25/05/2018. Złoty Dyplom Lekarza - rozdział 32: kongres ISH w Cancun (2005)

by Krystyna Knypl May. 25, 2018 310 views

Poprzedni rozdział https://www.photoblog.com/mimax2/2018/05/25/25052018zloty-dyplom-lekarza-rozdzial-31-grant-interamerican-society-of-hypertension-2004/

Rozdział 32: Kongres Interamerican Society of Hypertension w Cancun (2005)

Podobało mi się podbijanie wielkiego świata i zwiedzanie go na własną rękę. W następnym 2005 roku ruszyłam na kongres Interamerican Society of Hypertension do Cancun, w Meksyku, który odbywał się od 17 do 21 kwietnia 2005 roku. Powodem wyjazdu było przyjęcie do prezentacji posteru Compliance with low salt diet in hypertensive patients. Bilet do Cancun z przesiadką na terenie Stanów Zjednoczonych był o wiele tańszy niż inne trasy.

Otrzymanie dziennikarskiej wizy "I" podczas podróży do Cancun zachęciło mnie do dokładniejszego niż przesiadka na lotnisku odwiedzenia Stanów Zjednoczonych. Uzyskałam po raz pierwszy akredytację dziennikarską w Stanach Zjednoczonych na kongresie Amercan Society of Hypertension w San Francisco.

# 1 Na tle Morza karaibskiegi [ Cancun - obraz 167 ]

# 1 Na tle Morza karaibskiegi [ Cancun - obraz 167 ]

Studiując przepisy ubiegania się o wizę amerykańską odkryłam istnienie wiz dla dziennikarzy. Spełniałam już wtedy nie tylko faktyczne, ale i formalne kryteria bycia dziennikarzem – miałam press ID czyli legitymację Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich ( od 2004 roku). Wizyta w ambasadzie przebiegła typowo, zapytano mnie o zawód oraz powód wyjazdu do Meksyku, a także zadano pytanie czy będzie pani raportować po podróży? co oznaczało czy będę pisać artykuły na temat podróży. Przy odpowiedzi, że tak będę raportować uznano więc, że kwalifikuję się do otrzymania wizy dziennikarskiej typu “I”. Otrzymałam wizę na 5 lat, a po jej wygaśnięciu złożyłam ponowny wniosek i otrzymałam drugą wizę także na następne 5 lat. Wiza ta pozwala na pobyt w Stanach Zjednoczonych oraz oficjalne wykonywanie zawodu dziennikarza tak długo jak jest ważna.

Podróż rozpoczęła się 12 kwietnia 2005 roku, rejsem KL 1362 o 6.40 do Amsterdamu, gdzie wylądowałam o 8.50. Przeszłam do odpowiedniej bramki i spokojnie ustawiłam się w kolejce do samolotu do Houston, który startował o 10:30. Nie wiedziałam jeszcze wtedy nic a nic o przeżyciach związanych z przekraczaniem granicy amerykańskiej.

Gdy podałam moje dokumenty, stewardessa przyjmująca pasażerów na pokład spojrzała na mnie niezwykle przenikliwie. Byłam przyzwyczajona, że to ja patrzyłam na ludzi przenikliwym spojrzeniem zastanawiając co się kryje w danym człowieku, a tu ktoś inny patrzył wzrokiem dociekliwego badacza na mnie! Przez chwilę nasze spojrzenia spotkały się i zmierzyły ze sobą. Ten krótki moment był powodem pojawienia się potem w mojej powieści postaci Pani Naziemnej.

Podróż do Houston upłynęła bez specjalnych przygód jeśli nie liczyć wrażenia, że siedzę w samolocie do Nowego Jorku. Nawet przez chwilę byłam prawie pewna, że to samolot do Nowego Jorku – może pokazywano trasę na monitorze, która to sugerowała w mojej wyobraźni?

Pod koniec lotu rozdano karty I-94, z którymi zetknęłam się po raz pierwszy. Wypełniłam oczywiście z pomyłką, teraz drukuję sobie z internetu kartę I-94 i mam ściągawkę. Jej wypełnienie nie jest łatwe - wymaga podania różnych szczegółowych danych jak numer paszportu, numer lotu czy adres zamieszkania w Stanach Zjednoczonych. W Houston wylądowaliśmy o 13.40. Tamtejsze lotnisko wydało mi się gigantyczne. W Cancun wylądowałam o 18:09,a lot upłynął bez większych przeszkód. Mieszkałam w hotelu Batab.

Mój hotel położony był w downtown - cokolwiek to oznacza, a w przypadku Cancun oznaczało godzinę drogi autobusem do zona hotelera czyli miejsca obrad.

Podczas obrad w Cancun największe wrażenie zrobił na mnie wykład dr Umberto Pagotto o rimmonabancie w leczeniu otyłości. Zastosowanie rimonabantu jako leku odchudzającego poprzedziło opublikowanie w 2005 roku na łamach „The Lancet” wyników badań rocznej obserwacji.

Rok później zorganizowano konferencję dla prasy związaną z wprowadzeniem rimonabantu na rynek. Obrady odbywały się w Hilton Arc de Triomphe w Paryżu, zaproszono dziennikarzy z wielu krajów, także mnie. Lek w opinii producenta miał być nieomal panaceum na nadmierną konsumpcję współczesnego świata. Dopytywaliśmy o różne aspekty działań niepożądanych rimmonabantu, ale producent zdawał się być nie specjalnie przejęty naszymi pytaniami. Po 3 latach opublikowano wyniki obserwacji dwuletniego stosowania rimmonabantu, ciągle chwaląc lek. Notowano coraz więcej objawów ubocznych. Lek został wycofany przez European Medicine Agency w następnym roku z powodu niebezpiecznych objawów ubocznych, między innymi zwiększonego ryzyka samobójstw.

Po zakończeniu kongresu w Cancun pojechałam na wycieczkę do słynnych piramid w Chichen Itza. W autobusie przypadło mi miejsce obok właścicielki sporych rozmiarów kapelusza w kolorze fioletowym. Turystka okazała się Amerykanką, zamieszkałą w Kansas City. Poza kapeluszem miała też egzotyczne imię Tamara. Podczas podróży do piramid dowiedziałam się, że pracuje jako dyrektor marketingu w branży medycznej. Od słowa do słowa po kilku godzinach byłyśmy przyjaciółkami w amerykańskim znaczeniu tego słowa. Podczas drogi powrotnej rozmawiałyśmy z Tamarą na różne tematy. Czułam, że w dłuższej konwersacji potykam się o braki w słownictwie oraz problemy gramatyczne. Pod wieczór dojechaliśmy do naszych hoteli. Tamara żegnając się ze mną, wygłosiła z sympatycznym uśmiechem zdanie: mogłabyś lepiej mówić po angielsku

https://gazeta-dla-lekarzy.com/index.php/wybrane-artykuly-3/edukcja-pozamedyczna/384-moglabys-lepiej-mowic-po-angielsku

Wypowiadając to zdanie, zachęciła mnie jak nikt wcześniej. Duże zasługi muszę też przypisać mojej córce, mówiącej zawsze, gdy pytałam ją o jakieś zwroty po angielsku, słynną w moim domu frazę masz to wszystko w głowie, tylko dobrze poszukaj.

Zapał do podroży miałam w 2005 roku wielki, bo ledwie w kwietniu wróciłam z Cancun, a już po miesiącu wybrałam się jak dziennikarz do San Francisco na kongres American Society of Hypertension, który odbywał się w dniach 14-18 maja..

Wtedy po raz pierwszy zetknęłam się z pracą w biurze prasowym kongresu. Laptopy nie były jeszcze wtedy powszechni dostępne, korzystałam więc z publicznego sprzętu.

# 2 W biurze prasowym [ San Francisco 1436-001]

# 2 W biurze prasowym [ San Francisco 1436-001]

Obrady kongresowe pod względem tematycznym były takie sobie, ale ciekawym wydarzeniem była wycieczka na zakończenie obrad do rezerwatu sekwoi, którą wykupiłam w recepcji mojego hotelu.

Wzięłam sobie do serca słowa Tamary i podjęłam poszukiwania odpowiedniej szkoły, w której mogłabym ucywilizować swój angielski. Wszystkie były jednak nastawione na nastolatków, studentów, no może jeszcze „młodych profesjonalistów”, ale kto by sobie zawracał głowę panią dobiegającą sześćdziesiątki!

Nie tracąc jednak nadziei, że znajdę coś odpowiedniego, błąkałam się po internecie i zupełnie przypadkowo natknęłam się na ofertę szkoły Acadia Center for English Immersion w Thomaston. Szkoła obecnie przeniosła się do miasteczka Camden, położonego około 25 km na północ od Thomaston. Placówka reklamowała się, że przyjmuje na naukę wszystkich chętnych, niezależnie od wieku.

Najstarszy student Acadia Center for English Immersion miał podobno 72 lata. Podobało mi się takie podejście. Napisałam do właściciela i po krótkiej wymianie korespondencji wykupiłam 2-tygodniowy kurs nauki języka angielskiego typu deep immersion. Inwestycja była dość poważna. Mimo uzyskanej zniżki na legitymację dziennikarską sam kurs kosztował około 2000 dol. Ustalając warunki pobytu, poprosiłam o zakwaterowanie w rodzinie zbliżonej do mnie wiekowo, niepalącej. Sama była zdziwiona tym egoistycznym i asertywnym podejściem do rzeczywistości, ale uznałam że 100% mojej uwagi ma być skupione na nauce, a nie znoszeniu z „godnością osobistą” ewentualnych mankamentów zakwaterowania.

Dojechać w jeden dzień z Warszawy do Thomaston nie było ani łatwo, ani tanio. Zdecydowałam się po długich poszukiwaniach na podróż podzieloną na dwa etapy. Pierwsza część prowadziła przez Paryż do Bostonu, gdzie zatrzymałam się na dwie noce. Organizując swój krótki pobyt w Bostonie, sporo się naszukałam, aby znaleźć lokum w rozsądnej cenie. W końcu wybór padł na hostel o szumnej nazwie Berkeley Residency, w którym jednoosobowy pokój bez łazienki kosztuje około 70 dol. Nie mogłam też znaleźć serwisu autobusowego z lotniska do hotelu i w rezultacie podróż na tym odcinku odbyłam taksówką za około 30 dol. w jedną stronę. Uboższa kilkadziesiąt dolarów, przekroczyłam podwoje Berkeley Residency, kierując się do recepcji, spotkanie z którą na długo utkwiło mi w pamięci. W hostelu tym funkcjonował bardzo ciekawy sposób dbania o bezpieczeństwo pokoi.

– Masz tu klucz do pokoju, który mieści się pod numerem 432, ale na kluczu jest napisane 17 B. Dobrze zapamiętaj prawdziwy numer swojego pokoju, bo na kluczu masz inny, ale jak zgubisz klucz, to złodziej nie będzie wiedział, do którego pokoju ten klucz pasuje.

Wjechałam windą na czwarte piętro i weszłam do swojego pokoju. Obejrzałam pokój, wspólną łazienkę… wszystko było bardzo niskobudżetowe. Jedynie widok za oknem był pięciogwiazdkowy. Przed moim oczami pyszniła się słynna Hanckock Tower. Nieważne było chybocące się krzesło, odrapane ściany łazienki i ta pchła, która skoczyła mi na nogę. Hanckock Tower dawał mi poczucie, że jestem w wielkim świecie… Całą noc podziwiałam wieżę, bo nieopodal na ulicy grupa wyrostków urządziła sobie street party.

Przez następne dwa dni zwiedzałam Boston, kupiłam też bilety autobusowe linii Concord Trailways do Thomaston. Autobus odjeżdżał z South Station. Po około 3 godzinach dojechałam do Portland, gdzie zostałam odebrana przez właściciela szkoły. Potem jeszcze około 130 km samochodem i byliśmy na miejscu. Edukacyjna trasa była więc następująca: Warszawa – Paryż – Boston – Portland -Thomaston. Moimi gospodarzami byli Ursula i Steve Mc Carthy. Ursula była pracownicą wydziału politologii Georgetown University, a Steve byłym wojskowym, a także zawodowym inwestorem giełdowym.

Struktura zajęć była następująca: od 9 do 12 mieliśmy lekcje grupowe, potem wspólny lunch i kontynuowanie konwersacji po angielsku przy stole. Po lunchu do godziny 16 był czas wolny. Dwa razy w tygodniu od 16.00 do 17.30 były indywidualne lekcje z lektorem, a w pozostałe dni po południu jeździliśmy na wycieczki do pobliskich miejscowości, takich jak Camden czy Freeport. Kolacje jadaliśmy z host family. Moi gospodarze uważali, że jestem nie lada atrakcją i zapraszano różne osoby na przyjęcia. Jednak największym wydarzeniem w czasie mojego pobytu był huragan Katrina.

Oglądałam wiele bezpośrednich transmisji w amerykańskiej telewizji i miałam szerszy wgląd w ten niszczycielski żywioł. Kurs zakończył się 2 września 2005 roku.

Wyprzedzająco o kilka lat zetknęłam się wtedy z zagadnieniem suplementów diety. Sprawa zażywania witamin ma duże znaczenie dla prawie każdego Amerykanina. Moja gospodyni Ursula pewnego niedzielnego popołudnia powiedziała:

- Krystyna, chodźmy do kuchni, pokażę Ci jakie witaminy biorę – i zaprezentowała mi kilkanaście opakowań. Po czym zapytała:

-A ty jakie witaminy zażywasz?

Na wiadomość, że nie biorę żadnych witamin ani suplementów spojrzała na mnie z dużym zaciekawieniem, a z jej oczu płynęło wprawdzie niewypowiedziane, ale łatwe do odczytania pytanie:
-Jakim cudem nie biorąc żadnych witamin ani innych suplementów diety jeszcze żyjesz, trzymasz się na nogach, a na dodatek przemierzyłaś pół świata i w końcu wylądowałaś w naszym domu?

# 3 Książka z pamiątkową dedykacją od Ursuli i Steve'a [ Maść Tygrysia ilustracje - dedykacja]

# 3 Książka z pamiątkową dedykacją od Ursuli i Steve'a [ Maść Tygrysia ilustracje - dedykacja]

Na zakończenie pobytu otrzymałam na pamiątkę od Ursuli i Steve’a książkę z ich wspaniałej biblioteki, z dedykacją. Gdy czytam po kilku latach dedykację, którą napisała Ursula w dniu mojego wyjazdu, to myślę, że była dobrym psychologiem i spostrzegawczym obserwatorem.

Podszkolona językowo ruszyłam na trzecią wyprawę do USA w ciągu 2005 roku na kongres American Heart Association w Dallas, a przy okazji odwiedziłam Tamarę w Kansas City.

# 4 Mój dyplom z Intensive English Immersion Course [ Maść Tygrysia ilustracje - dyplom ]

# 4 Mój dyplom z Intensive English Immersion Course [ Maść Tygrysia ilustracje - dyplom ]

Samo językowe przedsięwzięcie edukacyjne oceniam jako ze wszech miar udane. Udało mi się nadrobić zaległości powstałe z nie do końca trafnego wytyczania celów życiowych oraz nieświadomości, że język angielski będzie potrzebny na co dzień. Nie byłam w stanie wyobrazić sobie nawet takiej potrzeby. Żyliśmy w innym świecie.

Pod koniec roku 2005 uczestniczyłam w konferencji na temat zdrowia seksualnego w Kopenhadze.

@mimax2 /Krystyna Knypl, lekarz

Gazeta dla Lekarzy ( GdL) redaktor naczelna & wydawca

https://sites.google.com/site/myjournalismkrystynaknypl/

Następny rozdział https://www.photoblog.com/mimax2/2018/05/26/26052018-zloty-dyplom-lekarza-rozdzial-33egzamin-z-hipertensjologii/

  Be the first to like this post
Join the conversation
0
Be the first one to comment on this post!
Up
Copyright @Photoblog.com