13/05/2018. Złoty Dyplom Lekarza - rozdział 8: początki pracy

by Krystyna Knypl May. 13, 2018 399 views

Poprzedni rozdział https://www.photoblog.com/mimax2/2018/05/13/13052018-zloty-dyplom-lekarza-rozdzial-7-pierwszy-dzien-w-pracy/

Rozdział 8 : Początki pracy

Praca na oddziale polegała początkowo na pisaniu zleceń wydawanych przez starszego lekarza oraz pisaniu obserwacji w historiach chorób. Młodzież kliniczna po obchodzie przesiadywała w pokoju asystentów wpisując obserwacje do historii chorób lub sklejała szeregowo morfologię do morfologii, mocz do moczu, biochemię do biochemii.

# 1 Cenna pomoc dla każdego studenta i lekarza zaczynającego pracę [ Maść Tygrysia -szkic 3 ]

# 1 Cenna pomoc dla każdego studenta i lekarza zaczynającego pracę [ Maść Tygrysia -szkic 3 ]

Ważnym wydarzeniem były obchody szefa, tak opisałam je w mojej powieści „Maść tygrysia”:

Wypełnianie licznych rubryk było od zawsze nierozerwalnie związane z zawodem lekarza. Ileż rubryk w swoim lekarskim życiu wypełniła Matylda, walcząc z oporną materią oczekiwań ich projektantów! Pojedyncze historie chorób napisane podczas studiów nie dawały należytej biegłości w sztuce dokumentowania przypadłości pacjentów.

Chrzest bojowy w pisaniu historii chorób przeszła u Wielkosza, który lubił wnikliwie zagłębiać się w szczegóły przedkładanej mu na obchodach dokumentacji. Na nadejście ordynatora oczekiwano w pokoju asystentów. Tymczasem na oddziale pielęgniarki zmieniały pościel, salowe pucowały podłogi, chorzy pakowali domową wałówkę do lodówek i szafek. Podczas obchodu, będącego osobliwą formą superinspekcji, wszystko musiało lśnić, nawet stare szpitalne parapety pamiętające wiek dziewiętnasty.

– Pani Matyldo, czy możemy już iść na obchód? – zapytywał Wielkosz, energicznie wkraczając do pokoju asystentów. Niekiedy dla podkreślenia jak mu spieszno do pracy przy łóżku chorego, ostatnie metry do drzwi pokoju lekarskiego pokonywał ruchem ślizgowym po posadzce szpitalnego korytarza. Na przypadkowym obserwatorze ten pośpiech sprawiał pozytywne wrażenie, że oto ordynator gna co tchu, aby zrealizować swe powołanie niesienia pomocy będącym w potrzebie.

Bywało, że nie przychodził punktualnie. Czekano godzinę lub półtorej w narastającym napięciu. Wybawienie przynosiła sekretarka w krótkim telefonicznym komunikacie: Szef dziś nie przyjdzie na obchód. Zgodnie z przyjętym zwyczajem pacjentów przedstawiali ordynatorowi młodsi lekarze. Obowiązywała zasada referowania historii choroby z pamięci. Po wysłuchaniu prezentacji ordynator rozpoczynał badanie pacjenta, polegające na konfrontacji usłyszanych danych z osobistymi obserwacjami poczynionymi ex tempore.

-Zreferowała pani, że tętno na tętnicy grzbietowej stopy lewej jest wyczuwalne, czy tak?

– Tak, panie ordynatorze – odpowiadała w początkach swej kariery Matylda, nieświadoma nadciągających konsekwencji.

– To ciekaaaawe, bo ja tętna nie stwierdzam. Musimy zatem ustalić, czy źle pani zbadała, czy chory stracił tętno w międzyczasie? Jeśli stracił w międzyczasie, to znaczy, że dostał zatoru, a pani tego nie zauważyła! Gdzie pani była wtedy, gdy chory tracił tętno? Dlaczego to nie jest odnotowane w historii choroby? Proszę mi to wytłumaczyć!!!

Wspólnymi siłami odszukiwano zaginione tętno, które zwykle znajdywało się przy dokładniejszym badaniu, polegającym na palpacji bez generowania efektów specjalnych pod postacią przedwcześnie ogłaszanych komunikatów o zaginionym tętnie.

Po szczęśliwym odnalezieniu tętna przystępowano do oględzin dokumentacji i jej oceny. Niezadowolony Dablju&Dablju energicznie rozwijał długie harmonijki sklejonych ze sobą szeregowo wyników morfologii, moczu, potasu i wielu innych substancji, które pływały w człowieku. Odchylenia od normy zakreślał czerwonym długopisem, energicznie i z pasją, często przebijając papier na wylot. W stanach szczególnego nagromadzenia energii wyszarpywał misterne dzieła medycznego papier mâché, odrywając je od miejsca przytwierdzenia.

Żelaznym punktem osądu historii choroby było sprawdzenie, czy wpisane są daty pierwszej i ostatniej miesiączki, liczba odbytych porodów i poronień u zwykle mocno wiekowych pacjentek. Postawione diagnozy też bywały starannie weryfikowane podczas obchodu. Ordynator z niebywałą wprawą potrafił wytropić niedoskonałość każdego kalibru, nie wyłączając uchybień nanokalibrowych.

– Czy pacjent ma objawy choroby wieńcowej? – rzucał od niechcenia w kierunku Matyldy.

– Nie stwierdziłam – odpowiadała niemal bezczelnie, co niczym iskra uruchamiało kaskadę śledczych aktywności ordynatora.

– Proszę pana, czy ma pan bóle w klatce piersiowej? – padało pytanie.

– Nie, nie mam.

– Taaak, naprawdę nigdy pana nie bolało w okolicy serca? – drążył z energią.

– No, niee… raczej nie – pewność pacjenta wyczuwalnie malała.

– Skoro nie jest pan pewien, to proszę się zastanowić i dobrze poszukać w pamięci… nigdy nie kłuło pana koło serca?

– Może kiedyś…?

– A kiedy?

– Nie pamiętam, może przed rokiem – wahał się przyciśnięty do

muru nieszczęśnik.

– Aha, czyli od roku miewa pan bóle w klatce piersiowej…

– No, koleżanko, zupełnie nie rozumiem, jak tak ważna informacja mogła ujść pani uwadze… Nie! nie! to jest niedopuszczalne – syczał kobrowato i napinał mięśnie okrężne powiek, dzięki czemu wytrzeszczał gałki oczne ponad miarę, wzorem wszystkich osobników z gatunku Primates walczących o dominację w stadzie i manipulujących wyrazem twarzy, aby otoczenie zobaczyło, jak duże i wnikliwe jest spojrzenie tego, kto rządzi.

Wytrzeszczone groźnie oczy dobrze się komponowały z pomarszczonym czołem. Słynne fałdy grozy na czole ordynatora zjeżdżały się tuż nad nosem. Dla wzmocnienia efektów specjalnych Dablju&Dablju często podczas obchodów wkładał oprawkę okularów do jamy ustnej i zaczynał rozgryzanie diagnostyczno-optyczne jakże opornej materii. Pochrupawszy ją trochę zaspokajał pierwszy głód, ale nie mobbingowe żądze, atakował więc dalej.

– Ile pacjent waży? Nie wie pani? To i wagi należnej też nie jest pani w stanie obliczyć?! – syczał tonem sugerującym, że jest to najważniejsza operacja rachunkowa w kraju. Przy następnym pacjencie okazywało się, że nie jest znane stężenie kreatyniny, kolejny nie był zbadany per rectum, a jeszcze u dalszego nie odebrano opisu rentgena klatki piersiowej. Po godzinie śledczo-prokuratorskich poszukiwań widać było jak na dłoni, że utrzymywanie się pacjentów przy życiu ma miejsce wyłącznie dlatego, że ordynator przybył w samą porę, wykrył wszystkie uchybienia i bez wahania podjął poważne działania naprawcze. Bo cóż to było za życie bez znajomości wagi należnej albo udokumentowanej daty ostatniej miesiączki u leciwej damy? Ileż to zagrożeń niosło dla pacjentów, wiedział tylko Dablju&Dablju. Niekiedy co inteligentniejsi pacjenci rozszyfrowawszy mobbingowe zapędy ordynatora, próbowali przyjść młodym asystentkom z odsieczą.

– Panie ordynatorze, muszę powiedzieć, że jestem niezwykle zadowolony z opieki pani doktor – wypalił pewnego razu jakiś zdeterminowany komplemenciarz. Naprawdę, jeszcze nikt tak serdecznie się mną nie opiekował.

– Tak, dziękuję panu – uciął Wielkosz. Po wyjściu z sali tuż za drzwiami złapał historie choroby komplemenciarza i długo je wertował.

– Szukam cholesterolu, aha, jest dwieście dwadzieścia… muszę powiedzieć, że kliniczne objawy miażdżycy są o wiele bardziej nasilone. Właściwie to jest rozsiana miażdżyca, taak rozsiana miażdżyca naczyń mózgowych. Proszę wpisać do historii choroby notatkę z mojego obchodu, rozpoznaję: Atherosclerosis diffusa gradus majoris.

Po wizycie ordynatora należało odnotować ten fakt w historiach chorób. Gdy ordynator poprzestał na bolesnym ugniataniu powłok brzusznych pacjenta w poszukiwaniu powiększonej wątroby i przejrzał nieprzytomnym wzrokiem badania wklejone do historii choroby, obowiązywało wpisanie sloganu: Pan Ordynator zaakceptował przedstawione rozpoznanie oraz prowadzone leczenie. Gdy zaś Dablju&Dablju wymienił długą listę schorzeń, jaka mu akurat przyszła na myśl, obowiązywał inny, bardziej rozbudowany slogan.

W takich razach pisano: Dolegliwości bólowe w obrębie klatki piersiowej zgłaszane przez pacjenta należy różnicować z zaostrzeniem choroby wieńcowej, ostrą niewydolnością wieńcową, nerwobólem międzyżebrowym, zapaleniem opłucnej, zapaleniem płuc, a także nie można wykluczyć, że dolegliwości bólowe powodowane są przez schorzenie zlokalizowane w obrębie jamy brzusznej.

Życia nie da się jednak zamknąć w dwóch czy trzech sloganowych formułkach. Podobno ktoś kiedyś umieścił w historii choroby wstrząsające wyznanie. Starsi asystenci opowiadali o tym zdarzeniu zaufanym młodszym doktorom na dyżurach, nad ranem, gdy nadchodziła pora zwierzeń niekontrolowanych. Te straszne słowa brzmiały ni mniej, ni więcej tak: Obchód Pana Ordynatora nie wniósł nic istotnego.

– Kto to napisał ? – męczyła Matylda kolejnego rozmówcę.

– Tego powiedzieć nie mogę – każdy ze starszych kolegów z tajemniczych powodów odmawiał podania nazwiska.

– Nie bądź taki, powiedz… – mimo próśb i nalegań autorstwo tajemniczego wpisu ciągle pozostawało nieustalone. Po paru latach, gdy zdawało się, że poznanie autora obrazoburczego doniesienia jest absolutnie niemożliwe, Matylda niespodziewanie rozwiązała zagadkę. Gdy przeglądała stare historie chorób do opracowania statystycznego o wynikach leczenia zawału serca, całkiem nagle przed jej oczami ukazała się słynna kwestia:

Obchód Pana Ordynatora nie wniósł nic istotnego – donosiła swym pięknym kaligraficznym pismem Ola Budkiewicz. Nie można było przecież takiej niewdzięcznicy nagradzać szybkim dopuszczeniem do habilitacji! Tego Wielkosz był pewien.

Chodziliśmy też na herbatkę do pokoju nr 16 na parterze, gdzie w godzinach wczesnych popołudniowych pani Marynia wydawała szpitalne obiady. Najgorsza była ogórkowa z ryżem. Największą zaletą obiadów była chyba cena, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie ile płaciło się. Wydaje mi się, że nie byłam wierną klientką pani Maryni.

Szefostwo pijało herbatę lub kawę w swoich gabinetach do których chadzaliśmy na rozmowy merytoryczne np. po napisaniu epikryzy końcowej w celu jej przedyskutowania przed wpisaniem do historii choroby.

Poza prowadzeniem pacjentów na oddziale pod kierunkiem starszych kolegów można było po zdaniu kolokwium dyżurować jako drugi dyżurant.

Pilni stażyści dostawali z czasem zaproszenie do zdawania kolokwium dopuszczającego do dyżurowania. Obowiązywała znajomość postępowania w ostrych stanach internistycznych, a także EKG z potencjałami czynnościowymi włącznie.

# 2 Posadzka po której ślizgał się ordynator Wielkosz spiesząc z pomocą [ Maść Tygrysia ilustracje DSC 1455

# 2 Posadzka po której ślizgał się ordynator Wielkosz spiesząc z pomocą [ Maść Tygrysia ilustracje DSC 1455

Udało mi się te potencjały opanować i 1 listopada 1968 roku miałam swój pierwszy dyżur... Poprosiłam o tę datę wychodząc z założenia, że uwaga świata będzie odwrócona od tych co jeszcze żyją do tych co już odeszli i jakoś dotrwam do rana. Szefem dyżury był mile przez mnie wspominany kolega, który wkrótce potem wyemigrował do RFN.

Dyżur jak dyżur, ale poranna odprawa to było wyzwanie! Po wyrecytowaniu raportu i udzieleniu odpowiedzi na bardziej szczegółowe pytania pewnego razu usłyszałam pytanie czy wykluczyłam stresscel - głowę bym dała, że stresscel. Nie miałam pojęcia, że chodziło o stress ulcer!

Barwnymi uczestnikami naszych dyżurów byli panowie noszowi, którzy przywozili pacjentów z izby przyjęć położonej na drugim końcu szpitala na poszczególne oddziały. Po dotarciu do oddziału docelowego pukali do drzwi dyżurki i wołali "pani doktor chorego przywiozłem". Przy kolejnym tak samo brzmiącym komunikacie zapytała "a zdrowego pan nie masz?" Nie było - oznajmił pan noszowy.

Gdy stan chorego w trakcie transportu pogarszał się noszowi włączali pierwszy bieg i wpadali zdyszani na nasz oddział. Pewnego razu noszowy oznajmi "pani doktor, nie rozmawia ze mną od czwartej wewnętrznej" czyli od budynku położonego kilka minut truchtem od naszego pawilonu. Powodem braku konwersacji było... zatrzymanie krążenia. Zreanimowaliśmy skutecznie.

Na drugim roku stażu trzeba było zaliczyć dyżury w Pogotowiu Ratunkowym. Dyżurowałam już na oddziale, co dawało mi pewne obycie, ale dyżury w pogotowiu to była inna skala trudności - lekarz był sam na sam z pacjentem, jego rodziną, niekiedy w miejscach publicznych także przypadkowymi widzami.

# 3 Podjazd pod Izbę Przyjęć szpitala PSK nr 1 [ Maść Tygrysia nt DSC 1491]

# 3 Podjazd pod Izbę Przyjęć szpitala PSK nr 1 [ Maść Tygrysia nt DSC 1491]

Odbyłam 22 dyżury w Pogotowiu. Wyjazdy bywały malownicze, niekiedy dramatyczne. Szczególnym wyzwaniem było stwierdzanie zgonu w domu. Miałam dwa takie przypadki. Bywały też wyjazdy do miejsc znanych z szemranych klimatów. Była nim część miasta zwana Dzikim Zachodem.

@mimax2 /Krystyna Knypl, lekarz

Gazeta dla Lekarzy ( GdL) redaktor naczelna & wydawca

https://sites.google.com/site/myjournalismkrystynaknypl/

Następny rozdział https://www.photoblog.com/mimax2/2018/05/14/14052018-zloty-dyplom-lekarza-rozdzial-9-minal-pierwszy-rok-pracy/

  Be the first to like this post
Join the conversation
0
Be the first one to comment on this post!
Up
Copyright @Photoblog.com