28/10/2017. Za rok o tej porze w Paryżu - odcinek szósty

by Krystyna Knypl October. 28, 2017 473 views

odcinek poprzedni https://www.photoblog.com/mimax2/2017/10/27/27102017-za-rok-o-tej-porze-w-paryzu-odcinek-piaty/

30. Gala dinner w noblowskim miejscu

Rozstania się z medycyną przyszpitalną przyniosło w następnych latach zróżnicowane aktywności zawodowe, takie:

#uczestnictwo w kongresie European Society of Hypertension w Goeteborgu

# napisanie materiału edukacyjnego z zakresu promocji zdrowia dla pacjentów „Nadciśnienie tętnicze - wskazówki dla pacjentów”

# uczestnictwo w Komisji Kwalifikacyjnej – sesja jesienna postępowania kwalifikacyjnego na szkolenie specjalizacyjne w zakresie chorób wewnętrznych 9 luty, 15 luty, 16 luty, 21 luty, 22 luty 2000 rok

# wygłoszenie wykładu „Patofizjologia, diagnostyka i leczenie nadciśnienia tętniczego” Warszawa

# wygłoszenie wykładu „Nadciśnienie tętnicze – diagnostyka i leczenie” Lubelskie Centrum Higieniczno – Epidemiologiczne w Lublinie,

# wygłoszenie wykładu „Nadciśnienie tętnicze –diagnostyka i leczenie” Warszawa

# wygłoszenie wykładu „Nadciśnienie tętnicze – diagnostyka i leczenie” Warszawa

# publikacje (10) – do Antidotum i Medycyny Rodzinnej w roku 2000

# uzyskanie tytuł Specjalisty European Society of Hypertension

# uczestnictwo w kongresie European Society of Hypertension

w Mediolanie

# uczestnictwo w kongresie European Society of Cardiology w Sztokholmie

# publikacje (30) – do Medycyny Rodzinnej, Magazyn Medyczny – Lekarz Rodzinny, Antidotum, Biuletynu Kas Chorych w 2001

# 1 Gala reception

# 1 Gala reception

# 2 Menu na gala dinner

# 2 Menu na gala dinner

Ciekawym wydarzeniem związanym z kongresem w Sztokholmie był gala dinner w słynnym City Hall, w którego Sali Błękitnej laureaci nagrody Nobla są podejmowani obiadem przez parę królewską.

Nie pamiętam, dlaczego uszedł mojej uwadze ten punkt programu i do walizki nie zapakowałam odpowiedniego stroju.

Uznałam więc, że muszę uzupełnić niedobory i pognałam na zakupy na słynną handlową ulicę Drottinnggatan.

Zakupy były bardzo udane i nabyty wtedy strój służył mi przez kilkanaście lat.

# Podczas kongresu European Society of Hypertenion w Pradze poznałam prof. N.M.Kaplana, najwybitniejszego współczesnego hipertensjologa

# publikacje (15) – do Medycyny Rodzinnej, Informator – Leki Współczesnej Terapii, Ordynator Leków, Kardiologii po Dyplomie, Nowa Medycyna w 2002

Jako pamiątka z kongresu w Pradze w 2002 roku zostały mi książki z dedykacjami obu profesorów.

# Wydałam pierwszą książkę beletrystyczną Maść tygrysia czyli powołanie do medycyny pod pseudonimem Krystyna Hal-Hublewska oraz książkę Przewodnik po nadciśnieniu tętniczym

# Publikacje (20) – do Medycyna Rodzinna, Przewodnika Lekarza, Magazyn Medyczny – Lekarz Rodzinny, Journal of Hypertension w 2003

Pobyty na kongresach w Mediolanie, Sztokholmie, Goeteborgu, Pradze warto było przekuć w bardziej aktywne uczestnictwo i w 2003 roku byłam współautorką trzech doniesień plakatowych na kongresie w Mediolanie zrealizowanych jako główny autor. Co więcej zaprosiłam do współpracy jednego z kolegów, który otrzymał travel grant dla młodych naukowców.

Dzięki temu poznałam kuchnię samodzielnego przygotowywania doniesień naukowych – wyboru tematu, poszukiwania pacjentów oraz współuczestniczących w przedsięwzięciu kolegów, zgłaszania doniesień przez internet, produkcji plakatu, jego przewozu drogą lotniczą (łatwo zgubić taki rulon!), przyczepiania posteru na wyznaczonym miejscu i wreszcie dyżuru przy plakacie i odpowiadania na pytania osób odwiedzających plakat. Podobało mi się!

# Uczestniczyłam w Jubileuszowym Kongresie Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego

# Uczestniczyłam w kongresie International Society of Hypertension w São Paulo, travel grant naukowy w związku z prezentacją trzech doniesień

# 3 Zostałam członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

# 3 Zostałam członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

# publikacje (32) Magazyn Lekarza Rodzinnego, Essentia Medica, Przewodnik Lekarza, Neurologica, PAMW, Polski Przegląd Kardiologiczny, J. of Hypertension, Superlinia, Informator – Leki Współczesnej Terapii w 2004

Kontynuowałam także praktykę lekarską od 11.12.2002 w Klinice Promed ul. Uniwersytecka 1, Warszawa

31. Grant naukowy Interamerican Society of Hypertension (2004)

Wśród materiałów dostępnych na stoiskach wypatrzyłam na jednym z poprzednich kongresów informację o kongresie Interamerican Society of Hypertension w São Paulo. Zachętą do uczestnictwa była możliwość otrzymania naukowego travel grantu zwalniającego z fee. Przygotowałam trzy doniesienia plakatowe, które zostały przyjęte do prezentacji. Na ich podstawie otrzymałam naukowy travel grant, szczęśliwie nie dyskryminujący badacza z uwagi na pesel Grant pozwolił mi istotnie zracjonalizować koszty ekspedycji. Wyjazd, jak okazało się po jakimś czasie, był znakomitym pomysłem. Choć wymagał wielu przygotowań merytorycznych i inwestycji finansowych, to uczestnictwo w kongresie w sposób korzystny wpłynęło na moją karierę zawodową.

# 4 Abstract book

# 4 Abstract book

Podróż transatlantycka zawsze jest dużym przeżyciem – daleko, kosztownie, pytania typu jak to zniosę, co oznacza określenie, że na niektórych odcinkach może nie być dróg dla pieszych przy śledzeniu map miast amerykańskich i parę innych ciekawostek obcych Europejczykowi.

# 5 Jadalnia w hotelu Sao Paulo

# 5 Jadalnia w hotelu Sao Paulo

Zdecydowałam się na lot Lufthansą przez Frankfurt. Koszt biletu wynosił około 2400 zł, a inne koszty (hotel, jedzenie, upominki) około 3400 zł według posiadanych rachunków, razem 5800 zł – co należy ocenić jako budżet bardzo zdyscyplinowany.

Podróż rozpoczęła się o godzinie 19.00 w czwartek, 12 lutego 2004 roku. Mąż odprowadził mnie na lotnisko i bardzo dobrze pamiętam chwilę, gdy się żegnaliśmy. Dokoła była zimna, ciemna lutowa atmosfera, a ja sama zmierzałam na drugi koniec świata. Przez chwilę chciałam wrócić do domu i nie mieć nic wspólnego z tym zimnem i nieznaną ciemnością. Po chwili jednak otrząsnęłam się i poddałam lotniskowym procedurom.

# 6 Przed wyjazdem na obrady

# 6 Przed wyjazdem na obrady

Lot do Frankfurtu upłynął bez większych emocji, jeśli nie liczyć wrażeń z zerkania do business class, bo siedziałam w pierwszym rzędzie klasy ekonomicznej. Wylądowałam we Frankfurcie o 21.00, a następny lot miałam o 22.40 z tego samego terminalu pierwszego. Wyjście, z którego przyjmowano na pokład samolotu do São Paulo, znajdowało się zaledwie kilkadziesiąt metrów od miejsca przylotu i wszystko odbyło się bezboleśnie. Nabrałam jakże błędnego przekonania, że wszystkie przesiadki są tak zorganizowane! Co więcej, witająca na pokładzie stewardesa życzyła mi po polsku szczęśliwej podróży.

Podróż z Frankfurtu do São Paulo trwała około 12 godzin. Po szczęśliwym wylądowaniu (13 lutego, w piątek!) szłam długimi korytarzami lotniska Guarulhos International, by stanąć w kolejce do pogranicznika i utkwić w niej na dobrą godzinę. Wyjaśniwszy pogranicznikowi powód przybycia do Brazylii, przeszłam do części przylotowej.

Przed wyjazdem długo poszukiwałam odpowiedniego hotelu – chciałam, aby można było względnie ławo dojechać do niego z lotniska oraz na obrady. Uznałam, że warunki te spełnia Parthenon Flats Accor Hotels, Nacoes Unidas w dzielnicy Pinheiros. Wiele problemów nastręczało zlokalizowanie na posiadanej mapie papierowej zarówno miejsca obrad, jak i zakwaterowania – a była to jeszcze epoka sprzed Google Maps. Trochę mnie niepokoiło to, że wszystkie mapy dostępne w krajowej księgarni turystycznej kończyły się na skraju lokalizacji hotelu. Postanowiłam, że gdy tylko przyjadę do São Paulo, kupię mapę całego miasta. Jak postanowiłam, tak zrobiłam – był to mój pierwszy zakup na ziemi brazylijskiej.

Następnym etapem było zamówienie transportu do hotelu w lotniskowym biurze korporacji taksówkowej. Po zgłoszeniu trasy i opłaceniu kursu otrzymałam bilhete de informacao z adresem docelowym oraz ceną 100,69 reali, z którym udałam się na postój taksówek. Przejazd trwał około 60 minut, odległość 58 km.

# 7 Mój pokój

# 7 Mój pokój

Hotel zrobił na mnie przyjemne wrażenie, niepozbawione jednak było ono elementów emocji, gdy przy rejestracji gdy dowiedziałam się, że moje zamówienie szło przez Chile. Jęknęłam w duszy: no tak, numer mojej karty kredytowej mają już w Chile!

Nie byłam wtedy jeszcze obeznana z wszystkimi aspektami rezerwowania usług turystycznych przez internet, chyba zresztą nie były one w takim stopniu dostępne jak obecnie.

Na wszelki wypadek zdecydowałam się nie obciążać mojej karty kredytowej i płaciłam dolarami w gotówce. Miałam stosowną kwotę przywiezioną z Polski przy sobie i płaciłam co kilka dni w recepcji za kolejne noclegi.

Od soboty do poniedziałku wypoczywałam po podróży i poznawałam okolicę. W poniedziałek rano po wspaniałym, aromatycznym śniadaniu (w Brazylii kawa, owoce, ciasta pachną zupełnie inaczej!) zamówiłam taksówkę, aby pojechać do centrum kongresowego i dopełnić formalności rejestracyjnych.

Zamawianie taksówki w hotelu brazylijskim to zajęcie dla kilku osób. Jako osoba wychowana w realnym socjalizmie przeżyłam lekki szok. Zapytałam recepcjonistę o możliwość zamówienia taksówki. Elegancki młodzieniec gnąc się w ukłonach, natychmiast przywołał umundurowanego pracownika dyżurującego przy drzwiach, który wydawał dyspozycje innemu mundurowemu mającemu stanowisko pracy na zewnątrz, przed hotelem. Ten mundurowy zewnętrzny gwizdał lub przywoływał dłonią kierowcę parkującego po drugiej stronie ulicy, po czym następował uroczysty podjazd taksówki pod hotel. Kierowca oczywiście wysiadał z taksówki i wspólnie z mundurowym zewnętrznym asystowali przy moim wsiadaniu do pojazdu. Z trudem powstrzymałam się od samodzielnego zamknięcia za sobą drzwi taksówki, w przeciwnym razie wyszłabym na ciemną socjalistyczną masę, co nawet zachować się nie potrafi w hotelu zaledwie trzygwiazdkowym.

Obrady odbywały się w Transamerica Expo Center oraz w położonym nieopodal Transamerica Hotel – jednak z uwagi na zawiłą topografię brazylijskiej przestrzeni między oboma obiektami krążyły autobusy. Organizatorzy kongresu wywiesili listę uczestników, z której dowiedziałam się o innych uczestnikach z Polski. Travel granty otrzymało łącznie 75 osób z całego świata, z tego z Polski poza mną dwie osoby.

Obrady rozpoczynały się od sesji World Hypertension League. Po obradach był lunch dla uczestników w niebywale eleganckiej restauracji – wnętrze pełne pięknych roślin zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie.

Tego samego dnia wieczorem było uroczyste otwarcie zjazdu – zapamiętałam jedynie piękną melodię hymnu brazylijskiego (https://www.youtube.com/watch?v=SyyOahYXhUQ), która tak mi się spodobała, że postanowiłam kupić ją na płycie. W klimacie przypomina mi Va pensiero z Nabucco. Podczas uroczystości otwarcia kongresu opanował mnie ostry atak jet-lagu, co nietrudno zauważyć, przyglądając się fotce – siedzę tam po prawej stronie w drugim rzędzie i podtrzymuję przechyloną, opadającą sennie głowę, nie bacząc na wystąpienia Bardzo Ważnych Osób.

Możliwość utrzymania stałego kontaktu z rodziną przez wysyłanie e-maili z odległego kontynentu wydała mi się bardzo pociągającym zajęciem, jednak była to epoka zupełnie odmienna od współczesnej! Mało kto miał prywatnego laptopa, więc na terenie kongresu były stanowiska z komputerami dostępnymi dla uczestników.

Korzystanie z tych urządzeń było niebywałym wyzwaniem – jet-lag, rozmowy po angielsku, a do tego klawiatura w języku portugalskim w wersji brazylijskiej! Poniżej przykłady tych wpływów.

Temat: wielkiswiat

Kochani

Pisze do was z adresu (innego) bo inne głupieja i mam wejscia ze strony.ten wielki swiat jest podobny do naszego. pierwszza roznica to nie ma polskich liter na klawiaturze. hotel jest 10 minut drogi by taxi od centrum kongresowego. Koszt 15 realitj. razy 1,4 zl,chyba.

Dlalm tej Andrei, zktora wymienialam korespondencje organizacyjna, broszke jako souvenir „from Poland i była bardzo happy. ona nie gada po angielsku ani ani, wiec gadka Szla przez tlumacza. Rozna mlode braileiros zaglądają mi przez ramie wiec caluje was mocna

Wasza swiatowa i amerykanskopoludniowa

mima

Temat: wielki swiat Cd

Wysłalam maila, ale nie mam pewności czy dobrze wszystko zrobiłam wiec pisze jeszcze raz.podroz była w porzo.moge smigać co tydzien za ocean.przyajzd z lotniska do hotelu trawl godizne i kosztowal 40 usd, hotel jest ok.,mam ankes kuchenny,mieszkam na 10 pietrze,nieopodal jest supermarket i kupilam sobie platki,jogurty, wode i pieczywo i tak dozywiam sie przez te dni.Do centrum kongresowego jest 10 minut by taxi. Bili ludize tu nie chodza pieszo. wszedzie można placic dolarami. ulice olbrzymie miast wielki a gigantyczny. ludzie bardzo sympatyczni. Padaja po portugalsku do mnie nie martweic się co rozumien, najlepiej wychodzi nam ok. przetrzymalam mlodych brasileros co dmuchali mi w kark. Bede bezczelna, i mowie sobie ze teraz moja kolej.

Calusy gorace jak kawa brazylijska

Minęło już kilkanaście lat od wysłania tych e-maili, a ja ciągle śmieję się z zastosowanej w nich pisowni. Pamiętam, że zrezygnowałam z dużych liter, ale nie ułatwiło mi to specjalnie kontaktu z klawiaturą. Córka tak skomentowała otrzymaną korespondencję:

Temat: wpływ kadarki

Piszesz jakby komputer był pod wpływem kadarki. To jednak dodaje listom wyluzowanego, południowego, brazylijskiego charakteru. Właśnie wróciłam z wykładu i biorę się za preparowanie prowizorycznego obiadu. A propos zakupów jedzeniowych – jak zawsze ucieszę się z paru drobiazgów słodyczowych.

Cmokos

Temat: Jestes slodka zaba

i piszesz porzadne listy, nie to co ojciec typu OK lub really? Teraz siedze w super eleganckim hoyelu Transamerica w biznes center i jak pieprzona pijawa kongresowa zalatwiam formalnosci. Jestem bezczelniejsza niz przewiduja wszystkie normy ktore wpajano mi za mlodu. Szukaja pewnej Denis co ma wszystko wiedziec. Czas sobie umilam pisaniem do ciebie bo w tym biznes center wszystko jest. Jak zobaczylam komputer tozapytalam czy mogę skorzystac. Of course odzxekli w paru jezykach, a każdy zrozumiałam. Dzis bylam na zakupach i kupilam jedna plyte – omdlejesz z wrazenia jak zobaczysz. Jezyk na supelek i dopiero po powrocie siurprajz. –PRZERWA- tu gadalam z Denis cos sie upieraja ale nie poddaje sie.

Cmokos-cmokos

Temat: dostep do internetu

Pisze do was obojga jeden list bo ogranicaja dostep do internetu do 10 minut. Zanim te pieprzone serwery rozgrzeja sie i rozpoznam te portugalskie polecenia i jeszcze zapamietam, ze nie ma tu ogonkow to już minie czas. Mialam pierwszy dyzur przy plakacie. Jestem bezpruderyjna pijawa naukowa. Obok mnie miala dyzur very przystoja badaczka z Urugwaju margerita. Ona pracuje z roznymi viapmi i jeden ja odwiedzil, a potem mnie tez. Powiedzialam mlodym kolegom, ze milo byc mlodym i zdolnym ale jeszze mijej byc starym i zdolnym. A ta margerita z Urugwaju zapytala gdzie pracuje,a ja ze jestem freelancerem – a ona na to Duzom oczy i pyuta czy w Polsce to czeste.ja ze rzadkie – a ona tak sadzilam. I tak to było.

Cmok-cmok robi wam swiatowy i naukowy smok.

p.s. siedzi kkolo mnie najbardziej egzotyczny badaz z całego kongresu – chodzi w kolorowych sukienkach (jest rasy innej niż biala) i na każdy dzien ma inna sukienak, dzis jest w bezowej.

Po zakończeniu obrad z kolegą, który mieszkał w innym hotelu, postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę do centrum historycznego Sao Paulo. Pierwszy odcinek podroży pokonałam taksówką, potem już we dwójkę korzystaliśmy z miejscowej komunikacji publicznej. Pod wpływem lektury przewodników, opisujących przygody bogatych turystów, ubrałam się a la uboga krewna z brazylijskiej prowincji, co pozwoliło mi na swobodne poruszanie się po mieście i korzystanie z publicznych środków lokomocji bez obaw, że będę potraktowana jak gringo, czyli bogata amerykańska turystka. Ponieważ nie miałam na sobie żadnych denerwujących świecidełek, nie doświadczyłam żadnych uciążliwych kontaktów z miejscową ludnością.

Około godziny 16 zdecydowaliśmy się wracać. Podjechaliśmy komunikacją miejską w okolice hotelu kolegi, dalej miałam skorzystać z taksówki. Kierując się do postoju, uświadomiłam sobie, że nie będą już

czynne żadne sklepy z powodu karnawału i muszę tutaj kupić coś do jedzenia. Na zakupach zeszło mi około pół godziny. Po wyposażeniu się w tradycyjny zestaw, czyli pieczywo, woda oraz jogurty wsiadłam do taksówki.

Podałam nazwę mojego hotelu oraz ulicy. Kierowca ruszył, powtarzając głośno nazwę ulicy. Po chwili połączył się ze swoją centralą. Z rozmowy prowadzonej po portugalsku mogłam wnioskować, że pyta o szczegóły

dojazdu do hotelu. No cóż, zdarza się – pomyślałam, nie przeczuwając niczego szczególnego. Jechaliśmy kolejnymi szerokimi autostradami, a tłum samochodów gęstniał z minuty na minutę. Za oknami zrobiło się szaro i nagle w okamgnieniu zapadła czarna noc.

Siedziałam w taksówce w wielkim brazylijskim mieście i byłam zdana na łaskę i niełaskę kierowcy, który co i raz dopytywał centralę o kierunek jazdy. Wokoło nas sunęło w czarnej nocy morze samochodów. Czułam się niczym małe ziarnko na pustyni…

Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że ciemność w tej części świata zapada natychmiast, niczym za wyłączeniem pstryczka-elektryczka, a nie tak jak u nas – powoli. To było coś nowego i jednocześnie niepokojącego.

Kierowca połączył się z centralą drugi raz, potem trzeci, coś dopytując. Podroż zaczęła dłużyć się nieprzyjemnie – o ile w tamtą stronę jechałam nie dłużej niż 15 minut, tym razem minęło już chyba pół godziny i nie było widać końca. Licznik rytmicznie wybijał kolejne reale.

Miałam przy sobie około 30 reali i do pewnego czasu czułam się w miarę spokojnie, ponieważ poprzedni kurs na tej trasie kosztował kilkanaście reali.

Gdy minęło 40 minut, poczułam się trochę niespokojnie – czy aby jedziemy w dobrym kierunku? Czy starczy mi pieniędzy na zapłacenie za kurs? Pocieszałam się, że w ostateczności zapłacę w dolarach, powszechnie tu przyjmowanych w razie potrzeby. Podczas piątego już chyba połączenia z centralą z ust kierowcy padło słowo Carrefour – zabrzmiało to jak cudowna muzyka, bo nieopodal tego handlowego centrum był mój hotel.

Po chwili na horyzoncie ukazała się wieża centrum handlowego i zaraz potem wysoki budynek mojego hotelu. Jechaliśmy 52 minuty, licznik wystukał nieco poniżej 30 reali i wszystko dobrze się skończyło.

Niezależnie od trudu przygotowań, kosztów, emocji był to jeden z ciekawszych moich wyjazdów naukowych.

32. Podbój Ameryki jest możliwy!

Otrzymanie dziennikarskiej wizy "I" podczas podróży do Cancun zachęciło mnie do dokładniejszego niż przesiadka na lotnisku odwiedzenia Stanów Zjednoczonych. Uzyskałam po raz pierwszy akredytację dziennikarską w Stanach Zjednoczonych na kongresie Amercan Society of Hypertension w San Francisco.

# 8 Kwestionariusz wizowy

# 8 Kwestionariusz wizowy

Dokumenty wizowe

#9 Dziennikarska wiza do Stanów Zjednoczonych  "I" - jak informacja

#9 Dziennikarska wiza do Stanów Zjednoczonych "I" - jak informacja

33. Kongres Interamerican Society of Hypertension w Cancun

Podobało mi się podbijanie wielkiego świata i zwiedzanie go na własną rękę. W następnym 2005 roku ruszyłam na kongres Interamerican Society of Hypertension do Cancun, w Meksyku, który odbywał się od 17 do 21 kwietnia 2005 roku. Powodem wyjazdu było przyjęcie do prezentacji posteru Compliance with low salt diet in hypertensive patients. Bilet do Cancun z przesiadką na terenie Stanów Zjednoczonych był o wiele tańszy niż inne trasy

# 10  Chwila przerwy na kongresie Interamerican Society of Hypertension  (Cancun 2005)

# 10 Chwila przerwy na kongresie Interamerican Society of Hypertension (Cancun 2005)

Studiując przepisy ubiegania się o wizę amerykańską odkryłam istnienie wiz dla dziennikarzy. Spełniałam już wtedy nie tylko faktyczne, ale i formalne kryteria bycia dziennikarzem – miałam press ID czyli legitymację Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich ( od 2004 roku). Wizyta w ambasadzie przebiegła typowo, zapytano mnie o zawód oraz powód wyjazdu do Meksyku, a także zadano pytanie czy będzie pani raportować po podróży? co oznaczało czy będę pisać artykuły na temat podróży. Przy odpowiedzi, że tak będę raportować uznano więc, że kwalifikuję się do otrzymania wizy dziennikarskiej typu “I”. Otrzymałam wizę na 5 lat, a po jej wygaśnięciu złożyłam ponowny wniosek i otrzymałam drugą wizę także na następne 5 lat. Wiza ta pozwala na pobyt w Stanach Zjednoczonych oraz oficjalne wykonywanie zawodu dziennikarza tak długo jak jest ważna.

Podróż rozpoczęła się 12 kwietnia 2005 roku, rejsem KL 1362 o 6.40 do Amsterdamu, gdzie wylądowałam o 8.50. Przeszłam do odpowiedniej bramki i spokojnie ustawiłam się w kolejce do samolotu do Houston, który startował o 10:30. Nie wiedziałam jeszcze wtedy nic a nic o przeżyciach związanych z przekraczaniem granicy amerykańskiej.

Gdy podałam moje dokumenty, stewardessa przyjmująca pasażerów na pokład spojrzała na mnie niezwykle przenikliwie. Byłam przyzwyczajona, że to ja patrzyłam na ludzi przenikliwym spojrzeniem zastanawiając co się kryje w danym człowieku, a tu ktoś inny patrzył wzrokiem dociekliwego badacza na mnie! Przez chwilę nasze spojrzenia spotkały się i zmierzyły ze sobą. Ten krótki moment był powodem pojawienia się potem w mojej powieści „Życie po byciu lekarzem” postaci Pani Naziemnej.

Podróż do Houston upłynęła bez specjalnych przygód jeśli nie liczyć wrażenia, że siedzę w samolocie do Nowego Jorku. Nawet przez chwilę byłam prawie pewna, że to samolot do Nowego Jorku – może pokazywano trasę na monitorze, która to sugerowała w mojej wyobraźni?

Pod koniec lotu rozdano karty I-94, z którymi zetknęłam się po raz pierwszy. Wypełniłam oczywiście z pomyłką, teraz drukuję sobie z internetu kartę I-94 i mam ściągawkę. Jej wypełnienie nie jest łatwe - wymaga podania różnych szczegółowych danych jak numer paszportu, numer lotu czy adres zamieszkania w Stanach Zjednoczonych. W Houston wylądowaliśmy o 13.40. Tamtejsze lotnisko wydało mi się gigantyczne. W Cancun wylądowałam o 18:09,a lot upłynął bez większych przeszkód. Mieszkałam w hotelu Batab.

Mój hotel położony był w downtown - cokolwiek to oznacza, a w przypadku Cancun oznaczało godzinę drogi autobusem do zona hotelera czyli miejsca obrad.

Podczas obrad w Cancun największe wrażenie zrobił na mnie wykład dr Umberto Pagotto o rimmonabancie w leczeniu otyłości. Zastosowanie rimonabantu jako leku odchudzającego poprzedziło opublikowanie w 2005 roku na łamach „The Lancet” wyników badań rocznej obserwacji (http://www.thelancet.com/journals/lancet/article/PIIS014067360566374X/fulltext).

Rok później zorganizowano konferencję dla prasy związaną z wprowadzeniem rimonabantu na rynek. Obrady odbywały się w Hilton Arc de Triomphe w Paryżu, zaproszono dziennikarzy z wielu krajów, także mnie. Lek w opinii producenta miał być nieomal panaceum na nadmierną konsumpcję współczesnego świata. Dopytywaliśmy o różne aspekty działań niepożądanych rimmonabantu, ale producent zdawał się być nie specjalnie przejęty naszymi pytaniami. Po 3 latach opublikowano wyniki obserwacji dwuletniego stosowania rimmonabantu (http://eurheartj.oxfordjournals.org/content/29/14/1761), ciągle chwaląc lek. Notowano coraz więcej objawów ubocznych. Lek został wycofany przez European Medicine Agency w następnym roku z powodu niebezpiecznych objawów ubocznych, między innymi zwiększonego ryzyka samobójstw.

Po zakończeniu kongresu w Cancun pojechałam na wycieczkę do słynnych piramid w Chichen Itza. W autobusie przypadło mi miejsce obok właścicielki sporych rozmiarów kapelusza w kolorze fioletowym. Turystka okazała się Amerykanką, zamieszkałą w Kansas City. Poza kapeluszem miała też egzotyczne imię Tamara. Podczas podróży do piramid dowiedziałam się, że pracuje jako dyrektor marketingu w branży medycznej. Od słowa do słowa po kilku godzinach byłyśmy przyjaciółkami w amerykańskim znaczeniu tego słowa. Podczas drogi powrotnej rozmawiałyśmy z Tamarą na różne tematy. Czułam, że w dłuższej konwersacji potykam się o braki w słownictwie oraz problemy gramatyczne. Pod wieczór dojechaliśmy do naszych hoteli. Tamara żegnając się ze mną, wygłosiła z sympatycznym uśmiechem zdanie: mogłabyś lepiej mówić po angielsku

Wypowiadając to zdanie, zachęciła mnie jak nikt wcześniej. Duże zasługi muszę też przypisać mojej córce, mówiącej zawsze, gdy pytałam ją o jakieś zwroty po angielsku, słynną w moim domu frazę masz to wszystko w głowie, tylko dobrze poszukaj.

Zapał do podroży miałam w 2005 roku wielki, bo ledwie w kwietniu wróciłam z Cancun, a już po miesiącu wybrałam się jak dziennikarz do San Francisco na kongres American Society of Hypertension, który odbywał się w dniach 14-18 maja..

Wtedy po raz pierwszy zetknęłam się z pracą w biurze prasowym kongresu. Laptopy nie były jeszcze wtedy powszechni dostępne, korzystałam więc z publicznego sprzętu.

Obrady kongresowe pod względem tematycznym były takie sobie, ale ciekawym wydarzeniem była wycieczka na zakończenie obrad do rezerwatu sekwoi, którą wykupiłam w recepcji mojego hotelu.

Wzięłam sobie do serca słowa Tamary i podjęłam poszukiwania odpowiedniej szkoły, w której mogłabym ucywilizować swój angielski. Wszystkie były jednak nastawione na nastolatków, studentów, no może jeszcze „młodych profesjonalistów”, ale kto by sobie zawracał głowę panią dobiegającą sześćdziesiątki!

Nie tracąc jednak nadziei, że znajdę coś odpowiedniego, błąkałam się po internecie i zupełnie przypadkowo natknęłam się na ofertę szkoły Acadia Center for English Immersion w Thomaston. Szkoła obecnie przeniosła się do miasteczka Camden, położonego około 25 km na północ od Thomaston. Placówka reklamowała się, że przyjmuje na naukę wszystkich chętnych, niezależnie od wieku.

Najstarszy student Acadia Center for English Immersion miał podobno 72 lata. Podobało mi się takie podejście. Napisałam do właściciela i po krótkiej wymianie korespondencji wykupiłam 2-tygodniowy kurs nauki języka angielskiego typu deep immersion. Inwestycja była dość poważna. Mimo uzyskanej zniżki na legitymację dziennikarską sam kurs kosztował około 2000 dol. Ustalając warunki pobytu, poprosiłam o zakwaterowanie w rodzinie zbliżonej do mnie wiekowo, niepalącej. Sama była zdziwiona tym egoistycznym i asertywnym podejściem do rzeczywistości, ale uznałam że 100% mojej uwagi ma być skupione na nauce, a nie znoszeniu z „godnością osobistą” ewentualnych mankamentów zakwaterowania.

Dojechać w jeden dzień z Warszawy do Thomaston nie było ani łatwo, ani tanio. Zdecydowałam się po długich poszukiwaniach na podróż podzieloną na dwa etapy. Pierwsza część prowadziła przez Paryż do Bostonu, gdzie zatrzymałam się na dwie noce. Organizując swój krótki pobyt w Bostonie, sporo się naszukałam, aby znaleźć lokum w rozsądnej cenie. W końcu wybór padł na hostel o szumnej nazwie Berkeley Residency, w którym jednoosobowy pokój bez łazienki kosztuje około 70 dol. Nie mogłam też znaleźć serwisu autobusowego z lotniska do hotelu i w rezultacie podróż na tym odcinku odbyłam taksówką za około 30 dol. w jedną stronę. Uboższa kilkadziesiąt dolarów, przekroczyłam podwoje Berkeley Residency, kierując się do recepcji, spotkanie z którą na długo utkwiło mi w pamięci. W hostelu tym funkcjonował bardzo ciekawy sposób dbania o bezpieczeństwo pokoi.

– Masz tu klucz do pokoju, który mieści się pod numerem 432, ale na kluczu jest napisane 17 B. Dobrze zapamiętaj prawdziwy numer swojego pokoju, bo na kluczu masz inny, ale jak zgubisz klucz, to złodziej nie będzie wiedział, do którego pokoju ten klucz pasuje.

Wjechałam windą na czwarte piętro i weszłam do swojego pokoju. Obejrzałam pokój, wspólną łazienkę… wszystko było bardzo niskobudżetowe. Jedynie widok za oknem był pięciogwiazdkowy. Przed moim oczami pyszniła się słynna Hanckock Tower. Nieważne było chybocące się krzesło, odrapane ściany łazienki i ta pchła, która skoczyła mi na nogę. Hanckock Tower dawał mi poczucie, że jestem w wielkim świecie… Całą noc podziwiałam wieżę, bo nieopodal na ulicy grupa wyrostków urządziła sobie street party.

Przez następne dwa dni zwiedzałam Boston, kupiłam też bilety autobusowe linii Concord Trailways do Thomaston. Autobus odjeżdżał z South Station (http://www.concordcoachlines.com/south-station.html). Po około 3 godzinach dojechałam do Portland, gdzie zostałam odebrana przez właściciela szkoły. Potem jeszcze około 130 km samochodem i byliśmy na miejscu. Edukacyjna trasa była więc następująca: Warszawa – Paryż – Boston – Portland -Thomaston. Moimi gospodarzami byli Ursula i Steve Mc Carthy. Ursula była pracownicą wydziału politologii Georgetown University, a Steve byłym wojskowym, a także zawodowym inwestorem giełdowym.

Struktura zajęć była następująca: od 9 do 12 mieliśmy lekcje grupowe, potem wspólny lunch i kontynuowanie konwersacji po angielsku przy stole. Po lunchu do godziny 16 był czas wolny. Dwa razy w tygodniu od 16.00 do 17.30 były indywidualne lekcje z lektorem, a w pozostałe dni po południu jeździliśmy na wycieczki do pobliskich miejscowości, takich jak Camden czy Freeport. Kolacje jadaliśmy z host family. Moi gospodarze uważali, że jestem nie lada atrakcją i zapraszano różne osoby na przyjęcia. Jednak największym wydarzeniem w czasie mojego pobytu był huragan Katrina.

Oglądałam wiele bezpośrednich transmisji w amerykańskiej telewizji i miałam szerszy wgląd w ten niszczycielski żywioł. Kurs zakończył się 2 września 2005 roku.

Wyprzedzająco o kilka lat zetknęłam się wtedy z zagadnieniem suplementów diety. Sprawa zażywania witamin ma duże znaczenie dla prawie każdego Amerykanina. Moja gospodyni Ursula pewnego niedzielnego popołudnia powiedziała:

- Krystyna, chodźmy do kuchni, pokażę Ci jakie witaminy biorę – i zaprezentowała mi kilkanaście opakowań. Po czym zapytała:

-A ty jakie witaminy zażywasz?

Na wiadomość, że nie biorę żadnych witamin ani suplementów spojrzała na mnie z dużym zaciekawieniem, a z jej oczu płynęło wprawdzie niewypowiedziane, ale łatwe do odczytania pytanie:
-Jakim cudem nie biorąc żadnych witamin ani innych suplementów diety jeszcze żyjesz, trzymasz się na nogach, a na dodatek przemierzyłaś pół świata i w końcu wylądowałaś w naszym domu?

Na zakończenie pobytu otrzymałam na pamiątkę od Ursuli i Steve’a książkę z ich wspaniałej biblioteki, z dedykacją. Gdy czytam po kilku latach dedykację, którą napisała Ursula w dniu mojego wyjazdu, to myślę, że była dobrym psychologiem i spostrzegawczym obserwatorem.

Podszkolona językowo ruszyłam na trzecią wyprawę do USA w ciągu 2005 roku na kongres American Heart Association w Dallas, a przy okazji odwiedziłam Tamarę w Kansas City.

Samo językowe przedsięwzięcie edukacyjne oceniam jako ze wszech miar udane. Udało mi się nadrobić zaległości powstałe z nie do końca trafnego wytyczania celów życiowych oraz nieświadomości, że język angielski będzie potrzebny na co dzień. Nie byłam w stanie wyobrazić sobie nawet takiej potrzeby. Żyliśmy w innym świecie.

Pod koniec roku 2005 uczestniczyłam w konferencji na temat zdrowia seksualnego.

34. Ponownie intensywnie uczę się medycyny (2006)

Nieoczekiwanie musiałam powrócić do intensywnego uczenia się medycyny jak za młodych lat. Powodem było wprowadzenie specjalizacji z hipertensjologii. Tryb postępowania był taki, że na zaproszenie konsultanta krajowego lub konsultantów wojewódzkich składało się dokumenty świadczące o dorobku w hipertensjologii wraz z wnioskiem o dopuszczenie do egzamin u specjalizacyjnego. Zaprosił mnie do złożenia dokumentów konsultant krajowy w dziedzinie hipertensjologii, prof. Krzysztof Narkiewicz, z którym poznaliśmy się podczas kongresu w Sao Paulo. Egzamin przebiegał w miłej atmosferze, ale trzeba było wcześniej odświeżyć wiedzę.

Dziennikarskie aktywności w 2006 roku ilustrowały nie tylko pobyt w Lizbonie na kongresie „Study of Womens Sexual Health” w Lizbonie, ale także na uroczystości wręczenia w Zurichu nagrody Swiss Prix Galien za bortezomib.

Obrady kongresowe w Lizbonie odbywały się w hotelu Marriott, dość daleko od mojego hotelu, ale bohatersko postanowiłam całą trasę pokonywać pieszo. Uznałam, że jest to dobra okazja do zrobienia po drodze zdjęć, no i oszczędzenia na wydatkach na komunikację. Droga w jedną stronę zajęła mi chyba ponad godzinę i dotarłam dość zmachana na miejsca obrad. Elegancko, ale skala obrad kongresowych nieporównanie mniejsza niż tych amerykańskich, znanych mi z wcześniejszych konferencji kardiologicznych. Ale za to jaka tematyka!

Bardzo ciekawa też była formuła kongresu. Zagadnienia związane z seksualnością kobiet omawiano w 5 liniach tematycznych: 1) wzrok 2) dotyk 3) słuch 4) smak 5) węch.

W czasie sympozjum Seks a węch przedstawiono doniesienie „An olfactory approach to female sexual desire disorders”, w którym omówiono hipotezę, że obniżone pożądanie seksualne u kobiet można podnieść przez wąchanie specjalnie skomponowanego zapachu, dostępnego bodajże w postaci kostek zapachowych. Były próbki na stoisku producenta, ale chyba przełomu ten produkt nie wywołał.

Ciekawe też było uczestnictwo w International Media Forum Cardiometabolism Risk

Uczestniczyłam też w seminarium Sprzedaż i marketing, nowe zwycięskie idee, strategia i taktyka przeprowadzone przez prof. Philippa Kotlera oraz wywiad po zakończeniu seminarium. Zapytałam czy do leków też stosuje się marketing, sądząc, że leki nie wymagają marketingu, bowiem pacjent przyjmuje je na zlecenie lekarza. Padła słynna fraza: Tak, oczywiście, że marketing ma zastosowanie do sprzedaży leków, ponieważ leki to produkt masowy.

odcinek następny https://www.photoblog.com/mimax2/2017/10/29/29102017-za-rok-o-tej-porze-w-paryzu-odcinek-siodmy/

  Be the first to like this post
Join the conversation
0
Be the first one to comment on this post!
Up
Copyright @Photoblog.com