23/10/2017. Za rok o tej porze w Paryżu - odcinek pierwszy

by Krystyna Knypl October. 23, 2017 369 views

1. Wstęp napisany 24 lutego 2017

Za rok o tej porze czyli pod koniec lutego 2018 minie 50 lat od ukończenia przeze mnie studiów na wydziale lekarskim Akademii Medycznej w Warszawie. Rocznica ważna i niecodzienna, warto powspominać.

Postanowiłam z okazji nadchodzącą rocznicy wydać okolicznościowe przyjęcie. Początkowo myślałam o restauracji Polidor, znanej z filmu Woody Allena O północy w Paryżu. W końcu Hipokrates był Grekiem, a Polidor to imię greckie Πολύδωρος - znakomite zestawienie symboli!

# 1 Rekonesans w Cafe Polidor

# 1 Rekonesans w Cafe Polidor

Przez długie lata Paryż znaliśmy z książek, filmów, opowieści. W czasach mojego dzieciństwa i młodości mało kto bywał w europejskich stolicach. Granice były zamknięte, paszporty w ministerialnych szufladach, nie mieliśmy dostępu do walut obcych. W latach 90. wszystko zaczęło się normować. Wyjazdy stały się dostępne dla każdego zdeterminowanego miłośnika podróży. Mógł wyjeżdżać z biurem podróży albo samodzielnie.

# 2 Paryż rok 1997

# 2 Paryż rok 1997

Przed 20 laty wyruszyliśmy całą rodziną 5 sierpnia 1997 roku, lot LO 5321 o 12.50, i wczesnym popołudniem byliśmy na miejscu. Powodem wyjazdu były 16 urodziny naszej córki, które przez pewien czas obchodziliśmy według zasady

zawsze w dobrym miejscu, zawsze w dobrym towarzystwie

Stolica Francji przywitała nas tak rzęsistą ulewą, że aby strugi deszczu nie zalewały nam mapy, musieliśmy zejść do stacji metra.

Mieszkaliśmy w hotelu Le Jardin de Paris przy Adix na 30 Rue Lucienn Sampaix 75010 Paris. Następnego dnia po przyjeździe obchodziliśmy 16. Urodziny naszej córki.

Za oknami naszego hoteliku codziennie hałasująca śmieciarka była na tyle stałym elementem pejzażu, że sfotografowałyśmy się na jej tle.

Dwadzieścia lat później, niczym w powieści Aleksandra Dumasa spacerujemy co kilka tygodni po ulicach tego miasta, realizując misję „Dziadkowie bez Granic” na rzecz naszych wnucząt Helenki i Henia, ponieważ nasza córka Katarzyna wraz z mężem Maciejem i dziećmi miesza w Paryżu.

A jaka rolę gra w tym filmie śmieciarka? To ulubiony pojazd Henia.

# 3 Śmieciarka na Rue Longschamp, rok 2017

# 3 Śmieciarka na Rue Longschamp, rok 2017

Czy można w innym miejscu obchodzić tak ważną rocznicę? Nie!

2. Jak to się zaczęło?

Gdy podjęłam decyzję zdawania na medycynę właściwie byłam dzieckiem - i nie mam tu na myśli motywu robienia zastrzyków misiom jako dziecięcej inspiracji do zostania lekarzem. W moim rodzinnym domu nie było strzykawek, a i z misiami było krucho.

# 4 Licealistka, która postanowiła zostać lekarzem

# 4 Licealistka, która postanowiła zostać lekarzem

Rodzice byli nauczycielami, przy czym matka przez pewien czas była redaktorem Państwowego Zakładu Wydawnictw Lekarskich. W istotny sposób przyczyniło się to miejsce pracy do zostania lekarzem.

http://gazeta-dla-lekarzy.com/index.php/wybrane-artykuly-3/zloty-dyplom-lekarza/529-wspominajac-prof-marcina-kacprzaka

Otóż w latach 60. moja matka Halina pracowała jako redaktor w Państwowym Zakładzie Wydawnictw Lekarskich. Z tego powodu już jako licealistka znałam nazwiska słynnych lekarzy, którzy byli autorami książek wydawanych przez PZWL i pojawiali się w opowieściach mojej matki.

W 1961 roku PZWL wydał książkę dla studentów Higiena ogólna pod redakcją prof. Marcina Kacprzaka. Redaktorem czuwającym nad przygotowaniem książki od strony językowej i wydawniczej była moja matka. Jak to bywa z dziełami zbiorowymi, książka wymagała sporego nakładu pracy redakcyjnej. Redaktorom PZWL po wydrukowaniu zwykle przysługiwał bezpłatnie jeden egzemplarz książki.

# 5 Podręcznik Higiena ogólna pod redakcja prof.M. Kacprzaka z dedykacją dla mojej matki i podpisami współautorów

# 5 Podręcznik Higiena ogólna pod redakcja prof.M. Kacprzaka z dedykacją dla mojej matki i podpisami współautorów

Na zakończenie procesu wydawniczego odbyło się spotkanie redaktora naukowego, czyli profesora Marcina Kacprzaka i redaktora wydawnictwa, czyli mojej matki. Pan profesor w pięknych słowach podziękował za wkład pracy nad książką. Dodał też, że jest jej bardzo zobowiązany i gdyby była w potrzebie, to zawsze chętnie pomoże.

http://gazeta-dla-lekarzy.com/index.php/wybrane-artykuly-3/zloty-dyplom-lekarza/529-wspominajac-prof-marcina-kacprzaka

W niespełna rok później, w 1962 r., zdałam na wydział lekarski Akademii Medycznej z ocenami: biologia – bardzo dobry, chemia – dobry, fizyka – dostateczny.

# 6 Egzamin wstępny pisałam na sali wykładowej Kliniki Dermatologicznej, a egzamin ustny zdawałam przy ulicy Filtrowej w jednej z sal Studium Wojskowego, które było na 4 tym piętrze dziekanatu.

# 6 Egzamin wstępny pisałam na sali wykładowej Kliniki Dermatologicznej, a egzamin ustny zdawałam przy ulicy Filtrowej w jednej z sal Studium Wojskowego, które było na 4 tym piętrze dziekanatu.

Suma punktów nie wystarczyła, aby dostać się na studia z ogólnej puli miejsc. W owych czasach istniały tzw. miejsca rektorskie, którymi dysponował rektor uczelni i nie był on związany kryteriami dotyczącymi ogólnej puli miejsc.

Matka pamiętając deklarację profesora Marcina Kacprzaka, zdecydowała się na wizytę w jego gabinecie i miała zamiar poprosić o przyjęcie mnie na miejsce rektorskie. Gdy stremowana dotarła do sekretariatu profesora, okazało się, że pan profesor leży w szpitalu z powodu zawału serca. Opowiedziała sekretarce powód swego przybycia, a sekretarka obiecała przekazać jej prośbę profesorowi.

Te odległe czasy, które wspominam, tym się różniły od tych czasów, które nadeszły potem, że sekretarki nie miały ambicji wyręczania swoich szefów w decyzjach, a jeżeli ktoś poważny dawał słowo, to miał zwyczaj słowa dotrzymywać. Sprawa została przekazana panu profesorowi Marcinowi Kacprzakowi, który jeszcze podczas pobytu w szpitalu wydał decyzję przyjęcia mnie na wydział lekarski. Poza mną została przyjęta jeszcze jedna osoba.

Jako studenci wiedzieliśmy, że profesor Marcin Kacprzak to wspaniały człowiek i wielki naukowiec, toteż gdy na IV roku studiów pojawił się na wykładzie z higieny, wszyscy słuchacze powitali go owacją na stojąco.

3. Studia na Akademii Medycznej w Warszawie

Studiowałam w latach 1962-1968 na wydziale lekarskim Akademii Medycznej w Warszawie. Egzamin wstępny zdawałam na sali wykładowej Kliniki Dermatologicznej przy ul. Koszykowej. Dziekanat Akademii Medycznej mieścił się przy ulicy Filtrowej 30. Biegaliśmy tam zaliczyć poszczególne semestry i lata studiów.

Adres Filtrowa 30 - miejsce odwiedzone po latach jest zupełnie inne niż to, które miałam w pamięci, jest własnością nieznanej mi spółdzielni mieszkaniowej. Na budynku komercyjne szyldy zachęcające do usług prawniczych, bo bez prawnika w demokracji to przecież trudno się poruszać.

Kto z dostojnej profesury owych lat pozostał na trwałe w mej pamięci? Oczywiście przede wszystkim najbarwniejsze osobowości, takie jak profesor Witold Sylwanowicz (http://www.pogon.lt/Fundacja/Wilnianie_zasl/sylwanowicz.html) czy Kazimierz Ostrowski, z którymi stykaliśmy się na pierwszych latach nauczania. Spójrzmy jednak na kadrę pedagogiczną chronologicznie według studenckiego indeksu.


# 7 Mój indeks

# 7 Mój indeks

Niewątpliwie wielką estymą wśród studentów cieszył się prof. Witold Sylwanowicz, który na wykład z anatomii prawidłowej wkraczał z liczną świtą asystencką. Wszyscy mieli czyściutkie, wykrochmalone, szeleszczące białe fartuchy oraz czepki na głowach. Naszym asystentem był dr Mieczysław Nowak – mieliśmy z nim dobre relacje. Chemię ogólną wykładał prof. Piotr Wierzchowski, zwany przez studentów „Mułem”, słynął z nudnych wykładów – przez cały czas pisał na tablicy wzory chemiczne odwrócony do studentów tyłem (http://mdw.wum.edu.pl/sites/mdw.wum.edu.pl/files/biul-11.pdf).

W moim indeksie niewątpliwie wyróżnia się podpis profesora Witolda Sylwanowicza – nie dość, że jest na pierwszym miejscu, to jeszcze złożony zielonym atramentem! Może ten kolor sugerować dostatek dóbr doczesnych w wczesnym socjalizmie, a także przypomina znany dowcip żydowski.

Żyd wybiera się w odwiedziny do rodziny w Rosji i ustala, jak będzie relacjonował w listach swój pobyt. Wszyscy są świadomi działającej cenzury i potencjalnych konsekwencji pisania prawdy. Najmądrzejszy w rodzinie proponuje:

Pisz o wszystkim pozytywnie, a to, co będzie negatywne, opisz zielonym atramentem, ale też w tonacji pozytywnej. My będziemy wiedzieli, co jest źle, a ciebie i siebie nie narazimy na ewentualne przykrości. Odważny turysta pojechał odwiedzić krewnych. Po miesiącu nadchodzi list.

Droga Rodzino, wszystko jest tu wspaniałe! towarów dostatek, swobód obywatelskich też. Wszystko jest naprawdę super! całuję was, Abraham
PS. Tu nie ma zielonego atramentu!

Jedno jest pewne – w czasach mojej lekarskiej młodości w PRL wszystkiego było pod dostatkiem, nawet był zielony atrament! Podpis prof. Witolda Sylwanowicza tego dowodem.

Z innych osobistości warto wspomnieć prof. Witolda Kapuścińskiego, u którego zdawałam egzamin z fizyki po I roku. Egzamin przebiegał w spokojnej atmosferze, w pewnym momencie dostałam pasujące mi pytanie, nabrałam głęboko powietrza w płuca, aby na wydechu błysnąć moją fizyczną wiedzą, gdy… zapinka mojego stanika rozpięła się, dekoncentrując mnie dość poważnie. Jakoś zdołałam zapanować nad wszystkim i otrzymałam piątkę.

Po zajęciach wpadaliśmy na kawę do „Colorado” w Alejach Jerozolimskich. Podobno w owych latach było w Warszawie 160 kawiarni (http://eela1.blox.pl/2011/06/Neony-warszawskie.html). Niewiele, teraz 160 jest na dłuższej ulicy.

Drugi rok uchodził za ciężki głównie z powodu biochemii i egzaminu u prof. Ireny Mochnackiej, zwanej przez studentów „Rybeńką”. Nie mniejszą sławą cieszyła się fizjologia.

Ćwiczenia z tych przedmiotów stanowiły poważne wyzwanie! Na biochemii dostawaliśmy probówki z kolorowym płynem, w którym pływały różne kationy i aniony. Dolewając różnych innych płynów, musieliśmy wykryć, co w tych cholernych probówkach jest... Zawsze musiałam korzystać ze znanego wszystkim studentom wsparcia osoby przygotowującej te mikstury. Na czym ono polegało? Kto wtedy nie studiował, ten się nie dowie. Z kolei na fizjologii musieliśmy obcować z żabami, może nawet je uśmiercać!

Po latach dowiaduję się ciekawych informacji o profesurze fizjologicznej (http://fizjologia.amwaw.edu.pl/dokumenty/historia.pdf) – kontakty z nauką na całym świecie! W ówczesnych latach trudno to było zgadnąć.

Po latach dowiaduję się ciekawych informacji o profesurze fizjologicznej (http://fizjologia.amwaw.edu.pl/dokumenty/historia.pdf) – kontakty z nauką na całym świecie! W ówczesnych latach trudno to było zgadnąć.

Po drugim roku najpoważniejszym egzaminem była oczywiście anatomia prawidłowa. Poszła mi dobrze, inne przedmioty też. Najsłabiej biochemia – no ale i tak zdana za pierwszym podejściem. Wiele osób miało problemy z tym przedmiotem.

Zapamiętaliśmy prof. Kazimierza Ostrowskiego z histologii, miłośnika sportów różnych, w tym podobno skoku przez katedrę w celu odbycia wykładu dla studentów.

Trzeci rok studiów uchodził za nieco łatwiejszy, zaczynały się przedmioty kliniczne. Kontynuowaliśmy także naukę przedmiotów teoretycznych: anatomii patologicznej, zwanej dziś patomorfologią (nie wiem dlaczego!), mikrobiologii lekarskiej oraz fizjologii patologicznej.

W katedrze anatomii patologicznej była zmiana szefa – przyszedł prof. Janusz Groniowski, robił na nas również spore wrażenie. Pod koniec roku akademickiego zachorował i przysłał do naszego kursu list, który kończył się słowami „Wasz Groniowski”. Byliśmy zachwyceni! To był pierwszy profesor, który oświadczył publicznie, że jest nasz! Chyba przez jakiś czas mieszkał na terenie zakładu po przeprowadzce z innego miasta. Zdawałam u niego egzamin – dostrzegłam, że ma jakiś problem z żyłami w kończynie dolnej, bo profesorska kończyna spoczywała na kanapie, ułożona wyżej.

Prof. Jan Walawski przeszedł w tym czasie na emeryturę, ale zaglądał do zakładu. Był niewysokiego wzrostu. Jeden z niesfornych asystentów dokonał modyfikacji katedry, z której profesor wygłaszał wykłady i podobno nie było go zbyt dobrze widać w wyniku tej przeróbki. Niesforny asystent, posiadacz czerwonego dyplomu, poszedł szukać szczęścia na chirurgii, ale tam też kariery nie zrobił. Czerwony dyplom nie był przepustką do sukcesów na całe życie...

Chwili wytchnienia dostarczały studentom zajęcia z wojska. Wykłady odbywały się w gmachu medycyny sądowej. Konieczna była obecność, inne aktywności nie były wymagane. Pamiętam wykładowcę chirurgii wojskowej w randze pułkownika, o pseudonimie „Krępulec”. Pan pułkownik tak nazywał opaskę uciskową i stąd pochodził jego nick, jak to powiedzielibyśmy współcześnie. Studenci szeptali między sobą na wykładach, a pułkownik ciągnął monotonnym głosem: Jeżeli żołnierz na polu walki straci przytomność, należy z osobistego zestawu opatrunkowego wyjąć agrafkę i przypiąć mu język do munduru, co chętnie bym uczynił każdemu słuchaczowi moich wykładów.

4. Półmetek

Obok gmachu medycyny sądowej jest Klub Medyka. Wpadaliśmy tam na kawę między zajęciami. W sali balowej bywały też spotkania ze słynnymi osobistościami, z których najważniejszą była Marlena Dietrich. Odwiedziła ona Klub Medyka w 1964 roku. Tłok na sali był olbrzymi. Nie udało mi się dostać do środka. Relację z pobytu Marleny Dietrich w Warszawie można obejrzeć na starej kronice filmowej: http://www.kronikarp.pl/szukaj,30000,tag-692432,strona-1. Widać także na tej kronice, że wśród studentek modne były chustki jako nakrycie głowy. Nosiłam taką! Choć dziś trudno mi to sobie wyobrazić.

#8 Marlena Dietrich w Klubie Medyków

#8 Marlena Dietrich w Klubie Medyków

Znany był pogląd, że student który dobrnął do półmetka, wcześniej czy później studia ukończy. Bal półmetkowy był więc ważnym wydarzeniem. Odbywał się w Klubie Medyka, znanego nie tylko z sali balowej, ale także z dobrej orkiestry grającej jazz.

# 9 Zaproszenie na bal półmetkowy

# 9 Zaproszenie na bal półmetkowy

Rok czwarty był dość ciężki. Oczywiście niebywałą frekwencją cieszyły się wykłady prof. Stefanii Jabłońskiej. Pani Profesor zawsze elegancka, z fryzurą prosto od fryzjera, w szykownym kostiumiku i szpileczkach prezentowała nam interesujące przypadki kliniczne. Przypadki wkraczały gołe, jedynie na głowach miały kaptury z białego płótna à la Ku-Klux-Klan z otworami na oczy i usta. Pani Profesor wskazywała na objaw pierwotny, zlokalizowany w miejscu typowym, i zachwycała się jego urodą. Aby wzmocnić efekt, niekiedy dodawała opis mikroskopowy: Proszę państwa, krętek blady pod mikroskopem ma królewskie ruchy! Musieliśmy dawać wiarę słowom pani Profesor. Nie widzieliśmy nigdy w skali mikro żadnego krętka, a w skali makro żadnego króla.

# 10 Byłam laureatką tego konkursu

# 10 Byłam laureatką tego konkursu

Chętnie chodziłam na wykłady prof. Ireny Haussmanowej z neurologii. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie wykład, podczas którego opis aury padaczkowej został zilustrowany fragmentem prozy Dostojewskiego.

Sesja po IV roku poszła mi bardzo dobrze – same piątki w indeksie! Pracowałam też w komisji stołówkowej ZSP w ramach modnej w owych latach pracy społecznej. Mając dobre wyniki w nauce i aktywność w ZSP, złożyłam podanie o praktykę zagraniczną i przyznano mi ją.

Podróżowaliśmy w grupie pociągiem na trasie Warszawa-Wilno-Daugavpils-Ryga. Mieszkaliśmy w akademikach studenckich. Dzięki temu, że kolega Janusz miał aparat fotograficzny, mam wyjątkowo bogatą dokumentację z tego wyjazdu (https://www.photoblog.com/mimax2/2016/08/15/15082016-wspomnien-czar-praktyka-studencka-w-rydze/).

Rok piąty to duże egzaminy kliniczne, ale poszedł mi dobrze, sesję zaliczyłam na same piątki! Po piątym roku był konkurs na najlepszego studenta AM – byłam laureatką tego konkursu. Dziekan podczas wręczania nagrody, którą była książka Od marzenia do odkrycia naukowego, zaoferował wsparcie przy poszukiwaniu pracy w murach Alma Mater.

https://www.photoblog.com/mimax2/2017/07/11/11072017-staz-podyplomowy/

Na laury złożyła się sesja po piątym roku zaliczona na same piątki oraz tzw. praca społeczna w komisji stołówkowej Zrzeszenia Studentów Polskich. Praca polegała na pełnieniu dyżurów w stołówce (zwykle przez miesiąc) w godzinach od 12 do 14 i przyjmowaniu do sprzedaży numerków obiadowych. Dyżurny miał prawo do bezpłatnego obiadu w tym czasie. Stołówka serwowała bardzo smaczne i obfite obiady, dodatkowo można było pożywić będącego w potrzebie kolegę, panie wydające obiady pozwalały na wzięcie drugiej zupy.

Dobre wyniki w nauce, praca społeczna zachęciły mnie do aplikowania o praktykę zagraniczną w Rydze.

W moich studenckich czasach można było wyjeżdżać na praktyki zagraniczne poprzez Zrzeszenie Studentów Polskich (ZSP). Na Zachód jeździli działacze, a prosty lud studencki do krajów demokracji ludowej. Byłam takim prostym ludem więc udało mi się zakwalifikować na praktykę do Rygi. Trasa naszej podróży wiodła: Warszawa - Wilno - Daugavpils -Ryga. Odbyliśmy też podróż lotniczą do Sankt Petersburga.

https://www.photoblog.com/mimax2/2016/08/15/15082016-wspomnien-czar-praktyka-studencka-w-rydze/

Rok szósty można było skończyć wcześniej dzięki układowi ćwiczeń. Tak więc 29 lutego 1968 roku byłam już po wszystkich egzaminach. Nadciągał słynny Marzec 68 roku. W Medyku odbywały się zebrania, wiece. Ich przebieg transmitowano przez głośniki zainstalowane w stołówce studenckiej. Pierwszy raz coś takiego słyszałam i prawdę powiedziawszy, nie bardzo rozumiałam jako osoba niespecjalnie interesująca się polityką. Pojechałam do Krynicy odpocząć.

Gdy ochłonęłam po zdaniu ostatniego egzaminu dotarło do mnie że coś się dzieje dookoła. Odbyło się między innymi burzliwe zebranie w sali balowej Klubu Medyka, które transmitowano przez lokalny radiowęzeł do innych pomieszczeń. Pamiętam, że było ono słyszane także w stołówce, która mieściła się w prawym skrzydle budynku na poziomie minus jeden. Bardzo to było niecodzienne wydarzenie, a w dodatku kompletnie dla mnie nie zrozumiałe.

Polityka nie była wtedy przedmiotem tak powszechnego, codziennego zainteresowania wszystkich ludzi. Można było się polityką nie interesować.

5. Odpoczywam po dyplomie

Wyczerpana egzaminami postanowiłam odpocząć w Krynicy. Wyjechałam na dwa tygodnie. Spacerowałam po deptaku, pijałam wodę źródlaną, weszłam na Górę Parkową oraz jeździłam na łyżwach na miejscowym lodowisku. Można było wypożyczyć na lodowisku łyżwy, których wcześniej nie miałam.

Lubiłam podczas spacerów zachodzić do salony prasowego mieszczącego się w prawym skrzydle Nowego Domu Zdrojowego, była tam prasa zagraniczna oraz książki, a wśród nich książka o sukcesach Pantomimy Wrocławskiej.

W Krynicy mieszkałam w wynajętym pokoiku na pierwszym piętrze niedawno wybudowanego domu. Pewnego wieczoru pogoda zmieniła się niespodziewanie. Wiał silny wiatr, jeszcze w owych latach nie przeszkadzający w uśnięciu. W nocy poczułam, że spadają na mnie tysiące tajemniczych drobin. W pierwszej chwili pomyślałam, że to inwazja dziwnych insektów. Zdenerwowana zapaliłam światło. Okazało się, że jestem pokryta trocinami, które były użyte do izolacji dachu, a podczas silnego wiatru wysypały się przez szpary pomiędzy deskami, z których zbudowany był sufit.

Na tyle zachęciłam się do sportu łyżwiarskiego, że po powrocie za czas jakiś kupiłam sobie eleganckie łyżwy i chodziłam na Torwar. Pewnie nigdy bym tam nie trafiła, ale dział socjalny szpitala zakupił abonamenty w atrakcyjnej cenie i promował akcję sport to zdrowie. Nie wszyscy byli tego zdania, pamiętam kolegę urologa, który jeździł ze swoim synem. Tata ów zasapany jazdą na łyżwach dobija do ogrodzenia żeby odpocząć i wyznaje: już wolę profesorowi przy operacji asystować, niż na tych łyżwach jeździć ;).

Podczas pobytu w Krynicy jadałam obiady w jednym z sanatoriów, były bardzo dietetyczne i chyba nisko solne. Wprawdzie w moim podręczniku studenckim do interny były opisane walory diety z ograniczeniem jonu sodowego, ale wtedy jeszcze nie doceniałam tej informacji.

Zaletą obiadów w sanatorium był dostęp do telewizora, w którym pokazywano jakieś wydarzenia w Warszawie. Wiece, przemówienia - kompletnie nie wiedziałam o co w tym wszystkim chodzi.

Nadciągał słynny Marzec 68'. Na różnych uczelniach odbywały się wiece - między innymi na Politechnice Warszawskiej 9 marca, potem przekształcony w strajk okupacyjny Auditorium Maximum. Była akcja zbierania żywności dla okupujących gmach studentów, wszystkie te wydarzenia wydawały mi się niezwykle egzotyczne i nigdy wcześniej niespotykane. Na gmachu Politechniki wisiały transparenty...

Największy wiec odbył się 28 marca, byłam już w Warszawie. Chyba w jakimś kilkuosobowym gronie świętowaliśmy u Fukiera zakończenie studiów i pod wieczór wracaliśmy spacerem Krakowskim Przedmieściem. Na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego były jakieś grupy demonstrantów, zamieszanie. Przeszliśmy obok wydarzeń historycznych, jednak temat wkrótce powrócił.

Kilkoro kolegów pracujących w szpitalu i mających żydowskie pochodzenie w kilka miesięcy później się zdecydowało się na emigrację. Jedna z koleżanek kończyła właśnie przygotowania do wyjazdu, była w banku, wymieniała jakieś pieniądze, ktoś podobno chciał ją oszukać, wzburzona opowiadała:

- Mnie Żydówkę, chciał oszukać na pieniądze! Coś podobnego! Nie dałam się! Ale mniejsza o to...

- Za rok o tej porze w Jerozolimie, jak mówią bogobojni Żydzi, gdy piją wódkę, do ciebie Filip to piję - oznajmiła do szefującemu nam podczas wakacji koledze.

Rzeczony Filip nic nie odpowiedział, choć był błyskotliwym rozmówcą. Niezwykle nas ta scena zaskoczyła, ale i nie wyemigrował, co też nas zaskoczyło. Z naszego oddziału wyjechały w krótkim czasie cztery osoby - dwie do Izraela, jedna do RFN, jedna do Francji.

Zbyt mało rozumieliśmy, nie o wszystkim mówili nam starsi koledzy i ich emigrujący rówieśnicy, a poza wszystkim byliśmy przejęci niedawno rozpoczętą pracą. Przywilejem młodości jest skupianie się na własnych sprawach. Starości zresztą też.

W kraju toczyły się burzliwe wydarzenia społeczno-polityczne, ale moja uwaga była skupiona na rozpoczęciu pracy. Dlaczego wybrałam szpital kliniczny Akademii Medycznej jako miejsce odbywania stażu?

Zachętą była złożona publicznie deklaracja prof. Zdzisława Łapińskiego podczas ogłaszania wyników konkursu na wzorowego studenta. Nie miałam okazji słuchać wykładów ani też odbywać ćwiczeń w klinice profesora Łapińskiego, ale zdawałam u niego egzamin dyplomowy z chirurgii.

Oczywiście chwilę czasu poświęciliśmy ustaleniom naszych rodowodów z uwagi na moje panieńskie nazwisko jednakowe z profesorskim. Wzorowy student otrzymał książkę Hansa Seyle'go z dedykacją oraz zaproszenie do aplikowania na staż w Akademii Medycznej. Książkę czytałam po wielokroć, niestety pożyczyłam komuś i nie wróciła ona do mnie. Zachęcona złożyłam dokumenty i otrzymałam staż od kwietnia.

Były to lata 1968 - 70. W tym czasie obowiązywały półroczne pobyty na internie, chirurgii, ginekologii oraz pediatrii. W trakcie trwania mojego stażu wprowadzono pojęcie stażu specjalistycznego – przyszły internista mógł szkolić się na oddziale chorób wewnętrznych 12 miesięcy i były one liczone na poczet przyszłej specjalizacji. Zdecydowałam się na taki staż, dzięki czemu mogłam zgłębiać tajniki interny w dłuższym okresie. Dyplom odebrałam nieco później już pracując, w dniu 6 maja 1968 roku.

odcinek następny https://www.photoblog.com/mimax2/2017/10/24/24102017-za-rok-o-tej-porze-w-paryzu-odcinek-drugi/

  Be the first to like this post
Join the conversation
0
Be the first one to comment on this post!
Up
Copyright @Photoblog.com