29/10/2017. Za rok o tej porze w Paryżu - odcinek siódmy

by Krystyna Knypl October. 29, 2017 349 views

poprzedni odcinek https://www.photoblog.com/mimax2/2017/10/28/28102017-za-rok-o-tej-porze-w-paryzu-odcinek-szosty/

35. Kierunek Ameryka Południowa (2008)

Rok 2008 rozpoczyna etap kariery na salonach europejskich jako akredytowany dziennikarz na konferencjach w Brukseli, Madrycie, Atenach oraz Leuven. Opisywałam na łamach różnych mediów problematykę związaną z zapobieganiem rakowi jelita grubego, komórkami macierzystymi, transplantologią, HIV/AIDS oraz chorobami rzadkimi.

# 1 Bruksela

# 1 Bruksela

Bruksela, ulica Wiertza (2008)

# 2 Moja pierwsza akredytacja w EU

# 2 Moja pierwsza akredytacja w EU

Podczas pierwszego wyjazdu do Brukseli uzyskanie akredytacji dla prasy było nie lada wyczynem – karty wstępu na konferencję prasową wydawano w maleńki pokoik na tyłach unijnego gmachu przy ulicy Wiertza. Gdy dotarłam zmachana minę miałam nietęgą – zostało to uwiecznione na zrobionej na miejscu fotografii do dokumentu akredytacji prasowej.

#3 Konferencja była poświęcona chorobom jelita grubego

#3 Konferencja była poświęcona chorobom jelita grubego

Pierwszy wyjazd do Brukseli zaowocował dłuższą współpracą z CHAFEA (The Consumers, Health, Agriculture and Food Executive Agency ) w następnym dziesięcioleciu.

Odbywałam też podróże transatlantyckie. Podczas jednej z dłuższych podróży za ocean na pokładzie samoloty napisałam:

Nadałam wielką walizkę na taśmę,

aby umknąć z pułapki codzienności,

i horyzont oswajam z zapałem.

Płynnie odrywam się od ziemi

dzięki boskiemu prawu fizyki,

że na ciężar ludzkich doświadczeń

nie działa ziemskie przyciąganie.

Każdą mą podroż pobłogosław, Panie…

Poznawszy uroki bywania w charakterze dziennikarza freelancera w Stanach Zjednoczonych oraz Europie, postanowiłam spróbować sił jako dziennikarz akredytowany w Ameryce Południowej. Mój poprzedni pobyt w Brazylii miał charakter naukowo - lekarski. Dość częstym wymogiem wobec dziennikarzy jest posiadanie zlecenia na wyjazd, czyli tzw. letter of assignement. Zdecydowałam napisać sama list następującej treści, w końcu byłam freelancerem!

To whom it may concern:

I am kindly asking you to register me as a journalist at The World Congress of Cardiology, Buenos Aires, Argentina, 2008.

I am a freelance medical journalist from Poland, well-recognized by the readers at national level, working for different editors. In the past I had the honour to be accredited at the congresses of American Heart Association (2005, 2007), American Society of Hypertension (2005), International Society for the Study of Women Sexual Health (2007) and also at the European Parliament (2008) and many other. Detailed information about my position and professional accomplishments is available on my website: http://sites.google.com/site/freejournalistkrystynaknypl/home

I work as a regular collaborator for different editors. I wish to declare that after the congress I shall prepare articles about World Congress of Cardiology and shall submit them to my publishers. I would greatly appreciate a prompt response regarding my accreditation – receiving a confirmation is essential for starting journey preparations. Booking a flight early enough will enable me to rationalize the costs, which as a freelancer I cover myself.

Jasne wyłożenie wszystkich argumentów zostało docenione i otrzymałam zaproszenie na kongres jako dziennikarz, co wiązało się z zwolnieniem z opłaty zjazdowej. Przygotowania do wyjazdu trwały około pół roku.

Rozmyślałam nad biletem, hotelami w Buenos Aires oraz Puerto Iguazu oraz transportem na lotnisko. Założyłam, że po długiej podroży z Europy powinnam zatrzymać się w przyzwoitym hotelu, tym bardziej że pierwsza konferencja prasowa była tuż po przyjeździe.

Wybór padł na hotel Ibis. Na lotnisku czekałam dłuższą chwilę na bagaż. Pani, która poszukiwała mojej walizki, była niezwykle wesołą osobą. – Jak się nazywasz? – zapytała cała w uśmiechach.

Knypl? Po czym zawołała przez radiotelefon do pomocnika: Kilo - Natalia - Yolanda - Pandora - Lola. Nikt nigdy wcześniej i nigdy potem nie literował tak mojego nazwiska. Te wszystkie Key - En - Łaj - Pi - El

są fatalne brzmieniowo. Może lepiej wygląda literowanie mojego nazwiska wg standardów NATO. Brzmiałoby ono tak: Kilo - November - Yankee - Papa - Lima. Odebrałam walizkę i prosto z lotniska pojechałam do centrum kongresowego. Mimo iż byłam po długim locie, udało mi się zachować rewolucyjną czujność wobec kierowcy, który usiłował wysadzić mnie w jakichś dwóch dowolnie przez niego wybranych miejscach 8-milionowego Buenos Aires! Po drugiej próbie wręczyłam mu wydrukowaną z internetu fotografię centrum kongresowego i w końcu jakoś tam trafiliśmy. Obrady kongresowe były rozrzucone po wielu salach i nie różniły się szczególnie od europejskich. Podobnie część wystawowa miała międzynarodowy charakter. Zaliczywszy konferencję, pojechałam taksówką o hotelu Ibis, a po drodze jeszcze zetknęłam się z hałaśliwą demonstracją upasionych związkowców, którzy widocznie pomyśleli, że mogę być właściwą adresatką ich skarg.

# 4 Moja badge'a dziennikarska

# 4 Moja badge'a dziennikarska

Po zamknięciu obrad World Congress of Cardiology wzorem wielu uczestników postanowiłam polecieć do Puerto Iguazu, aby zobaczyć słynne wodospady. Lot z Buenos Aires i przejazd taksówką z lotniska odbyły się gładko. Na kwaterę w Puerto Iguazu wybrałam hostel Residencial Uno. Cena noclegu wynosiła 45 dol. za pokój typu „ensuite”, co w żargonie hotelowym oznacza lokum z prywatną łazienką. Na apartament w słynnym hotelu położonym na terenie Iguazu National Park nie było mnie stać. Doba w nim kosztuje prawie 600 dol.!

W hostelu przywitał mnie wesoły właściciel w rozciągniętym t-shircie i grzebiąc w stercie papierów, odnalazł moją rezerwację, po czym podśpiewując pod nosem zaprowadził mnie do parterowego pawilonu, gdzie mieściły się apartamenty prywatne.

# 5 Hostel Residencial Uno w Puerto Iguazu

# 5 Hostel Residencial Uno w Puerto Iguazu

Mój apartament miał ciekawie zacienione okna, dawał schronienie przed upalnym argentyńskim słońcem, umeblowany skromnie – łóżko, taboret, obowiązkowy telewizor, no i łazienka. Pokój był w zasadzie czysty. Łazienka hmm... niekoniecznie sterylna, no cóż… bywa.

# 6 Moja łazienka w Puerto Iguazu

# 6 Moja łazienka w Puerto Iguazu


Pierwszej nocy usnęłam szybko, ale jak to zwykle mam na drugiej półkuli, obudziłam się koło 2.30. Za oknami rozciągała się perfekcyjna ciemność, gdzieś w oddali szczekały argentyńskie psy. Co ja tu robię? Jak wrócę do domu? Co mnie tu przygnało? – pomyślałam, z lekka szczękając zębami. Starałam się znaleźć odpowiedź na te podstawowe pytania, siedząc w małym argentyńskim miasteczku w dość obskurnym hotelu, wiele tysięcy kilometrów od domu i rodziny, ale nic rozsądnego nie przychodziło mi do głowy. Mój przewód pokarmowy w następstwie roztrząsania tych trudnych egzystencjalnych problemów dostał lekkiej nadczynności. Pognałam więc do łazienki. Oczywiście woda w rezerwuarze WC była w objętości nie więcej niż jednej szklanki. Trzeba więc nabrać wody spod prysznica. Wszystko odbywało się w ciemności, bo postanowiłam przez cały pobyt nie zapalać światła, żeby nie wabić komarów. Informacje o ewentualności spotkania malarycznego komara na tym terenie nie były jednoznaczne.

W ciemnościach podeszłam do prysznica, po chwili odnalazłam kran i odkręciłam go. Na górze przy prysznicu coś złowieszczo błysnęło. Zamknęłam wodę i otworzyłam ją jeszcze raz. Błysk się powtórzył.

Spanikowana totalnie pomyślałam sobie: no tak, zaraz mnie prąd porazi pod tym prysznicem i tak skończy się moja brawurowa wyprawa na koniec świata.

Wróciłam do pokoju i włączyłam internet. W Polsce było już rano, więc zadzwoniłam przez Skype do męża. Chwilę porozmawialiśmy i strach minął. Usnęłam.

Rano wykonałam kolejną próbę biologiczną z użyciem prysznica – uszłam z życiem! Uff! A więc można używać tego prysznica bez natychmiastowego doznania porażenia prądem! Co za ulga!

Otworzyłam drzwi, aby opuścić pomieszczenie z niebezpiecznymi urządzeniami elektrycznymi, ale to był początek tego, co na mnie czyhało... Pod drzwiami mojego pokoju leżał kilkucentymetrowy, dorodny owad, nawet nie wiem jak się nazywał. Jedna wielka ohyda!

Na szczęście owad wyglądał na padniętego… no i nie był podłączony do prądu! Jak przystało na rasowego podróżnika i fotografa, postanowiłam uwiecznić jego wizerunek, no i… ignorować go.

Lot powrotny miałam dopiero za dwa dni. Nie było innego wyjścia, wszystko trzeba zaakceptować. Po nocach pełnych wrażeń i kontaktu z egzotycznymi prysznicami elektrycznymi spacerowałam uliczkami

klimatycznego Puerto Iguazu, fotografowałam i zastanawiałam się, czy może lepiej byłoby wybrać jakiś elegantszy hotel lub inny hostel, ale jednak nie zdecydowałam się na demonstracyjną przeprowadzką.

Do wodospadów pojechałam w pojedynkę. Na dworcu autobusowym kupiłam bilet do Cataratas, czyli wodospadów właśnie, i po kilkudziesięciu minutach podroży po dość pustych drogach byłam na miejscu. Cały zwiedzany teren ma status parku narodowego i obowiązują bilety – o wiele droższe dla turystów zagranicznych niż dla Argentyńczyków. Po kupieniu biletu wchodzi się na ogrodzony teren i rozpoczyna się wędrówka do wielkiej wody. Początkowo drogą wykładaną płytami chodnikowymi przez zalesiony teren, przy której to drodze stoi tabliczka informująca, że można spotkać się z niebezpiecznymi zwierzętami. Napędziła mi ona nielichego stracha. Ale wszystko dobrze się potoczyło – widocznie dzikie zwierzęta miały tego dnia co innego na obiad. Po około półgodzinnym przedzieraniu się przez teren potencjalnie niebezpieczny dochodzi się do kolejki, która wiezie turystów w pobliże wodospadów. Dalsza droga odbywa się pomostami wzniesionymi ponad rożnymi odgałęzieniami wodnymi, w których rzucają się w oczy pływające gady. Po kolejnych 30 minutach marszu zaczyna się czuć w powietrzu mgiełkę i słychać narastający szum wody. Aż wreszcie dochodzimy do samych wodospadów.

# 7 Wodospady Iguazzu

# 7 Wodospady Iguazzu

Odwiedziłam też w 2008 roku Berlin, Barcelonę ( konferencja Euroscience Open Forum).

Oglądając telewizyjne relacje o huraganie Katrina podczas pobytu w Thomaston nie sądziłam, że wkrótce zawitam do New Orleans do którego wybrałam się 7 listopada 2008 roku.

W New Orleans mieszkałam na 315 Magazine Street w hotelu Country Inn and Suites. O Nowym Orleanie w powieści „Pocałunek uzależnienia” pisałam tak:

Wiadomo było nie od dziś, że wypad jesienią do Nowego Orleanu dobrze wpływa na kondycję każdego badacza, niezależnie od specjalności. Niespieszny spacer stylowymi uliczkami French Market, słuchanie boskiego nowoorleańskiego jazzu, sączącego się z głośników nieomal każdego baru i kafejki, zatrzymywanie wzroku na setkach gadżetów w fioletowym kolorze, nierozerwalnie związanym z tym miastem, czy wreszcie sympatyczny dźwiękowej słynnego dokumentu Hurricane on the Bayou oraz solówkach skrzypcowych Amandy Shaw, co pozwalało im na utrzymanie równie wysokiego poziomu notowań w towarzystwie.

Lunch na świeżym powietrzu z pikantnym gumbo jako daniem głównym – było tym, czego badacze medyczni potrzebowali w stopniu nie mniejszym niż tlenu. Jakże wysoko plasował się badacz w sferach intelektualnych i towarzyskich, jeżeli potrafił wymienić co najmniej kilka przepisów na gumbo! Umiejętność dyskutowania o tym, czy w kociołku z gumbo powinny dominować kraby, ryby czy raczej krewetki – ale w żadnym wypadku ich odmiany koktajlowe czy królewskie! – utrzymywała badacza na odpowiednim poziomie towarzyskim, za którym szedł poziom naukowy i w prostej pochodnej biznesowy! Znajomość zagadnienia, czy Mandragora officinarum jest niezbędnym ziołem do dobrego przyprawienia gumbo była nie mniej ważna, niż znajomość ostatnich wytycznych na każdy temat, od diagnozowania nadciśnienia poczynając, po skuteczne wsiadanie do autobusu kongresowego w godzinach szczytu, z updatem dla każdego przystanku na całej trasie kończąc.

Na kongresie American Heart Association w New Orelans był nie spotykany na innych kongresach punkt regulaminu dla dziennikarzy – obowiązywała nie tylko akredytacja dziennikarza, ale także autoryzacja jego sprzętu fotograficznego.

W 2008 roku napisałam 10 artykułów do Kardioprofilu, Gazety Lekarskiej oraz rozdział do książki „Choroba wieńcowa u kobiet”.

36. Pora na podróże krajowe (2009)

Nadeszła pora także na podróże po kraju. Związane były one z realizowaniem cyklu wykładów w Bydgoszczy, Kielcach, Lublinie, Częstochowie, Gdańsku oraz Olsztynie.

Akcentem krajowym była także wizyta na premierze Orfeusza i Eurydyki w Teatrze Wielkim, przedstawienie reżyserowane przez Krzysztofa Warlikowskiego, ze scenografią Małgorzaty Szcześniak, która zaprosiła nas na ten spektakl. Ciekawych wrażeń dostarczyło mi jedno ze szkoleń w Warszawie, opisane na moim fotoblogu w poście:
Świat ostatniego przystanku
Jak wiadomo podróże dzielą się
na realne, wirtualne oraz eksperymentalne. Dotychczas opisano czterdzieści rodzajów podróży eksperymentalnych. Te ostatnie mają w sobie pewien minimalistyczny klimat, który znajdzie uznanie osób mających ograniczony budżet. Możemy opuścić dom, jednak nie opuszczając miasta. Taka podróż jest zalecana dla podróżników mogących pozwolić sobie na wydatek kilkudziesięciu złotych.
Eksperymentalny podróżnik
Alex Landrigan informuje, że podczas takiej podróży testujemy hipotezę badawczą, która brzmi:
przyjemność podróżowania jest możliwa bez opuszczania domu na dłużej
Do odbycia
podróży niezbędne jest zarezerwowanie miejsca noclegowego w hostelu, zakup przewodnika po mieście, w którym mieszkasz oraz mapy tego miasta. Konieczny jest oczywiście strój turystyczny. Kurtka, odpowiednie buty, naszyjnik z koralików rodem z Bali, aparat fotograficzny, plecak uczynią cię rasowym uczestnikiem takiej wyprawy.
Metodologia podróży według Alexa Landrigana jest następująca: po pierwsze poproś kogoś bliskiego, aby podrzucił cię na lotnisko. Stamtąd złap najtańszy środek transportu i dojedź do zarezerwowanego hostelu. Po zameldowaniu się w
hostelu spędź czas na zwiedzaniu miasta, życiu towarzyskim z innymi backpackerami, spożywaniu typowych posiłków takich jak pizza, piwo, orzeszki, krakersy. Surfuj dużo po interencie, rób zdjęcia, także nowo poznanych backpakerów, żebyś miał potem co pokazać na fotoblogu. Rano zjedz śniadanie składające się z kawy, chleba tostowego oraz dżemu.
Uważaj na swój budżet i nie rozrzucaj pieniędzy jak to czasem może ci się zdarzać w weekend, kiedy nie jesteś backpakerem. Gdy już weekend zbliży się do końca, pojedź na lotnisko
transportem miejskim, skąd powinna odebrać Cię stęskniona rodzina.
Tego rodzaju
podróż eksperymentalna jest świetnym sposobem na zaprzyjaźnienie się z ludźmi z całego świata, sfotografowaniem się z nowymi przyjaciółmi, oderwaniem od rutyny dnia codziennego przy naprawdę niewielkim budżecie.
Inny model proponuje Rachael Anthony - jest to podróż do ostatniego przystanku. Hipoteza badawcza tego rodzaju podróży eksperymentalnej brzmi:
poznaj świat ostatniego przystanku.
Metoda polega na podróży pociągiem, promem, autobusem miejskim lub tramwajem w ostateczności gdy inne środki lokomocji odpadają z jakichś względów.
Wsiądź do pociągu byle jakiego i jedź do końca trasy. Jeśli to możliwe, wynajmij tam pokój w hotelu i rozpocznij zwiedzanie najbliższej oraz dalszej okolicy. Dla zapewnienia sobie poczucia, że podróżujesz i masz sztywne obowiązki czasowe nastaw zegar na godzinę 5:30 i bohatersko wstań o tej porze. Niewyspanie jest wszak nieodłącznym elementem każdej podróży - bez alarmu ani rusz!
Ostatni przystanek - czego by to nie był przystanek - kojarzy się z zanikającą cywilizacją. Dlatego Rachel radzi zabrać
coś z minionej epoki cywilizacyjnej, na przykład aparat fotograficzny starego typu gdy jest to podróż miejska w zupełności flashpackerowi powinien wystarczyć. Może też być stara komórka i próba połączenia się z nią z miejsca docelowego. Postanowiłam odbyć na wzór Racheli podróż do ostatniego przystanku połączoną z realizacją wyzwania edukacyjnego. Przygotowania rozpoczęłam od wcześniejszego położenia się spać, abym miała kondycję w trudnym dniu podróży eksperymentalnej.
Wyspana zerwałam się punktualnie o 5:30. Spędziłam godzinkę na porządkowaniu komputera, bowiem nieużytkowany przez kilkanaście godzin zgromadził wyjątkowo obfitą korespondencję służbową.
Po jej uporządkowaniu zjadałam śniadanie, spakowałam plecak i o 8:10 udałam się na przystanek tramwajowy przy placu Narutowicza, w pobliżu którego
mieszkam. Okolica placu już sama w sobie mogła być celem podróży, bowiem postawiono tam ohydne pomieszczenie o nazwie Le szalet w miejscu funkcjonującego tam w dawnych latach przybytku. Obecnie jest to miejsce sprzedaży piwa gromadzące licznie amatorów tego trunku, którzy po paru głębszych kiwając się na nogach komunikują się między sobą z użyciem niewyszukanej polszczyzny.
Rano lokal był jeszcze nieczynny, więc bez specjalnych
komplikacji wsiadłam w tramwaj nr 1. Pojazd był nowoczesny, miał różne bajery wewnątrz i na zewnątrz. To, że jest mało wygodny dla pasażerów oraz niewiele osób do niego wchodzi nie miało na szczęście większego znaczenia, bo był to sobotni poranek.
Po paru minutach dojechałam do pętli Banacha. Po lewej stronie w obłokach porannej mgły majaczyły budynki placówki na co dzień skupiające
świadczeniodawców oraz świadczeniobiorców usług zdrowotnych. Pokonałam odcinek między pętlą Banacha a ulicę Trojdena przez egzotyczny teren chyba będący we władaniu wspomnianego świadczeniodawcy. Ponieważ oszroniona zimowa przyroda wyglądała bardzo fotogenicznie, pstryknęłam parę fotek.
Niespodziewanie odkryłam, że na budynku po prawej stronie są dwie duże mozaiki.
Podróże kształcą! – przekonałam się po raz kolejny. Dotarłam do ulicy, która okazała się ulicą Pawińskiego, a nie Trojdena, jak skłonna byłam przypuszczać – nonszalancko nie wydrukowałam sobie trasy z maps.google.com. Musiałam wiec zapytać o drogę, ale jak to zwykle jest, zapytana osoba nie umiała mi wskazać właściwego kierunku. Po paru minutach szczęśliwie dotarłam do miejsca mojej medycznej edukacji podyplomowej. Po chwili odebrałam sms od koleżanki, z którą byłam umówiona: Jestem, mam dla ciebie miejsce. Siedzę paracentralnie.
Co znaczy paracentralnie??? – pomyślałam i zaczęłam rozglądać się we wszystkich kierunkach. Przeleciałam wzrokiem całą salę, wymieniłam ukłony z licznie zgromadzonymi znajomymi. Po kwadransie lustrowania sali odnalazłam koleżankę. Faktycznie siedziała idealnie paracentralnie. A mogła siedzieć przecież nieco donosowo lub trochę przyskroniowo - pomyślałam ;)).

https://www.photoblog.com/mimax2/2011/01/30/300120011-podroz-eksperymentalna/

Ciekawe też były wyjazdy na konferencje do Berlina, Paryża, Dusseldorfu, Budapesztu. Druga podróż do Paryża wiązała się z udzielaniem pomocy na pokładzie samolotu pasażerowi z Izraela. W związku z tym doświadczeniem powstał tekst UNOFORMAL CV, przedstawiony w rozdziale 49.

Opublikowałam łącznie 15 artykułów w 2009 dla Gazety Lekarskiej, Menedżera Zdrowia

37. Kierunek Atlanta!

Dwukrotne uczestniczenie w kongresach American Heart Association (Dallas, New Orleans) zachęciło mnie do poznania kongresów organizowanych przez konkurencyjną organizację, jaką jest American College of Cardiology. W roku 2010 kongres ACC wypadał w Atlancie.

Niewiele wiedziałam o tym mieście – siedziba CNN, coca-coli i czego jeszcze? Z niczym więcej mi się nie kojarzyło. Akredytacja w wypadku freelancera wymagała wysłania legitymacji prasowej oraz PDF-ów dwóch artykułów o tematyce kardiologicznej opublikowanych w ciągu ostatnich 6 miesięcy.

Po długich rozmyślaniach zarezerwowałam Wellesly Inn Atlanta Airport, który położony był w odległości 1,9 mili od lotniska. Koszt 51,70 dol. za nocleg, bez śniadania. Jak to zwykle bywa, miał wspaniały coffeemaker z kawą tradycyjną i bezkofeinową, uzupełnianą codziennie przez sympatyczny personel, z którym zawarłam niepisaną umowę – odstąpienie od dokładnego i codziennego pucowania łazienki oraz odkurzania pokoju owocowało podwójną porcją opakowań kawy.

Dotarcie na miejsce obrad kongresowych w Atlancie wymagało wyjątkowego zdeterminowania i zorganizowania. Gdy mieszka się w oficjalnym hotelu kongresowym, sprawa jest prosta, bo na trasie hotel – centrum kongresowe kursują specjalne autobusy. Gdy mieszka się w innym miejscu, trzeba samodzielnie organizować sobie dojazd. W wypadku Atlanty trasa obejmowała trzy techniki poruszania się do przodu: shuttlebusem hotelowym do lotniska, czas przejazdu około 20 minut, pociągiem systemu MARTA do centrum Atlanty, linią czerwoną z przystanku Airport do przystanku Five Points, wg rozkładu to 20 minut jazdy. Do tego dokładamy około 15 minut drogi przez przestronne ulice Atlanty do Georgia World Congress Center przy Andrew Young International Blvd. Do tego doliczamy oczekiwanie na poszczególne środki lokomocji i sumujemy czas – w praktyce oznaczało to dwie godziny potrzebne na przejazd z hotelu na miejsce obrad w jedną stronę.

Korzystając z kolejki systemu MARTA, czyli Metropolitan Atlanta Rapid Transit Authority, kupowałam passy wieloprzejazdowe. Bilet jest z paskiem magnetycznym, po przyłożeniu do czytnika wchodzi się na teren MARTA. Także wychodząc z metra, trzeba sczytać bilet, aby zostać wypuszczonym. Bilety kupuje się w automatach, które zawsze są dla mnie zagadką nie do rozwiązania, ale przy każdym stoi pracownik skory do pomocy. Tak już jest, że jeśli tylko chcesz wydać w Ameryce pieniądze, zawsze ktoś pospieszy ci z pomocą!

Pierwszego kongresowego dnia press room był wprawdzie dostępny, ale nie było jeszcze zbyt wielu dziennikarzy. Następnego dnia wszystko się zmieniło – press room był wypełniony po brzegi. Dziennikarze mieli w nim do dyspozycji dostęp do internetu oraz catering. Niezwykle smaczne lunche serwowano w Atlancie! Ciekawostką organizacyjną było to, że obszar dla dziennikarzy był oddzielony od pozostałej części kongresowej i bardzo skrupulatnie sprawdzano identyfikatory.

Poznawszy trochę kongresy kardiologiczne, pomyślałam, że warto zobaczyć, jak funkcjonuje kongres onkologiczny, a właśnie nadarzała się okazja w postaci kongresu American Society of Clinical Oncology w Chicago. Obrady jak obrady, ciekawym wydarzeniem było obejrzenie murali w meksykańskiej dzielnicy Pilsen, gdzie poszłam z mojego hotelu na piechotę.

Podczas tego dość długiego spaceru widziałam scenę jak z filmów – trzech policjantów zatrzymało dwóch młodzieńców, którzy podczas rewizji stali w rozkroku z rękami na masce samochodu. Szkoda, że nie mogłam tego sfotografować! Mijałam policjantów specjalnie wolnym krokiem, żeby przyjrzeć się drobiazgom – więc ta odzywka, którą słyszymy w filmach: „połóż ręce na masce samochodu i nie ruszaj się” ma znakomite znaczenie dla bezpieczeństwa zatrzymującego – eliminuje gwałtowne ruchy, w wyniku których zatrzymany może zagrozić stróżowi bezpieczeństwa. Młodzieńcy mieli na twarzach głupawe uśmieszki w stylu „ale fajnie się bawimy”.

Byłam też w Rzymie na International Sumit Change Pain

https://www.photoblog.com/mimax2/2010/06/21/21062010-international-change-pain-expert-summit/

W 2010 publikacje (28) – pisałam dla Gazety Lekarskiej, Diabetyka, Na Zdrowie, List do Pani, Menedżera Apteki.

38. Jadę do Algierii ( 2011)

Po podróżach europejskich i na kontynenty obu Ameryk nadeszła pora na inne kierunki. Moje współczesne podróżowanie rozpoczynałam od Afryki Północnej i po kilkunastu latach powróciłam w te strony. Nietypowo, bo w obszar francuskojęzyczny. Przygotowania do wyjazdu objęły więc próbę nauki podstaw języka francuskiego. Szybko jednak utwierdziłam się w przekonaniu, że jest to język raczej niemożliwy do opanowania, poza zwrotami typu „nie rozumiem”, „dziękuję”, „dzień dobry” oraz „do widzenia”. Liczyć nauczyłam się do pięciu i dalej ani rusz!

Każdy Polak i Polka przebywający dłużej na obczyźnie na wiadomość, że przyjedzie ktoś z Umiłowanej Ojczyzny, ma atak smaków na: 1. krówki 2. mieszankę wedlowską 3. polski chleb 4. kiełbasę 5. kabanosy 6. Kiszone ogórki 7. kiszoną kapustę 8. pączki 9. serek wiejski 10. niekiedy sękacz, śledzie lub inne niecodzienne produkty. Nie ma wyjątków od tej top ten listy. Za polskimi kabanosami na obczyźnie tęsknią nawet wegetarianie, bo to są smaki rodzinnych stron! Zaopatrzyłam się we wszystko, jak przystało na przybywającą z Polski i ruszyłam w drogę aby odwiedzić przebywającą tam naszą córkę z rodziną.

Algier jest miastem bardzo malowniczo położonym na licznych wzgórzach, z których rozciąga się piękny widok na Zatokę Algierską. Uliczki są wąskie, kręte, wiją się w górę i w dół, stanowiąc prawdziwe wyzwanie dla kierowcy.

Wszystko jest bardzo fotogeniczne, choć żywot fotografa nie jest tu łatwy. Z powodu odmiennego stylu życia niż w Europie czy Ameryce oraz bardzo skromnie rozwiniętego ruchu turystycznego osób fotografujących jest niewiele. Jeżeli spotyka się je, to głównie w takich miejscach jak bazylika, ale też raczej na zewnątrz niż wewnątrz.

Każdy turysta w Algierze powinien odwiedzić: bazylikę, ogród botaniczny i pocztę główną.

Bazylika ma niepowtarzalną bryłę, przepiękne kolory oraz malownicze umiejscowienie. Charakterystyczne dla tego rejonu motywy z dominacją koloru niebieskiego przyciągają wzrok.

Przepiękne wnętrze z napisem „Matko Boska Afrykańska, módl się za nas oraz za muzułmanów”.

Sprzed bazyliki jest olśniewający widok na zatokę. Kolory – błękit i biel.

Piękny błękit morza – może jeszcze nie odcień karaibski, ale całkiem blisko. Patrząc na zdjęcia z szerszą panoramą domów, można zrozumieć, dlaczego mówi się Alger la Blanche.

Ogród botaniczny, zbudowany w 1830 roku, ma ponad 30 hektarów powierzchni. Dzieli się na „ogród francuski”, „ogród angielski” oraz zoo. Niezwykle piękny to ogród, zwłaszcza w części angielskiej.

Urody części francuskiej nie mogłam docenić, okazało się bowiem, że w powietrzu fruwa coś uczulającego i skutkującego u mnie ostrym atakiem kataru siennego. Jak by nie patrzeć, ze wszystkim, co francuskie nie wiedzie mi się szczególnie łatwo ; )

Poczta główna, otwarta w 1910 roku, jest jednym z piękniejszych w całym mieście gmachów. Urodą dorównuje mu jedynie architektura bazyliki. Biała bryła budynku wpisuje się w koloryt miasta. Dokładniej rzecz biorąc, dominują w panoramie Algieru raczej budynki beżowe niż białe. Gdy zbliżamy się do gmachu poczty, uwagę naszą przyciągają przepiękne łuki zdobiące wejście. Kierujemy więc aparat ku górze, aby utrwalić ich niecodzienną urodę. Patrząc w gorę, wchodzimy do środka, gdzie zachwyca nas swą urodą sufit. Skoro pozycja zadartej głowy nam się utrwaliła, to wychodząc, jeszcze raz rzucamy okiem na sklepienia łuków zewnętrznych i podziwiamy... podziwiamy... podziwiamy bez końca...

Bab Ezzouar to kolejny malowniczy i wart odwiedzenia punkt na mapie Algieru. Jest to galeria handlowa, nowoczesna i elegancka, z dobrym asortymentem towarów, otwarta w 2009 roku (http://www.babezzouar-dz.com/). Można tam zrobić zakupy, zjeść obiad, zostawić dziecko w miniprzedszkolu, wstąpić do fryzjera.

Z kolei Hotel El Djazair (wcześniej Saint George) to wspaniały, elegancki obiekt z dawnych czasów, otwarty w 1889 roku. Bywali w nim królowie, pisarze, artyści i… późniejsi rewolucjoniści. Dookoła hotelu jest przepiękny ogród, do którego egzotyczne rośliny sprowadzano z całego świata. Są też piękne elementy ceramiki. Kilka restauracji serwuje międzynarodową kuchnię, my wybraliśmy się do chińskiej. Podczas pobytu w Algierze w 2011 brałam udział w wyborach.

Ważnym wydarzeniem w 2011 było uczestniczenie w promocji diety z ograniczeniem jonu sodowego i udział w audycji telewizji śniadaniowej oraz w audycji radiowej. Była to kampania ogólnopolska – podsumowanie jej jest pod linkiem: https://sites.google.com/site/nieprzesalajkrystynaknypl/

Podsumowaniem aktywności o diecie z ograniczeniem soli była też moja książka

https://www.photoblog.com/mimax2/2012/12/10/10122012-my-new-book-cywilizacja-jonu-sodowego/

Uczestniczyłam ponadto w audycjach radiowych i telewizyjnych na temat recept wspierając kolegów pracujących na NFZ w ich proteście receptowym.

http://www.photoblog.com/mimax2/2011/12/02/today-i-participated-in-live-radio-show.html

https://www.photoblog.com/mimax2/2011/12/29/29122011-yesterday-i-participated-in-live-tv-show/

W 21011 roku opublikowałam 32 artykuły – pisałam dla Lekarza Praktyka, Diabetyka, Vertigoprofilu, Gazety Lekarskiej.

Otrzymałam też medal przyznany przez Okręgową Izbę Lekarską w Warszawie za pracę na rzecz środowiska lekarskiego.

39. Rozpoczynam wydawanie Gazety dla Lekarzy

O wydawaniu czasopisma w akademickiej formie myślałam już od pewnego czasu. Miało się ono nazywać Poradnia Nadciśnieniowa, nawet zaprojektowaliśmy okładkę. Rozwój i wzrost znaczenia mediów społecznościowych wpłynął na zmianę pierwotnych planów i zamiast czasopisma naukowego zdecydowałam się na wydawanie czasopisma środowiskowego o profilu bliższym codziennym problemom lekarzy.

W styczniu napisałam do Gazety Lekarskiej artykuł o proroczym tytule „Rzeczywistość równoległa”, no i stało się! Tak pisałam na gorąco na fotoblogu:

Na początku roku zakończyłam pracę dla jednego z moich wydawców medycznych. Zastanawiałam się co powinnam robić dalej? Może warto ułożyć się na dowolnie wybranym boku, w odpowiednim punkcie miasta i czekać aż nadarzy się okazja? Ale kiedy ona przyjdzie do człowieka? A może pójdzie ta okazja drugą stroną ulicy, wiadomo jak one potrafią się błąkać! I co wtedy zrobię??? Rozmyślałam więc… Mając nieco więcej czasu spacerowałam po mieście… fotografowałam murale… gdy na jednym z nich przeczytałam: musisz mierzyć wyżej….

Drugi raz taka okazja się nie zdarzy! Najłatwiej jest zmobilizować tych których mamy pod ręką. Zawołałam więc do męża: czuj się powołany na stanowisko sekretarza redakcji!, po czym złożyłam odpowiednie dokumenty w Sądzie Rejestrowym oraz Bibliotece Narodowej. Wspomniane instytucje wpisały mój miesięcznik do rejestru czasopism, otrzymałam numer ISSN i od wczoraj jestem wydawcą oraz redaktor naczelną miesięcznika “Gazeta dla Lekarzy” – pisałam na fotoblogu.

W czerwcu 2012 poleciałam na ASCO do Chicago. Wyjazd był o tyle ciekawy, że pierwszy raz w życiu leciałam za ocean biznes class. Tak to opisałam w książce „To jest Ameryka!”

„Siadłam na biznesowym fotelu i czuję się jak ta wieś, co tańczy i śpiewa „koko, koko, euro spoko”. ;)) Ni czorta nie wiem, jak co działa. Umiem jedynie zapiąć pasy! W economy class już wszystkie guziczki rozpracowałam, a tu nie wiem nic, bo wszystkie guziczki nowe.

Po jakimś czasie rozgryzłam guziczki fotela i wyjmowanie stolika z pionowego ramienia oparcia po lewej – pokrywę odchyla się i w środku jest składany stolik, ale aby pokrywa się odkryła, trzeba nacisnąć guzik z przodu.

W międzyczasie podano menu napisane w takich eleganckich słowach, że nie sposób spamiętać, więc wzięłam egzemplarz na pamiątkę. Tak na oko to przystawka składała się z łososia i szparagów, jagnięciny, ziemniaków, warzyw, ciastka, owoców, napojów.

Tymczasem dania spisane z karty, którą każdy otrzymuje w języku niderlandzkim i angielskim, nazywały się tak:

Appetiser:

Gravalax with white asparagus

Main course:

Filet of chicken in tarragon gravy

Pan-fried halibut with light curry souce

Hazelnut-crusted lamb medalion

Zdecydowałam się na nr 3, który okazał się pospolitym kawałkiem mięsa. Tak więc wszystko ponazywane jest bardzo szumnie, ale tak w istocie to chemiczne jedzenie linii lotniczych

Ciekawym wydarzeniem krajowym było uczestnictwo w konferencji w Pałacu Prezydenckim z okazji 20 lecia medycyny rodzinnej w Polsce

Poza artykułem o proroczym tytule w Gazecie Lekarskiej Pod tytułem "Rzeczywistość równoległa" opublikowałam 41 artykułów w GdL, 12 w Diabetyku. W 2012 wydałam też powieść „Pocałunek uzależnienia, oto fragment:

Kto surfując po stronach portalu dla lekarzy www.penicilium3x800000j=2,4mln choć raz w życiu zaznał tego paraerotycznego internetowego uczucia, był w pewnej mierze stracony dla życia w realu.

Jego ciało i umysł ogarniała nie dająca się do końca zdefiniować odlotowa słodycz, rozluźnienie, zapomnienie, niechęć do przerywania ulubionego zajęcia, niedający się opanować zapał do powracania i oddawania się czynności surfowania po ulubionych stronach.

Prądy i fale słodyczy ogarniały organizm surfera, roznosząc się zrazu szybko, ale z czasem powoli i leniwie, bez zbędnego pośpiechu ogarniając wszystkie zakamarki umysłu, ciała i wyobraźni.

Nie tylko roznosiły się słodko, ale powracały w kolejnych falowaniach ze wzmożona siłą, przybierały niczym tsunami – początkowo zdawać by się mogło niewielkie, niewinne podekscytowanie, a im dalej, tym bardziej wszechogarniające i porywające, ba, wręcz wiodące ku zatraceniu, spadaniu w otchłań rozkoszy niemającej nigdy końca, a tym bardziej początku, no i oczywiście środka!

No bo skoro nie było wiadomo gdzie jest koniec, to wyznaczenie innych punktów topografii rozkoszy było z oczywistych względów niemożliwe i nierealne.

W uzależnionym użytkowniku drgały wszystkie mięśnie poprzecznie i podłużnie prążkowane w jednym niekończącym spazmie, a mięśniówka gładka wręcz szalała z rozkoszy. Miocyty ekstrafuzalne słały serię pobudzeń przenoszących się do miocytów intrafuzalnych, wywołując całe serie wyładowań tonicznych. Włókna odśrodkowe gammadynamiczne nie tylko szalały z pobudzenia, ale nawet przejmowały funkcję włókien statycznych, zwielokrotniając siłę doznań. Żadne włókno nie pracowało pod dyktando rozumu, wszystkie niezależnie od ich natury ogarniał spazm za spazmem, orgazm za orgazmem, a stany owe zdawały się nie mieć końca. Orgazm przestał być jakąś ułamkowosekundową figurą literacką, lecz był nigdy niekończącym się huraganem przyjemności.
Oszalałe z nadmiaru paraerotycznych doznań serce gubiło się w rytmach wyzwolonych z bezwzględnej i trwającej od przyjścia człowieka na świat dominacji węzła zatokowego. Wszystkie punkty uśpione i podporządkowane do tej pory dominującym ośrodkom pobudliwości elektrycznej, dochodziły do głosu, oddychały pełną piersią, śląc salwy ekstrasystolii nadkomorowej oraz komorowej. Nawet pobudzenia zablokowane decydowały się zaistnieć – nareszcie mogły dać temu wyraz, że w ogóle są! Ba, nawet te z pobudzeń, które były przewiedzione z aberracją miały szanse na odważne zaistnienie… To było życie!

Każda komórka drgała swoim rytmem, nie tracą ani chwili na zbędny odpoczynek. Wszystko przypominało sambodrom podczas karnawału w Rio de Janeiro, gdzieś w okolicach godziny czwartej nad ranem. Następowała gruntowna i głęboka relokacja sfer erogennych, wszystko mieszało się w niekończącym szale i podnieceniu. Przemieszczenie sfer erogennych stwarzało nowe możliwości przeżyć w miejscach publicznych, bez potrzeby chronienia się w alkowach lub stosowania innych form separacji przed ludzkim spojrzeniem.
Warto było zaznać tych uczuć choć raz w życiu, żeby wiedzieć jak to jest przeżyć odlot wszech czasów. Jednak po pierwszym odlocie szybko przychodziła chęć na następny, kolejny i jeszcze następny… czy to miało się nigdy nie skończyć? trwać do końca świata, a może zgoła przenieść się na reklamowany lepszy ze światów? Tego w początkach portalu nie wiedział nikt, choć wszyscy byli skłonni sądzić, że słodkie chwile nigdy nie będą miały końca…

Uzależniony nieszczęśnik nie miał wyboru – wszystko było podporządkowane porywającym doznaniom oraz dążeniu do przeżycia ich niekończąca się liczbę razy. Przejściowe uczucie sytości pojawiało się gdzieś po dziesięciu godzinach surfowania, ale gdyby tak dokładnie przeanalizować, to chwilowe odejście od komputera było konsekwencja prozaicznych potrzeb, jak zresetowanie pęcherza moczowego czy wypełnienie obowiązków w rodzaju wpuszczeniu psa do domu, który i tak już kończył przegryzanie drzwi wyjściowych.
Nie wiedzieli biedacy, trwający póki co w najsłodszym z upojeń, że wszystko ma swój kres – nawet nadczynność miocytów ekstrafuzalnych. Ale nie uprzedzajmy faktów!
I tak same przyjdą, gdy nadejdzie ich pora…

następny odcinek https://www.photoblog.com/mimax2/2017/10/30/30102017-za-rok-o-tej-porze-w-paryzu-odcinek-osmy/

  Be the first to like this post
Join the conversation
0
Be the first one to comment on this post!
Up
Copyright @Photoblog.com