nas spośród zmarłych chorych w klinice 15% umiera na chorobę nadciśnieniową, u których rozpoznanie kliniczne zostało potwierdzone badaniem anatomopatologicznym”. Można podejrzewać, że owo potwierdzenie anatomopatologiczne to powikłania narządowe nadciśnienia tętniczego. Obraz kliniczny nadciśnienia tętniczego tak jest opisany przez Leona Tochowicza:” Okres pierwszy dotyczy najczęściej ludzi przed 40 rokiem życia, przeważnie silnej budowy, z nadwagą i wzmożoną pobudliwością nerwową. W wywiadzie u tych chorych powtarzają się skargi uzależnione nie od nadciśnienia, a raczej łączące się z nadmierną pobudliwością nerwową. Wśród tych skarg chorzy wymieniają: ogólny niepokój, kołatanie serca, trudności w skupieniu myśli, okresową lub stałą bezsenność, potliwość, niekiedy bóle serca, częściej po zdenerwowaniu niż po wysiłku fizycznym”.

Dziś ludzi skarżą się na to samo. Diagnostyka stała w tych latach prawdopodobnie na przyzwoitym poziomie, bowiem czytamy o możliwości oznaczania kwasu wanilinomigdałowego, metoksyadrenaliny i metoksynoradrenaliny, a także aortografii tętnic nerkowych i radiografii izotopowej. Opis metod leczenia nadciśnienia tętniczego ma charakter romantyczny: „ pierwsze fazy choroby spotyka się najczęściej u ludzi młodych i dlatego ze względów zapobiegawczych należy zwracać pilną uwagę na odpowiednie usadowienie chorego w jego pracy zawodowej (...). W zasadzie chorzy nie powinni być dopuszczeni do pracy w środowisku, gdzie panuje pośpiech, hałas, huk, ciągłe wstrząsy albo gdzie zachodzą duże różnice temperatur i gdzie powietrze jest zanieczyszczone spalinami".

Ówczesna farmakoterapia oferowała pochodne Rauwolfia serpentina, guanitydynę, bretylium, metyldopę, hydrochlorotiazyd.

Po trzech tygodniach intensywnych lektur zgłosiłam się na egzamin, który składał się z części praktycznej i teoretycznej. Asystentką egzaminacyjną była wówczas Ewa Bar-Andziak. Zdawały tego dnia cztery osoby. Ja wraz z koleżanką trafiłyśmy do Marka Sznajdermana. Egzaminator prezentował piękną opaleniznę, szpakowate, krótko przystrzyżone włosy oraz udzielający się zdającym spokój. Byłam zadowolona z przebiegu egzaminu i końcowy wynik był w moim przypadku bardzo dobry. Egzamin zdawałyśmy w bibliotece klinicznej. Pamiętam, że egzaminator siedział u szczytu stołu znajdującego się po lewej stronie pomieszczenia, my zaś pod ścianą. Było to potem często zajmowane przeze mnie miejsce na posiedzeniach klinicznych.

Interna była ostatnim egzaminem w sesji po piątym roku. Od października zaczęłam zdawanie tzw. egzaminów dyplomowych, które wypełniały program szóstego roku. Były to egzaminy z dyscyplin klinicznych. Na szóstym roku dla części z nas nie było już wykładów ani ćwiczeń. Byliśmy ostatnim rokiem, który miał taki tryb studiów. Wiele starań w możliwość wcześniejszego zakończenia studiów włożył nasz starosta roku, późniejszy senator. Już w studenckich latach wyróżniał się talentem organizacyjnym i elegancją ubioru. Zimą zawsze chodził w lodenowym ciemnoszarym płaszczu, nigdy nie nosił czapki ani kapelusza. Książki miał zawsze w skórzanej, ciemnej teczce . Żadnych plecaków, toreb, luzactwa. Pewnie należało w tym stylu widzieć pierwsze oznaki kwalifikacji na przyszłą osobę publiczną.

Ostatni egzamin z psychiatrii zdałam 29 lutego 1968 roku i kompletnie wyczerpana wyjechałam na dwa tygodnie do Krynicy, zatrzymując się u znajomych, którzy mieli ładny domek wynajmowany dla wczasowiczów. Trochę zasapana jeździłam na krynickim lodowisku na łyżwach, a wieczorem oglądałam telewizję. Z Warszawy nadciągały wiadomości o studenckich protestach. Kompletnie nie rozumiałam o co w tym wszystkim chodziło. Wiedziałam, że skończyłam studia i muszę zacząć pracę. Resztę świata uznałam za mniej ważną i nie moją. Była to młodzieńcza, ale trafna decyzja.

Pewnego wieczoru pogoda zmieniła się niespodziewanie. Wiał silny wiatr, jeszcze w owych latach nie przeszkadzający w uśnięciu. W nocy poczułam, że spadają na mnie tysiące tajemniczych drobin. W pierwszej chwili pomyślałam, że to inwazja dziwnych insektów. Zdenerwowana zapaliłam światło. Okazało się, że jestem pokryta trocinami, które były użyte do izolacji dachu, a podczas silnego wiatru wysypały się przez szpary pomiędzy deskami, z których zbudowany był sufit. Wypoczęta powróciłam do Warszawy i rozpoczęłam starania o staż podyplomowy. Pamiętając o obietnicy publicznie złożonej przez dziekana podczas konkursu na najlepszego studenta, którego byłam laureatką, postanowiłam złożyć podanie do Akademii Medycznej. Dzięki PZWL - owskim koneksjom mojej Matki udało mi się uzyskać podpis popierający na podaniu o staż od prof. Stefanii Jabłońskiej. Na wizytę założyłam stalowoniebieski kostiumik i białą bluzkę. Wyglądałam prawdopodobnie jak dzisiejsze „profesjonalistki” i byłam równie jak one przejęta swoją rolą.

Pani Profesor weszła do sali w której oczekiwałam na przyjęcie i nie tracąc czasu na zbędne słowa zaordynowała już w progu

-Proszę się rozebrać!

-Ale Pani Profesor... ja...

-Drogie dziecko, proszę się rozebrać i powiedzieć dokładnie co pani dolega!

-Ale ja jestem od pana redaktora Z. w sprawie poparcie na podaniu o staż podyplomowy.

Ah!, przepraszam panią droga koleżanko! – zawołała profesor Stefania Jabłońska i złożyła wielki podpis z adnotacją „popieram” na moim podaniu. Wyszłam dumna, że udało mi się uzyskać podpis bez konieczności prezentowania domniemanych dolegliwości dermatologicznych.

Po niedługim oczekiwaniu otrzymałam staż w Akademii Medycznej. Mogłam wybierać spośród klinik wewnętrznych. Zdecydowałam się na klinikę w której nie miałam ćwiczeń, nie wykazałam się niekompetencją, no i zdałam egzamin dyplomowy piątkę.

# 3

# 3

Procedury stażowe przebiegały sprawnie bowiem do pracy zgłosiłam się 24 kwietnia 1968 roku. Zaczęłam od pani Józefiny, ta jednak poinformowała mnie, że muszę udać się do sekretariatu na pierwszym piętrze załatwiającego takie sprawy, gdzie urzędowała pani Cecylia Szolowa. Wyrecytowałam formułkę o skierowaniu na staż i wręczyłam skierowanie z Akademii Medycznej.

# 4

# 4

 Dowiedziałam się, że mam zejść do pokoju asystentów i poczekać na dr Teresę Wąsowską. Zapytałam jak wygląda pani adiunkt, bowiem nie mając w klinice ćwiczeń praktycznie poza poznaną podczas egzaminu Ewą Bar-Andziak nie znałam nikogo.

-Przystojna brunetka - padła odpowiedź.

W późniejszych latach spostrzegłam, że pani Cecylia miała pogodną naturę i dużą odporność na otaczające ją szczegóły najbliższego otoczenia. Gdy wchodziliśmy do archiwum zwykle pytała: „Czego chcesz córeńko?”

Posłusznie pomaszerowałam do pokoju lekarskiego, przycupnęłam na krześle i oczekiwałam na przystojną brunetkę. Wchodziły różne panie, czas ciągnął się niemiłosiernie długo, nie mogłam doczekać się przystojnej brunetki. Dla zabicia czasu zaczęłam przysłuchiwać się prowadzonym w pokoju lekarskim rozmowom. Byłam prawie bliska wstrząsu psychicznego. Koledzy rozmawiali na najróżniejsze tematy, ale nie było wśród poruszanych zagadnień medycyny.

Byłam przekonana, że w pracy dozwolone są rozmowy tylko na temat chorych i medycyny. Rozmowy o dzieciach, pogodzie, braku pieniędzy jawiły mi się jako karygodne naruszenie obowiązków pracowniczych. Nie mogłam otrząsnąć się z wrażenia, że jest inaczej niż to sobie wyobrażałam.

Około dziewiątej nadeszła Teresa Wąsowska.

-Pani zdaje się czeka na mnie?- rzuciła w moją stronę.

-Tak pani adiunkt –wyrecytowałam.

Teresa próbowała mnie przedstawić klinicznej zwierzchności generalnej, która była zajęta sprawami wyższej rangi i do prezentacji nie doszło. Być może nastrój pierwszych chwil symbolizuje to co czeka nas potem, bowiem wspomniana zwierzchność przez dalsze lata również nadmiernie nie zaprzątała sobie głowy moją osobą.

-Chodźmy więc na obchód. Będzie pani notowała zlecenia.

W zespole Teresy pracowałam chyba dwa lub trzy lata. Do zespołu Teresy należała dr Wanda Popławska, ceniona przez wielu kolegów za wiedzę lekarską i talenty oraz chęci dydaktyczne. Praca na oddziale była podzielona pomiędzy cztery zespoły, do których dołączani byli stażyści, wolontariusze oraz osoby robiące specjalizację.

Po pół roku pracy zaproponowano mi zdawanie kolokwium dopuszczającego do dyżurowania. Pierwszy dyżur zdecydowałam się odbyć w dniu 1 listopada 1968 roku, gorąco wierząc, że uwaga świata będzie skierowana bardziej ku tym którzy odeszli, niż tym którzy zostali i dzięki temu dotrwam do rano. Moim szefem dyżuru był dr Leon Stach, spokojny i kompetentny starszy kolega. Lubiła z nim pracować i w późniejszych miesiącach wielokrotnie prosiłam o wspólne dyżury. Dla młodych było ważne kto był szefem dyżuru. Nie wszystkie nazwiska na młodzieżowej giełdzie cieszyły się jednakowym uznaniem.

Młodzież kliniczna przesiadywała w pokoju asystentów wpisując obserwacje do historii chorób lub sklejała szeregowo morfologię do morfologii, mocz do moczu, biochemię do biochemii. Chodziliśmy też na herbatkę do pokoju nr 16 na parterze, gdzie w godzinach wczesnych popołudniowych pani Marynia wydawała szpitalne obiady. Najgorsza była ogórkowa z ryżem. Największą zaletą obiadów była chyba cena, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie ile płaciło się. Wydaje mi się, że nie byłam wierną klientką pani Maryni.

Moja pensja wynosiła 1550 zł. Za pierwsza otrzymana pensję kupiłam gramofon „Bambino” w towarzystwie którego spędziłam wiele miłych chwil. Za dyżur otrzymywaliśmy 140 zł. Pieniądze gdzieś się nam rozłaziły. W tych odległych latach tylko październik był miesiącem oszczędzania. Nie wiedzieliśmy, że warto oszczędzać w innych miesiącach roku.

Gdy mieliśmy dyżur biegaliśmy do sklepiku na terenie szpitala aby dokupić coś słodkiego do jedzenia. Zakupy sięgały 30 zł i zorientowawszy się, że pomniejszają one znacząco moje zarobki zrezygnowałam z nich. Postanowiłam jadać czekoladki otrzymywane od pacjentów. Pewnego spokojnego, niedzielnego dyżuru ułożyłam się na kanapie w pokoju lekarskim i czytając gazety pogryzałam czekoladki wypełnione likierem wiśniowym. Czas mijał szybko. Błogość ogarniała coraz większe obszary mojego umysłu i ciała. Około trzeciej po południu zaczęli pojawiać się pierwsi odwiedzający pacjentów. Trzeba było podnieść się z kanapy i odpowiadać na pytania wchodzących. Zupełnie niespodziewanie okazało się, że utrzymanie pionu po zjedzeniu połowy czekoladek z likierem było nie lada problemem. Podtrzymując się poręczy krzesła udzielałam krótkich odpowiedzi. Postanowiłam już nigdy nie jadać faszerowanych likierem czekoladek na dyżurze. Dziś ciągle postanawiam nie jadać żadnych czekoladek. Gdy moja waga przekracza 64 kilogramy składam wewnętrzną deklarację, że zostanę anonimowym czekoladoholikiem. Nie zawsze jednak jestem kobietą sukcesu. O roli czekolady w życiu każdego lekarza, a dokładniej lekarki, można by napisać grubą książkę. Na początku mojej pracy otrzymywałam pojedyncze bombonierki pod koniec tygodnia gdy było więcej wypisów. Na tym etapie pracy nie był to jeszcze poważny wątek dietetyczny. Problem zrobił się całkiem sporym kłopotem gdy na półkach sklepowych pojawiło się dużo najróżniejszych czekoladek. Nie uchylający się od przyjmowania pacjentów lekarz ambulatoryjny stawał się pod koniec każdego dnia pracy posiadaczem kilku bombonierek. Jeśli pomnożymy powiedzmy 4 bombonierki otrzymane każdego dnia (lub torciki czekoladowe, czy nawet zwykłe czekolady) to suma tysiąca bombonierek które trzeba było zjeść / rozdać /wyrzucić / odsprzedać / – słowem coś z nimi zrobić była sporym utrapieniem. Nie było problemu z wręczanymi alkoholami nabywanymi na pobliskim bazarze. Lądowały w zlewie. Kłopot sprawiała butelka. Nie można było przecież kilka razy w miesiącu zostawiać w koszu pustej butelki. Pomówienie o aktywny alkoholizm byłoby gwarantowane, a dalej media, wątpliwa sława i podobne przygody. Zabierałam więc puste butelki i deponowałam w przydomowym śmietniku.

W jednym przypadku musiałam depozyt złożyć w koszu na śmieci na przystanku tramwajowym, bowiem wykluczał wejście do tramwaju.

Pewnego ponurego dnia kłębił się dziki tłum pod moim gabinetem. Liczba przyjętych pacjentów sięgała chyba trzydziestu. Pod koniec przyjęć weszła zabiedzona kobieta i z niezrozumiałych powodów zrobiła kilka szybkich kroków w kierunku okna. Zaambarasowana nadmiarem konsultacji nie zwróciłam na to uwagi. Był czerwiec. Po kilku dniach w moim gabinecie pojawił się dziwny zapach. Zdawało mi się, że jego źródło jest w przedpokoju. Obchodziłam przedpokój, ale niczego podejrzanego nie znajdowałam. Wezwałam służby techniczne, które komisyjnie potwierdziły istnienie dziwnego zapachu.

-Ale co to może być? – dociekałam z zapałem badacza.

-Może szczur wlazł w rurę i zdechł – rzucił ciekawą hipotezę pan techniczny.

Był już taki przypadek – dodał na poparcie swojej teorii.

-No, cóż dziękuję panom – odparłam bez entuzjazmu na sąsiedztwo szczura w rurze. Zapach z każdym dniem przybierał na intensywności.

Pewnego poranka siadłam na końcu kozetki lekarskiej zwróconej do okna aby zmienić buty na szpitalne klapki. Zapach najwyraźniej dochodził z okna. Rozsunęłam boczne zasłony. Na parapecie spoczywał zdeponowany przed tygodniem kogut przyniesiony w darze przez wdzięczną pacjentkę.

Bez chwili wahania wzięłam torbę z feralnym drobiem i z mina pokerzysty niosącego piątego asa w torbie wyszłam na pobliski przystanek. Szczęśliwie było jeszcze dość wcześnie. Włożyłam torbę z przeterminowanym drobiem do kosza na śmieci i szybko powróciłam do gabinetu. Pomieszczenie przewietrzyłam solidnie i od ósmej zaczęłam przyjęcia jak gdyby nic się nie zdarzyło.

Przygody z podrzuconym drobiem w miejscu pracy są u nas rodzinne i zdarzają się w kolejnym już pokoleniu. Strapiona rodzina ucznia, któremu groziła ocena niedostateczna z języka polskiego wykładanego przez moją Matkę przybyła do szkoły aby przeciwdziałać pozostaniu na drugi rok. Podczas przerwy w zajęciach rodzice ucznia weszli do pokoju nauczycielskiego i próbowali namówić Matkę do zmiany decyzji. Na widok wchodzącego innego nauczyciela szybko położyli torbę z drobiem na dolny blat stołu przy którym toczyły się nieszczęsne pertraktacje i szybko zmyli się. Matka wkroczyła do domu z drobiem i pytaniem:

-Chyba dobrze zrobiłam, że go zabrałam, bo by jeszcze zepsuł się.

Wyniesienie drobiu z miejsca pracy to zadanie przed którym z pewnością stanie kiedyś moja Córka. Świeży drób krótko leży w miejscu pracy dopiero w trzecim pokoleniu.

# 5

# 5

@mimax2 /Krystyna Knypl, lekarz

Gazeta dla Lekarzy (GdL), redaktor naczelna & wydawca

specjalista chorób wewnętrznych i hipertensjologii

specjalista European Society of Hypertension

https://sites.google.com/site/myjournalismkrystynaknypl/

Join the conversation
0
Be the first one to comment on this post!
Goshaa 3 years, 4 months ago
Comment was removed by admin
3 years, 4 months ago Edited
Krystyna Knypl Replied to Goshaa 3 years, 4 months ago
Comment was removed
3 years, 4 months ago Edited
Up
Copyright @Photoblog.com