24/10/2017. Za rok o tej porze w Paryżu - odcinek drugi

by Krystyna Knypl October. 24, 2017 443 views

poprzedni odcinek https://www.photoblog.com/mimax2/2017/10/23/23102017-za-rok-o-tej-porze-w-paryzu-odcinek-pierwszy/

6. Odbiór dyplomu lekarza (wersja zbeletryzowana)

Będę leczyć ludzi?! Jak to się właściwie robi??? – zapytywała samą siebie, bo przecież nie mogła nikomu innemu zadawać takich pytań. – Muszę koniecznie dowiedzieć się, jak to się robi, tylko od kogo??? Niby na wykładach profesorowie mówili, że naparstnicę daje się w niewydolności krążenia – ale kiedy? komu? jak długo??? Odpowiedzi na tak szczegółowe pytania niestety nie padały na wykładach ani nie było ich w książkach.

Wiedziała tylko jedno – aby leczyć, musi odebrać dyplom lekarza i na tym postanowiła chwilowo się skupić. Rozwiązanie innych egzystencjalnych i intelektualnych dylematów musiało poczekać na swój odpowiedni czas.

# 1 Maść tygrysia, wydanie trzecie

# 1 Maść tygrysia, wydanie trzecie

Odbierających dyplom lekarza było trochę ponad setkę. Część stanowili maruderzy z poprzedniego sezonu, część przodownicy pracy z trwającego roku akademickiego.

Dziekan będący jednocześnie chirurgiem nie lubił tracić czasu na aktywności niezakończone opisem przeprowadzonego zabiegu, dlatego odbiór dyplomów zawsze wyznaczał na środę, tradycyjny dzień nieoperacyjny.

Zejdzie mi pewnie ze dwie godziny na tych uściskach i uśmiechach – pomyślał, wysiadając z taksówki przy Klubie Medyków.

Dzieńdobrypaniedziekanie, dzieńdobrypaniedziekanie – szemrały szeregi elegancko wystrojonych, świeżo upieczonych absolwentów Wydziału Lekarskiego. Rodziców, ciotek i rodzeństwa nie było wiele w gronie oczekujących na uroczystość. W końcu to środek dnia!

Wszyscy budowali lepszą przyszłość Sarmalandzkiej Republiki Ludowej.

Poza tym burżuazyjne zwyczaje bywania rodzin absolwentów na odbieraniu dyplomów ukończenia wyższej uczelni nie były w modzie.

Tuż przed jedenastą wszyscy przeszli do sali balowej i zasiedli po obu jej stronach, zostawiając wolny pas pośrodku, aby dostojna profesura mogła bez przeszkód przejść do sceny.

Pochód otwierał dziekan Zbigniew Przekora, za nim podążało dwóch prodziekanów i pan Jan, szef dziekańskiego sekretariatu z dyplomami ułożonymi w dwóch rzędach na tacy przykrytej zielonym suknem.

# 2 Logo Klubu Medyków

# 2 Logo Klubu Medyków

Dostojna profesura wkroczyła na scenę i zasiadła w fotelach. Próżni strojnisie poprawili akademickie sukienki i ładnie ułożyli fałdy. Dziekan Przekora skinął na pana Jana, który z kolei dał znak dyrygentce chóru akademickiego. Pani Emilia uniosła ręce ku górze i z impetem wprawiła je w ruch.

Odśpiewano po łacinie okolicznościową pieśń akademicką i przystąpiono do słownej części ceremonii.

Dziekan wygłosił przemówienie, które jak zwykle na taką okazję miał przygotowane, będące swobodnym streszczeniem przyrzeczenia lekarskiego. W ostatniej chwili zdecydował się dodać coś osobistego.

– Jesteście ostatnią grupą absolwentów, której wręczam dyplomy. Od nowego roku akademickiego przechodzę na emeryturę. Właśnie uświadomiłem sobie, że wy przejdziecie na emeryturę już w dwudziestym pierwszym wieku. Co za perspektywa! Tyle lat pięknej pracy przed wami! Ale jeszcze nie jesteście lekarzami, dopóki nie złożycie przyrzeczenia. Proszę wszystkich o powstanie, a absolwentów odbierających dziś dyplomy o podniesienie prawej ręki ku górze i powtarzanie za mną:

– Przyjmując z czcią i głęboką wdzięcznością nadany mi stopień lekarza... – absolwenci z nieco ściśniętymi wzruszeniem gardłami powtórzyli pierwsze zdanie za dziekanem. Potem drugie, trzecie, kolejne…

– Przysięgamy to uroczyście! – tonacja była w tym momencie już zupełnie dźwięczna.

# 3 Tekst mojego przyrzeczenia lekarskiego, złożonego 6 maja 1968 roku

# 3 Tekst mojego przyrzeczenia lekarskiego, złożonego 6 maja 1968 roku

Teraz, skoro jesteście już pełnoprawnymi lekarzami, przystępujemy do wręczenia dyplomów.

Wywołani po nazwisku wchodzili schodkami na podwyższenie. Dziekan wręczał dyplom i podawał do uściśnięcia dłoń ubraną w rękawiczkę.

– Matylda Przekora – dziekan jakby nieco głośniej wymówił nazwisko i dodał, objaśniając zgromadzonym: – Z Matyldą już wiemy, że nie jesteśmy spokrewnieni, ustaliliśmy to, gdy zdawała u mnie egzamin z chirurgii. Ale państwo jeszcze tego nie wiedzą. Ale ponieważ i tak nikt w to nie uwierzy, skazani jesteśmy na wzajemne popieranie się. Matyldo, gratuluję dyplomu. Mam nadzieję, że zostaniesz na uczelni.

Takjestpaniedziekanie – wymamrotała Matylda półprzytomna z wrażenia, że publicznie zostało skomentowane jej nazwisko, jednobrzmiące z nazwiskiem dziekana Przekory. Odebrała podany dyplom i uścisnęła dziekańską dłoń przyobleczoną w czarną rękawiczkę. Nie była przyjemna w dotyku. Materiał rękawiczki był chropawy, gryzący, sztuczny.

Trzymając dyplom, całą uwagę skupiła na tym, aby bez upadku zejść z chybotliwych schodków dostawionych do sceny. Uff, udało się!

Usiadła obok koleżanki z grupy studenckiej i zajęła się oglądaniem dyplomu. Był taki sobie. Granatowe płótno lichej jakości, wytłoczony napis w kolorze złotym wydawał się jakiś obcy i jakby jej niedotyczący.

Jestemlekarzem, jestemlekarzem, jestemlekarzem – powtórzyła sobie kilkakrotnie, aby w końcu w to uwierzyć. – Muszęiśćdopracy, muszęiśćdopracy, muszęiśćdopracy – pomyślała.

Uroczystość dobiegła końca. Zgromadzeni niespiesznie opuszczali salę balową Klubu Medyków. Matylda schodziła po wyślizganych schodach z pierwszego piętra, oszołomiona perspektywą udania się do pracy.

Boże, czy to znaczy, że już nigdy nie będę miała wakacji??? Nigdy nie wyjadę na wakacje??? – chciało się jej płakać, wyć, uciec na koniec świata. Przyspieszyła kroku, by czym prędzej wyjść na świeże powietrze. Nagle wyrżnęła czołem w ramę otwartego okna, wystającego na schody między salą balową a holem. Pogrążona w rozpaczy z powodu nieodwracalnej utraty wakacji mogłaby zderzyć się nawet ze statkiem. Też by go nie zauważyła. Nawet nie poczuła uderzenia, cała zatopiona w egzystencjalnym bólu brakuwakacji, brakuwakacji, brakuwakacji. Nic nie mogłoby jej bardziej zdołować.

7. Pierwszy dzień w pracy - wersja zbeletryzowana

Jak się ubrać na pierwszy dzień pracy? – zastanawiała się Matylda. Uznała, że szaroniebieski kostiumik z białą bluzką, jej oficjalny strój egzaminacyjny, będzie odpowiedni na tę okazję. Kostiumik był szyty na miarę. W owych czasach nie było jeszcze poradników dla młodych profesjonalistek i były one zdane na siebie oraz swoją intuicję.

Elegancjafrancja, elegancjafrancja, elegancjafrancja – pomyślała,

przeglądając się w lustrze przed wyjściem.

# 4 Pierwszy dzień pracy

# 4 Pierwszy dzień pracy

Całą drogę do przyszłego miejsca pracy przeszła na piechotę.

Przecież nie mogła się narazić na utknięcie w windzie czy czekanie na spóźniony autobus. Mieszkała niezbyt daleko i po dwudziestu minutach stanęła przed wejściem na Oddział Chorób Wszelakich.

Gdy inni napełniali swe drogi oddechowe zapachami wiosennych kwiatów, Matylda wciągnęła potężny haust szpitalnego powietrza i kilka minut przed ósmą zgłosiła się do sekretariatu. Sekretarka po odebraniu skierowania na staż podyplomowy wpisała ją na listę pracowników oddziału i objaśniła:

– Będzie się pani podpisywała codziennie, lista obecności leży na parapecie, po lewej przy wejściu. Teraz proszę iść na oddział męski do pani Stasi, naszej siostry gospodarczej, wyda pani fartuch i proszę poczekać na panią wiceordynator, będzie pani pracowała w jej zespole. To wszystko na dziś.

– A pan ordynator? – nieśmiało zapytała Matylda.

– Zajęty – ucięła sekretarka.

Matylda była trochę zawiedziona, że nie stanie przed ordynatorskim obliczem ani nie dostąpi zaszczytu odściśnięcia jego kończyny górnej w pierwszym dniu pracy.

Ordynator miał jednak ważniejsze, a nawet Bardzo Ważne Sprawy, w tej skali przybycie do pracy nowej stażystki było wydarzeniem bezkalibrowym.

Ściskałam się niedawno z dziekanem, wystarczy! – powiedziała sobie na pocieszenie, wychodząc z sekretariatu. Zeszła na parter, substytucyjnie zamiast ordynatorskiej prawicy ściskając pod pachą torebkę.

Oddział męski chorób wszelakich był na lewo od schodów prowadzących do ordynatorskich apartamentów. Na końcu oddziału mieścił się magazynek gospodarczy, w którym w każdy poniedziałek pani Stasia wydawała asystentom czyste fartuchy.

– Dzień dobry, ja do pracy – nieśmiało zagaiła Matylda.

– Chudzina z pani – zauważyła siostra gospodarcza – ale coś

dobierzemy – przerzuciła stertę wypranych fartuchów i z samego dna wyciągnęła rozmiar XS. – Będzie dobry, pani mierzy – poleciła. Fartuch był dobry, prawie jak szyty na miarę. Matylda powoli zapinała guziki obleczone białym materiałem, niektóre z nich miały naderwane powleczenie, spod którego wyglądał metalowy korpus.

– Pani idzie do lekarskiego i tam czeka na swoją szefową. Pewnie u ordynatora jeszcze siedzi na odprawie.

– A skąd pani wie? – zapytała Matylda.

– Oni tak zawsze siedzą z pół godziny, jak dyżurni zdadzą raport.

Ciekawe o czym gadają, pewnie plotkują – mruknęła pod nosem gospodarcza.

– A może mi pani powiedzieć, gdzie mogę schować torebkę? Mam w niej portfel z dokumentami, klucze do domu; płaszcz zostawiłam w szatni, ale z torebką to się boję – wyznała Matylda.

– Pani położy sobie torebkę w szafie, w lekarskim – poradziła siostra gospodarcza.

– A jak mi ją ktoś ukradnie? – zaniepokoiła się Matylda.

– To nie będzie miała pani kluczy do domu i forsy. Wtedy pod most, jak nic – zauważyła pani Stasia. – Majątku tu się pani nie dorobi, można potrenować zawczasu zakwaterowanie dla ubogich.

– Ale ja bym się tu chciała nauczyć medycyny – wyznała Matylda.

– A, to się może zdarzyć – oznajmiła nieoczekiwanie siostra gospodarcza.

– Dziękuję pani, dziękuję za fartuch i wszystkie informacje.

Matylda przeszła pół długości korytarza i stanęła przed drzwiami z napisem Pokój lekarski. Stała oto u wrót wiedzy lekarskiej, którą dzielono się z innymi na słynnym Oddziale Chorób Wszelakich nie mniej słynnego ordynatora Władysława Wielkosza.

Co zrobić z tą torebką? – myślała nerwowo. Przed wejściem do pokoju lekarskiego przepakowała klucze i portfel do kieszeni fartucha, po czym drugi raz tego dnia wzięła głębszy haust szpitalnego powietrza i nacisnęła klamkę drzwi prowadzących do sanktuarium wiedzy lekarskiej

– Dzień dobry, ja na staż, nazywam się Matylda Przekora – przedstawiła się kilkorgu zebranym. – Do zespołu pani wiceordynator.

– Siadaj i siedź, póki możesz i nic nie musisz robić – poradził pucołowaty kolega z krótko przystrzyżonymi włosami. – Zbyszek jestem – dodał.

– Miło mi, Matylda. Czy mogę w tej szafie schować torebkę? – zapytała.

– Rzuć sobie pod rentgeny, to nikt nie znajdzie.

– Nie rozumiem – odpowiedziała Matylda.

– A co tu jest do rozumienia? Po lewej masz teczkę z historiami chorób, po prawej klisze rentgenowskie pacjentów.

Matylda zgodnie z radą Zbyszka zdeponowała swoją nieszczęsną torebkę w szafie. Kilka minut po dziewiątej nadeszła wice ordynator Jolanta Budkiewicz.

– Pani zdaje się czeka na mnie? – rzuciła w stronę nowej stażystki.

– Tak, pani ordynator – odpowiedziała Matylda.

– No to idziemy na obchód, będzie pani notowała moje zlecenia.

Tu jest teczka z kartami zleceń pacjentów. Idziemy. W pierwszej sali leżało czterech pacjentów, których Jolanta po kolei pytała o samopoczucie, po czym w zależności od tego co usłyszała, badała i wydawała Matyldzie polecenia.

– Proszę zapisać z dzisiejszą datą: Odstawić digoxin – poleciła. – Odstawiamy, ponieważ pacjent ma wolną czynność serca – dodała objaśniająco.

Po trzech kwadransach wszyscy chorzy pozostający pod opieką zespołu wiceordynator byli zbadani, a zlecenia zaktualizowane.

– Proszę oddać zlecenia siostrze apteczkowej, pani Izie. Ja teraz idę na śniadanie, pani też może coś przekąsić. Stażyści piją herbatę w pokoju stołówkowym u pani Maryni, przy schodach.

– A co mam robić potem? – zapytała Matylda.

– Po śniadaniu, powiedzmy za pół godziny, spotkamy się w pokoju lekarskim i napiszemy obserwacje z dzisiejszego obchodu.

Co napiszemy??? – pomyślała spanikowana Matylda. Nie pamiętała kompletnie nic. Ani jak nazywali się pacjenci, ani na których łóżkach leżeli, nie wspominając już o takich wyrafinowanych szczegółach jak to, któremu z nich skoczyło ciśnienia, a któremu podniosło się tętno.

I to ma być prawdziwa medycyna? Matylda miała ochotę uciec na kraj świata, rzucić tę całą medycynę.

Matyldo, na wszystko przyjdzie pora, na rzucanie medycyny też – była pewna, że jakiś głos cichutko szepnął jej do ucha te właśnie słowa. Zdecydowała się więc zostać. Jakoś przetrwała pierwszy dzień.

Nadeszła godzina czternasta i wszyscy rozeszli się do domów, a niektórzy pracownicy Oddziału Chorób Wszelakich udali się do rezydencji, zgodnie z rangą należną ich pozycji i stanowisku.

8. Początki pracy

Praca na oddziale polegała początkowo no pisaniu zleceń wydawanych przez starszego lekarza oraz pisaniu obserwacji w historiach chorób. Młodzież kliniczna po obchodzie przesiadywała w pokoju asystentów wpisując obserwacje do historii chorób lub sklejała szeregowo morfologię do morfologii, mocz do moczu, biochemię do biochemii.

#5 Droga do kariery klinicznej dla dziewczyny  # bez pleców # bezpartyjnej była zdecydowanie pod górkę ; )

#5 Droga do kariery klinicznej dla dziewczyny # bez pleców # bezpartyjnej była zdecydowanie pod górkę ; )

Chodziliśmy też na herbatkę do pokoju nr 16 na parterze, gdzie w godzinach wczesnych popołudniowych pani Marynia wydawała szpitalne obiady. Najgorsza była ogórkowa z ryżem. Największą zaletą obiadów była chyba cena, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie ile płaciło się. Wydaje mi się, że nie byłam wierną klientką pani Maryni.

Szefostwo pijało herbatę lub kawę w swoich gabinetach do których chadzaliśmy na rozmowy merytoryczne np. po napisaniu epikryzy końcowej w celu jej przedyskutowania przed wpisaniem do historii choroby.

Poza prowadzeniem pacjentów na oddziale pod kierunkiem starszych kolegów można było po zdaniu kolokwium dyżurować jako drugi dyżurant.

Pilni stażyści dostawali z czasem zaproszenie do zdawania kolokwium dopuszczającego do dyżurowania. Srodze ich odpytywała koleżanka szefująca na sali R, męcząc pytaniami o przebieg potencjałów czynnościowych w komórkach mięśnia sercowego.

# 6 Słynna szpitalna posadzka po której ślizgał się ordynator aby szybciej przybyć z pomocą pacjentom ;)

# 6 Słynna szpitalna posadzka po której ślizgał się ordynator aby szybciej przybyć z pomocą pacjentom ;)

Udało mi się te potencjały opanować i 1 listopada 1968 roku miałam swój pierwszy dyżur... Poprosiłam o tę datę wychodząc z założenia, że uwaga świata będzie odwrócona od tych co jeszcze żyją do tych co już odeszli i jakoś dotrwam do rana. Szefem dyżury był mile przez mnie wspominany kolega, który wkrótce potem wyemigrował do RFN.

Dyżur jak dyżur, ale poranna odprawa to było wyzwanie! Po wyrecytowaniu raportu i udzieleniu odpowiedzi na bardziej szczegółowe pytania. Pewnego razu usłyszałam pytanie czy wykluczyłam stresscel - głowę bym dała, że stresscel. Nie miałam pojęcia, że chodziło o stress ulcer!

Najlepszym przyjacielem każdego młodego lekarza dyżurnego był wówczas podręcznik Postępowanie w nagłych przypadkach internistycznych Dymitra Aleksandrowa i Wandy Wysznackiej - Aleksandrow. Znakomita, zwięzła książka i co ważne, mieszcząca się w kieszeni lekarskiego fartucha. Czytywaliśmy ją po wielokroć!

Barwnymi uczestnikami naszych dyżurów byli panowie noszowi, którzy przywozili pacjentów z izby przyjęć położonej na drugim końcu szpitala na poszczególne oddziały. Po dotarciu do oddziału docelowego pukali do drzwi dyżurki i wołali "pani doktor chorego przywiozłem". Przy kolejnym tak samo brzmiącym komunikacie zapytała "a zdrowego pan nie masz?" Nie było - oznajmił pan noszowy.

Gdy stan chorego w trakcie transportu pogarszał się noszowi włączali pierwszy bieg i wpadali zdyszani na nasz oddział. Pewnego razu noszowy oznajmi "pani doktor, nie rozmawia ze mną od czwartej wewnętrznej" czyli od budynku położonego kilka minut truchtem od naszego pawilonu. Powodem braku konwersacji było... zatrzymanie krążenia. Zreanimowaliśmy skutecznie.

Na drugim roku stażu trzeba było odbyć 24 dyżury w Pogotowiu Ratunkowym. Dyżurowałam już na oddziale, co dawało mi pewne obycie, ale mimo to szczerze nie cierpiałam tych dyżurów.

#7 PWZ pierwszy

#7 PWZ pierwszy

Odbyłam 22 dyżury, na dwa dostarczyłam jakieś L4. Wyjazdy były malownicze, niekiedy dramatyczne. Szczególnym wyzwaniem było stwierdzanie zgonu w domu. Miałam dwa takie przypadki. Bywały też wyjazdy do miejsc znanych z szemranych klimatów. Była nim część miasta zwana Dzikim Zachodem.

#8 Słynna szpitalna posadzka po której ślizgał się ordynator aby szybciej przybyć z pomocą pacjentom ;)

#8 Słynna szpitalna posadzka po której ślizgał się ordynator aby szybciej przybyć z pomocą pacjentom ;)

Pamiętam wyjazd na ulicę Łucką. Myślałam, że dyspozytor zrobił błąd pisząc nazwę ulicy i chodzi o Łódzką. Nazwa była wpisana prawidłowo - pochodziła od miasta Łuck. W ramach obchodów pięćdziesięciolecia dyplomu lekarza odwiedziłam tę część Warszawy.

9. Minął pierwszy rok pracy

Przetrwałam pierwszy rok w pracy ja i moi pacjenci! Po pracowitym początku kariery w kilkanaście miesięcy po dyplomie, czyli w wakacje 1969 roku, odbyłam dłuższą wyprawę zagraniczną. Była to wycieczka organizowana przez Zrzeszenie Studentów Polskich, której uczestnictwo musiałam przełożyć o roku, bowiem nie przysługiwał mi wcześniej urlop.

# 9 Pamiątkowa płyta długogrająca kupiona w Bukareszcie

# 9 Pamiątkowa płyta długogrająca kupiona w Bukareszcie

Trasa wiodła przez Pragę, Budapeszt i Bukareszt. Podróżowaliśmy pociągiem, w kilkunastoosobowej grupie, z przewodnikiem.

 # 10 To były piękne dni...

# 10 To były piękne dni...

W Pradze mieszkaliśmy w akademiku na Strahovie, w pokojach bodaj 4-osobowych, łazienki były wspólne, stołówka typowa dla tamtych lat. Wszystkie wnętrza mogłyby z powodzeniem grać w filmach Barei. Gdy wróciliśmy ze zwiedzania miasta, pamiętam że podano na obiadokolację gołąbki. Chyba były smaczne albo byliśmy bardzo głodni, tertium non datur.

W Budapeszcie również mieszkaliśmy w akademiku, ale zapamiętanie węgierskiej nazwy, nawet gdyby to działo się wczoraj jest absolutnie wykluczone. W ramach wdrażania się do światowego życia poszliśmy na kawę do Hotelu Gellerta. Młodzi i bez doświadczenia nie przewidzieliśmy kosztów. Większość kolegów z naszej grupy w tym czasie zażywała kąpieli na słynnych basenach hotelowych. Gdy kelnerka przyniosła rachunek, okazało się że jesteśmy niewypłacalni. Zostałam wydelegowana do odnalezienia kogoś z grupy i pożyczenia pieniędzy. Sprawa nie była łatwa, bo rozpoznanie na zatłoczonym basenie osoby w stroju kąpielowym, poznanej parę dni temu, wymagało nie lada wysiłku. Znalazłam naszego węgierskiego przewodnika chyba tylko dzięki temu, że był ubrany. Przewodnik złapał się za głowę na wieść, że poszliśmy do tak drogiej kawiarni.

Pożyczył potrzebną kwotę, z którą zziajana przybiegłam do kawiarni. Tymczasem moi koledzy zdążyli przekonać kelnerkę do zabrania nienapoczętego napoju i tym sposobem rachunek się obniżył. Z dumą oddaliśmy pożyczone pieniądze i z ulgą ruszyliśmy do Bukaresztu. Z tego miasta zapamiętałam dużo zieleni, szerokie ulice oraz inwazję chrząszczy. Było ich tak wiele, ze chrzęściły rozgniatane pod butami. Mimo hulaszczego trybu życia w Budapeszcie moja końcowa kondycja finansowa musiała być dobra, bo kupiłam na pamiątkę płytę długogrającą Slagere Anului 1968.

Praktycznie nie zachowała się dokumentacja z tamtej podroży, poza małymi wyjątkami w postaci płyt gramofonowych.

Kondycja finansowa musiała być dobra, bo kupiłam na pamiątkę płytę długogrającą Slagere Anului 1968.

https://www.photoblog.com/mimax2/2016/08/15/15082016-wspomnien-czar-praga-budapeszt-bukareszt/

odcinek następny https://www.photoblog.com/mimax2/2017/10/25/25102017-za-rok-o-tej-porze-w-paryzu-odcinek-trzeci/

  Be the first to like this post
Join the conversation
0
Be the first one to comment on this post!
Up
Copyright @Photoblog.com