17/06/2018. Władca Pieczątki - odcinek dwunasty

by Krystyna Knypl June. 17, 2018 371 views

Poprzedni odcinek https://www.photoblog.com/mimax2/2016/10/18/18102016-modne-diagnozy-odcinek-jedenasty/

Władca Pieczątki 2020

Motto:

(…)

Mówią, że senne czucie rozkoszy i kaźni

Jest tylko grą wyobraźni;

(…)

Sceneria

Nocy cicha, gdy wschodzisz, kto ciebie zapyta,

Skąd przychodzisz; gdy gwiazdy przed sobą rozsiejesz,

Kto z tych gwiazd tajnie przyszłej drogi twej wyczyta!

Panie! czymże ja jestem przed Twoim obliczem? -

Prochem i niczem;

Ale gdym Tobie moją nicość wyspowiadał,

Ja, proch, będę z Panem gadał.

Panie! czy przyjścia jego nie raczysz przyśpieszyć?

Lud mój pocieszyć? –

Niezidentyfikowana postać

Mąż straszny - ma trzy oblicza,

On ma trzy czoła.

(…)

Któż ten mąż? - To namiestnik na ziemskim padole.

Znałem go, - był dzieckiem - znałem,

Jak urósł duszą i ciałem!

(…)

Trzy końce świata drżą, gdy on woła;

I słyszę z nieba głosy jak gromy:

To namiestnik wolności na ziemi widomy!

(…)

Nie! lud wycierpi. - Widzę ten motłoch - tyrany,

Zbójce - biegną - porwali - mój Naród związany

Cała Europa wlecze, nad nim się urąga –

"Na trybunał!" - Tam zgraja niewinnego wciąga.

Na trybunale gęby, bez serc, bez rąk; sędzie -

To jego sędzie!

Krzyczą: "Gal, Gal sądzić będzie!"

[Oczekiwany reformator]

A życie jego - trud trudów,

A tytuł jego - lud ludów;

(…)

A imię jego czterdzieści i cztery.

Sława! sława! sława!

(…)

Człowieku! gdybyś wiedział, jaka twoja władza!

Kiedy myśl w twojej głowie, jako iskra w chmurze,

Zabłyśnie niewidzialna, obłoki zgromadza,

I tworzy deszcz rodzajny lub gromy i burze;

Gdybyś wiedział, że ledwie jednę myśl rozniecisz,

Już czekają w milczeniu, jak gromu żywioły,

Tak czekają twej myśli - szatan i anioły;

Czy ty w piekło uderzysz, czy w niebo zaświecisz;

A ty jak obłok górny, ale błędny, pałasz

I sam nie wiesz, gdzie lecisz, sam nie wiesz, co zdziałasz.

Ludzie! każdy z was mógłby, samotny, więziony,

Myślą i wiarą zwalać i podźwigać trony.

[ „Dziady” Adam Mickiewicz]

ROZDZIAŁ 1. TRZY GRUPY CHORÓB

Po ponad pół wieku emocjonującego romansu z medycyną dr Matylda Przekora doszła do wniosku, że choroby dzielą się na wszelakie, nijakie i niebylejakie. Tradycyjny podział według lekarskich specjalizacji nie oddawał ani istoty rzeczy ani zmieniających się pozycji poszczególnych działów medycyny.Weźmy taką internę poetycko zwaną niegdyś królową nauk lekarskich, dziś - zdetronizowaną i sponiewierną przez rozczłonkowanie jej poszczególnych działów. Podobnie było z chorobami zakaźnymi uznanymi od pewnego czasu za przypadlości przypisane ubogim ludziom zamieszkującym biedne kraje. Podobny był więc nowy podział, bardzije uniwersalny i odporny na działanie chwilowych tendencji i mód biznesowych. Trójpodział pedycyny, podobnie jak trójpodział włądzy wydawał się optymalnym rozwiązaniem.

Z chorobami wszelakimi miała Matylda do czynienia na szpitalnym etapie kariery lekarskiej, drugą grupę chorób zajmowała się na etapie praktyki ambulatoryjnej, a trzecie obsługiwała jako dziennikarz na zagranicznych kongresach i konferencjach.

Kochała kongresowe i konferencyjne życie naukowe miłością nieprzemijającą. Jednak jak to w uczuciach bywa, wzajemność nie była zjawiskiem stałym. Pod latach tłustych naturalna koleją rzeczy w życiu kongresowym nadeszły lata chude. Od poważniejszego zaproszenia na ciekawy kongres zagraniczny upłynęło już sporo czasu i trzeba było przestawić się na obsługę mediową wydarzeń krajowych.

Rozpoczął się właśnie drugi chudy sezon. Zaproszenie na obsługę medialną krajowej konferencji w zakresie chorób niebylejakich przyjęła więc z zainteresowaniem. Pomyślała, że będzie to ciekawa odmiana nie tylko zawodowa, ale i emocjonalna po dziesięcioleciach obcowania z krajowymi chorobami wszelakimi w charakterze lekarza.

Gospodarzem konferencji była placówka medyczna położona na skraju Wielkiego Miasta, w której Matylda jeszcze nigdy wcześniej nie była. co stanowiło dodatkową zachętą do odbycia wyprawy.

-Na bezrybiu trzeba szukać złotej rybki w nietypowych lokalizacjach - powiedziała sobie na usprawiedliwienie tej ekstrawaganckiej eskapady.

Przemierzała przez obrzeża Chicago, Cancun, Atlanty w pogoni za wiedzą kongresową, dlaczego miałby nie poznać przedmieść Wielkiego Miasta? Na spotkanie z nową przygodą wyruszyła służbowym transportem kilka minut po godzinie dziewiątej. Po około dziesięciu minutach jazdy przez śródmiejskie dzielnice Wielkiego Miasta mijana okolica stała się zupełnie nieznana. Widoki za oknem samochodu potwierdzały tezę, że istnieje Architektura i Budownictwo.

To co było widać po obu stronach jezdni nie wyglądało na Wielkie Miasto z jego charakterystycznymi obiektami mającymi swoją architektoniczną historię i urodę. Na szerokich przestrzeniach rozciągało się budownictwo bez wyrazu i bez urody. Po trzech kwadransach jazdy była na miejscu.

Krajowe Centrum Chorób Niebylejakich (KCCN) ścinało z nóg niespodziewanym wyglądem już od pierwszego spojrzenia. Na wielkim gmachu, tuż przy wejściu głównym obok tablicy pamiątkowej poświęconej bohaterom historycznych wydarzeń z czasó wojny, w odległości nie przekraczającej jednego metra pyszniła się reklama bankomatu w towarzystwie zaproszenia do udziału i finansowego wsparcia geszefciarskiej imprezy roku. Szok wizualny to było eufemistyczne określenie.

Entry at your own risk - coś szeptało Matyldzie do ucha. Miał ochotę zawrócić się na pięcie i odjechać, ale powstrzymywała ją złożona wcześniej obietnica napisania relacji z konferencji.

Dalej było tylko gorzej - ściany upstrzone jarmarczną ofertą handlową, ogłoszenia, nalepki, karteluszki, zawiadomienia o wszystkim i nicyzm zajmowały znaczącą powierzchnię ścian całego Krajowego Centrum Chorób Niebylejakich.

Uczestnicy konferencji schodzili się powoli. Przed salą konferencyjną dyplomowana profesor chorób niebylejakich Euzebia Krochmal - Krochmalińska z umęczonym wyrazem twarzy opędzała się ze wszystkich sił od przybyłych na konferencję przedstawicieli mediów. Cierpienie nie tylko malowało się na obliczu Euzebii, ale emanowało z każdego gestu i kroku. Trudno było nie cierpieć przy mediach zadających niewygodne pytania.

- Ile czasu czeka pacjent na zabieg? - rzucił pytanie redaktor z audycji Wyżyny Medycyny.

- Musi czekać rok - odparła z dumą profesor Euzebia.

- A jeżeli coś... - próbował dociec redaktor sitkowy podtykający mikrofon Euzebii.

- Nie teraz! - prychnęła do sitka mikrofonu Euzebia z dumą, po czym z dostojeństwem przypisanym posiadanemu tytułowi profesora chorób niebylejakich oddaliła się krokiem defiladowym w kierunku grona zaufanych asystentów.

-Uff, nie mogłam się opędzić od tych pismaków i mikrofoniaków - jęknęła oczekujących na mowę powitalną pracowników KCCN.

Powitanie było krótkie, długa lista komplementów pod adresem jedynie właściwych osób, a obrady nudne. Matylda po raz kolejny przekonała się, że jej centralny układ nerwowy był totalnie niekompatybilny z krajową edycją nauk medycznych wszelakich, nijakich i niebylejakich.

ROZDZIAŁ 2. WSZYSTKO PROSZĘ DO KONTROLI

Zwiedziwszy wiele odległych zakątków świata Matylda Przekora postanowiła się wybrać do Małkini. Prawdę powiedziawszy nie bardzo do końca uświadamiała sobie po co tam powinna pojechać. Wiedziała jednak, że dopóki nie pojedzie to myśl odwiedzenia miasteczka leżącego w połowie drogi z Wielkiego Miasta do Rodzinnego Miasteczka nie opuści jej nawet przez chwilę. Kierunek podróży nie był w gruncie rzeczy najważniejszy, lecz nieusuwalne przekonanie, że musi tam właśnie pojechać.

Świadoma tej cechy swojej osobowości wsiadła do pociągu, którego wnętrze prawdę powiedziawszy wyglądało jak tramwaj kupiony za fundusze unijne. Może wagon pociągu był bardziej żółty, jednolicie żółty a przez to trochę przesadzony kolorystycznie. Bez trudu znalazła miejsce siedzące i spoglądała przez okno zastanawiając na ile zmieniły się mijane krajobrazy. Przede wszystkim było za dużo szyldów o najróżniejszej treści. Opony, samochody, oferty wakacyjne, pożyczki bankowe nachalnie domagały się aby zainteresować się nimi i to koniecznie, i to natychmiast.

Po około godzinie jazdy wszedł konduktor ze swoim tradycyjnym zawołaniem proszę bileciki do kontroli . Wszyscy sięgnęli do kieszeni, torebek i plecaków i posłusznie prezentowali bilety. Matylda sięgnęła po swoją ulubioną granatową torebkę i otworzyła zamek kieszeni w której zwykle trzymała portfel z dokumentami, pieniędzmi i kartami kredytowymi. Kieszeń torebki była pusta. Ktoś z niezwykłą wprawą pozbawił ją portfela z całą jego zawartością.

Zdenerwowała się potężnie do tego stopnia, że aż…. Aż się obudziła. Na ulubionym budziku podróżnym, kupionym przed laty na lotnisku w Zurichu była 5:30.

-Co za realistyczny sen! – pomyślała. Na wszelki wypadek sprawdziła wnętrze torebki. Ma szczęście wszystko było na swoim miejscu. Jednak realistyczność snu była tak męcząca, że postanowiła sprawdzić jego znaczenie. Wygoogle'owała hasło stracić portfel z pieniędzmi. Uff… interpretacja była całkiem sympatyczna. Podpiszesz w najbliższym okresie korzystny kontrakt – donosiły różne astrologiczne portale. Te przeciwstawne wizje finansowe – już to utraty portfela, już to podpisania korzystnego kontraktu na tyle ją rozbudziły, że postanowiła dopełnić porannego rytuału codziennych ablucji, parzenia dzbanka yeraba-mate, siekania dwóch miseczek sałatki owocowej i przeglądania porannej poczty elektronicznej.

W planie na dziś miała złożenie dokumentów potwierdzających ciągłość pracy w zawodzie wyuczonym za młodu i bezskutecznie porzucanym w myślach, słowach, ale nigdy tak po prawdzie w uczynkach. Nie miała odwagi odczepić ani młodzieńczych skrzydeł entuzjazmu ani co i raz doczepianych kul u nóg w latach dojrzałych.

Medycyna była jak wstydliwy odczyn serologiczny. Nie do pozbycia się! Pamiątka na całe życie jakiejś młodzieńczej decyzji emocjonalnej. Można by pisać „odczyn MED plus” – pomyślała.

Przed dziewiątą wyruszyła z domu. Czekały ją dziś dwa spotkania. Przystanek nieopodal domu o tej porze był nawet dość pusty. Spojrzała w kierunku nadjeżdżąjącegp z zamiarem odczytania numeru, ale uwagę jej odciągnęły chmury rozpościerające się na wiosennym niebie.

Chyba pierzaste – pomyślała zaciekawiona ich obrazem. Czternastka, która podjechała za chwilę była wewnątrz bardziej zapełniona niż przystanek. Na wszystkich siedzących miejscach politechniczna młodzież, kwaterująca w pobliskim akademiku, powalona buzującymi wiosennym hormonami czytała książki, przewijała strony w smartfonach, popijała energetyzujące drinki z puszek lub wodę z butelek. Biedacy sił mieli tyle, że ledwie byli w stanie trzymać w spracowanych dłoniach smartfony i dwoma palcami dotykać ekranów.

Wyczerpujące energetycznie zajęcie! A do tego czekała ich harówa na uczelni, trzeba więc było w pozycji siedzącej zebrać siły nadwątlone. Zwyczaj ustępowania miejsca ludziom starszym, kobietom, niemowlętom wydał się nie istnieć w tym świecie. Zamyśliła się nad tym co jeszcze nie tak dawno było nie do pomyślenia. Jestem chyba jakaś dziewiętnastowieczna! - pomyślała Matylda, nie przeczuwając nawet przez chwilę, jak silnie będzie niebawem spleciona z epoką.

Czternastka minęła park i zbliżała się do następnego przystanku. Melodyjny głos spikera podał jego nazwę: Najbliższa Izba Kontroli. Matylda dałaby uciąć sobie to i owo, że przystanek tak właśnie, a nie inaczej, się nazywał. Najbliższa i już!

Wyczerpana wiosną młodzież politechniczna poderwała się na następnym przystanku i powłócząc butami z niezawiązanymi sznurowadłami powlokła się na zajęcia. Dalsza trasa czternastki była prawie tak samo ciekawa jak przejazd kolejką z Atlanty do Buckhead, czyli ogólnie nudne widoki z ciekawostkami co jakiś czas. W okolicach metra mignął szyld z napisem medycyna nowoczesna. A co to za odmiana medycyny? – zastanowiła się Matylda. Pewnie się na takiej nie znam. Mam same staromodne obyczaje – badanie pacjenta, nieuleganie sugestiom, że bez wygooglowanego antybiotyku to delikwent nie stanie na nogi i parę innych równie nieciekawych obyczajów.

Dalsza trasa tramwaju była równie ciekawz i w starym stylu. Bar Prasowy – istniej od 1954 roku – donosił szyld. Fajna nazwa! – pomyślała. Można by organizować w nim konferencję prasowe. W końcu w szeratonach i hiltonach wszyscy dziennikarze już byli po wielekroć.

Dojechała do budynku niegdysiejszego kina, kilka kroków spaceru i była w swojej Najbliższej Izbie Kontroli (NOK). Miała uzupełnić dokumenty bowiem utrzymanie aktywnego Prawa Realizowania Powołania (PRK) wymagało dowożenia co i raz do izby dokumentów potwierdzających ciągłość pracy.

***

Choć powołanie uważała za łaskę Ducha Świętego – jak objaśnił jej to przed kilkoma dziesięcioleciami jej pacjent ksiądz, dr prawa kanonicznego – i realizowanie tego powołania za sprawę między nią a Duchem Świętym, ale komisją miała diametralnie inne zdanie. Ani Duch Święty ani ona sama nie mieli nic do gadania.

W Najbliższej Izbie Kontroli wnikliwie i analitycznie przejrzano wszystkie dostarczone dokumenty. Żaden ich szczegół nie uszedł uwadze absolwentki europeistytki, a może kulturoznawstwa - któż to mógł odgadnąć jak wysokie kompetencje miała osoba wyznaczona do analizy lekarskich dokumentów !

-No tak, no tak... pracuje pani na umowę zlecenie... - wyszeptała jakby w zamyśleniu. - A coś jeszcze pani robi? - dodała nieco powątpiewającym tonem.

-Piszę artykuły, niekiedy prowadzę wykłady... - wyznała Matylda spuszczając nieco ku dołowi oczy, z dobrze odgrywaną skromnością starszej pani.

-Taaak, a ma pani wykaz tych wykładów? - europeistka była bezwzględna w ustalaniu każdego szczegółu.

-Proszę oto wykaz wykładów z ostatnich 5 lat. Jest ich około trzydziestu -Matylda podała kolejny dokument.

-Czy mogę go dołączyć do pani dossier zawodowego?

-Ależ oczywiście! - z entuzjazmem odpowiedziała Matylda.

- Jeszcze zostały nam artykuły do udokumentowania - powiedziała z resztką nadziei w głosie, perfekcyjna, korporacyjna pani urzędniczka.

-Proszę kliknąć na link na moje stronie internetowej.

-Ma pani swoją stronę internetową??? O...to ciekawe - perfekcyjny spokój zadrżał w posadach.

-Tak, mam już od dawna - odpowiedziała Matylad i z wystudiowaną skromnością spuściła wzrok.

-Proszę kliknąć na spis moich artykułów naukowych - dodała.

-Czy mogę sobie wydrukować i dołączyć do pozostałych dokumentów? -zapytała przedstawicielka kontrolera realizowania boskiego daru powołania.

-Ależ oczywiście!

Maszyneria zaszumiała swym wnętrzem i ruszyła do drukowania. Kolejne strony wyskakiwały z tajemniczych czeluści i miękko lądowały w zagłębieniu na przodzie.

-Ile tych stron wydrukowało się? - zapytała Matylda z miną godną panny Marple.

-Zaraz sprawdzę... trzydzieści siedem - jęknęła pani korporacja.

***

Czas płynął i nadeszły kolejne urodziny Matydy. Z tej okazji postanowiła wydać okolicznościowe przyjęcie. Najmodniej było wydać przyjęcie w internecie. Każdy hula za swoje i nie trzeba zmywać talerzy po pożegnaniu gości - było to zgodne z wyznawaną ostatnio przez Matyldę i Francisca filozofią życiową: wszystkiego za pieniądze nie kupisz!

Nie ma więc co za nimi gonić do utraty tchu, bo jeszcze człowiek zapomni za czym goni i przy kasie stanie zasapany i zagubiony życiowo.

Część zaproszonych na okolicznościowe przyjęcie urodzinowe gości pochodziła ze słynnego międzynarodowego portalu dla lekarzy www.docdiscussions.com, którego Matylda była od niedawna aktywnym członkiem. Po wielu latach pobytu na krajowym portalu lekarskim odczuwała potrzebę zmian i innych bodźców. Portal www.docdiscussions.com odtworzył właśnie swe podwoje dla członków z nowych krajów, skorzystała więc z okazji i dokonała e-emigracji.

-Eeee...., co to za emigracja, tylko w internecie - komentowali niektórzy marudni koledzy. - Poczekajcie na dalszy rozwój wydarzeń - tajemniczo odpowiadała Matylda.

Jak przystało na przyjęcie wydawane na forum dyskusyjnym Matylda przygotowała wykład inauguracyjny przedstawiający nowym kolegom zagadnienia medyczne związane z upływem czasu.

Tytuł wykładu brzmiał „Przewodnik po upływie czasu oparty na osobiście znanych faktach”

Swe wystąpienie rozpoczęła od wyznania: zbliżają się moje urodziny. Ile mam lat? Optymistyczna wersja przedstawiona w postaci równania matematycznego wygląda następująco:

WIEK= 2 x 35 + 2

Prawda, że wygląda sympatycznie tak zapisane równanie? Ale formalna, tradycyjna odpowiedź brzmiąca - mam 72 lata nie wygląd już tak wesoło.

Ponieważ nie mam skłonności do zmarszczek i udało mi się zachować prawidłową sylwetkę, zwykle nowo poznani interlokutorzy dają mi mniej lat niż w istocie posiadam. Jak ty to robisz, że wyglądasz jak wyglądasz - pytają się.

Zwykle odpowiadam: dzieje się tak pewnie dlatego, że mam męża młodszego ode mnie o 5 lat.

- Aaaaa, wszystko jasne - odpowiadają i uśmiechają się szeroko.

Ostatnio "dano" mi 58 lat. Brzmi sympatycznie, ale czas płynie...

Zauważyłam, że w życiu kobiety czas odmierzają nieparzyste dekady: 30, 50, 70...

Każda następna dekada ma swoje charakterystyczne objawy:

30 plus: masz dodatni test ołówka; jak się wykonuje ten test? wkładasz ołówek pod biust i jeżeli pozostaje on na swoim miejscu, test jest dodatni

50plus: miesiączki śpiewają ci goodbye my love, goodbye

https://www.youtube.com/watch?...

70plus: twój osobisty okulista komunikuje ci: Mimax2 masz początki zaćmy...

90 plus: napiszę wam o tym za 18 lat ;) Obiecuję!

Rozległy się burzliwe e-oklaski i nie mniej burzliwa e-dyskusja. Starsza pani w roli głównej okazała się być interesującym tematem, zarówno dla pań, jak i panów.

***

Również w Wielkim Mieście, jak to bywa na przełomie roku, nie brakowało uroczystych wydawrzeń. Kapituła Orderów dla Maruderów Medycyny, dokonała dorocznego przydzielenia ozdób klatki piersiowej przeznaczonych dla najbardziej zasłużonych w deformowaniu ochrony zdrowia. Laureaci, publiczność, wielebni sponsorzy oraz zaufana kapituła rozdzielająća ozdoby klatki piersiowej zebrała się jak zawsze pod koniec roku w słynnych salonach restauracji Pod Dyszkantem.

Wybór lokalu gastronomicznego nie był przypadkowy. Od pewnego czasu niektórzy reprezentanci rynku mediowego istotnie cienko śpiewali, a jeszcze cieniej przędli. Wiatry historii nie wieją tylko w jednym kierunku albo zwykła sinusoida życia - zauważyła Matylda w rozmowie z kimś zmiecionym przez wiatr przemian dziejowych.

Uroczystość przebiegła według tego samego scenariusza. Przypięto te same ordery do tych samych piersi, których właściciele cierpieli na nieuleczalny syndrom radzieckiego generała. Niektórym brakowało przestrzeni do przypinania ozdób na bohaterskich klatkach piersiowych.

Instytut Transplantacji Demokracji pracował na koncepcją trzeciej piersi dla najbardziej zasłużonych. Nie mogło przecież tak się zdarzyć, że zabraknie miejsca do przypinania orderów dla dam i kawalerów kapituł wszelkich i nie byle jakich!

Po dekoracji zasłużonych biżuterią biznesową, zaproszono gości na biesiadę. Matyldzie przyszło siedzieć wśród mediowej młodzieży, która nie zostawiwszy nawyku zadawania pytań w pracy, kontynuowała swe powołanie odpytywania innych ludzi podczas branżowego spotkania.

-Dlaczego rzuciłaś medycynę? Jaką miałaś specjalizację? Co robisz w mediach? - z kilku stron padały pod adresem Matyldy kolejne pytania.

-Nie rzuciłam medycyny, mam nadal aktywne PWZ, oraz specjalizację z chorób wszelakich. W mediach realizuję tzw. drugą karierę - odpowiedziała w krótkich żołnierskich słowach zaciekawionym współkonsumentom.

Wybór specjalizacji zawsze był poważnym wyzwaniem dla lekarza. Ludzie głowili się tą decyzją tygodniami i miesiącami, nie zawsze wybierając właściwie.

Po latach Matylda odkryła, że zastosowanie może mieć test talerza. Pierwsze obserwacje w tym kierunku poczyniła jeszcze w czasach studenckich podczas obiadów zjadanych w stołówce.

-Jeżeli twój talerza po skończeniu konsumpcji jakiegokolwiek drobiu wgląda jak powyższa fotka, możesz śmiało wybierać specjalność zabiegową. Dodatkowo jeśli szydełkujesz, malujesz, dziergasz na drutach, wybór specjalności zabiegowej będzie trafiony - opowiadała sąsiadce przy stole biesiadnym.

-Jeżeli zaś twój talerz ma rozwleczone drobiowe kości na pół hektara, kieruj się ku chorobom wszelkim - oznajmiła. Teraz chyba rozumiesz dlaczego wybrałam moją specjalizację. Z talentów manualnych posiadam tylko zdolność stukania w klawiaturę komputera, która jest pochodną wcześniejszej umiejętności stukania palcem w palec, podstawowej metody diagnostycznej w chorobach wszelakich w minionych latach. Była to tanie, dostępne od ręki, bardzo wydajne postępowanie diagnostyczne. Nie trzeba było oczekiwać miesiącami na opukanie, no i na diagnozę. No ale przyszło nowe i wmówiło wszystkim, że tylko rezonans zlikwiduje dysonans, rozpoznawczy oczywiście - dorzuciła Matylda. Czuła się w tym młodym towarzystwie niczym dinozaur będący ciągle żywym dowodem ewolucji w przyrodzie.

***

Tymczasem Francis powrócił z kolejne misji organizacji Dziadkowie bez Granic pełnionej na zachodnich rubieżach kontynentu. Taki los! Jednych rzuca do Afryki, innych w rejon pasma Hindukuszu, a jeszcze innych na rubieże zachodnie Europy. Każdy by chciał być wolontariuszem w Paryżu! Co więcej niektórzy próbowali przekuć takie chęci w czyny.

Posiadanie linijki w CV z napisem wolontariat na rzecz jakiejś zacnej organizacji lub inicjatywy było niezbędnym wymogiem w nigdy nie nasyconym świecie biznesu. Nachapany, acz bystry biznes w pewnym momencie zauważył, że świat się nim nie zachwyca. Miał wszystko, ale okazało się że wszystko nie oznacza także zachwytu innych ludzi.

Zamówiono więc pilna kurację wizerunku i kreatorzy sztucznej rzeczywistości wymyślili, że pomocnym w naprawie nadwątlonego wizerunku Big Biznesu będzie wolontariat. Wszyscy szanowali wolontariuszy spieszących z pomocą poszkodowanym przez wojny, pensjonariuszom hospicjów czy ofiarom klęsk żywiołowych. Powinni więc zachwycić się już po przeczytaniu słowa wolontariat na rzecz seniorów to już gwarantowany maksymalny zachwyt.

- A więc to nie będzie wizyta w hospicjum lub w szpitalu? - dopytywała Matylda podczas konferencji prasowej.

- To też będzie praca na rzecz seniorów - ćwierkały agentki.

- Jaka praca, proszę o bliższe dane - dociekała Matylda. Warto było dopytywać!

W zaciszu gabinetów wymyślono, że wrażliwy na swój wizerunek Big Biznes nauczy seniorów... budowania drzewa genealogicznego i układania fotografii w gąszczu wspomnień.

-To zagrabianie idei wolontariatu - orzekła Matylda, burząc spokój wiecznie zadowolonej z siebie kreatorek wizerunku.

-No ale nie każdemu los podaruje wolontariat na rzecz naprawdę potrzebujących - podsumowała Matylda.

***

Tak to już w świecie było, że nie wszyscy zachwycali się staraniami innych ludzi. Francis po powrocie zastał dom i pomieszczenia redakcyjne Modnych Diagnoz w strasznym stanie.

Nic w domu ani w jakimkolwiek tekście napisanym w międzyczasie przez Matyldę nie stało tam gdzie powinno stać! Redakcyjną rezydencję ogarnął huragan zmian. Matylda bohatersko broniła dostępu do wiedzy o lokalizacji swojej szczoteczki do zębów, kluczy do domu oraz dolnych partii bielizny osobistej. Telefonowanie do męża na rubieże kontynentu z pytaniem gdzie zostały zdeponowane jej dessous'y uważała za wykluczone. O takie detale jak lokalizacja tekstu w komputerze, książki na regale czy butów w szafie mogła pytać. Ba! ciągle musiała pytać. W tym domu źródło porządku stanowionego było tylko jedno! Z czasem zrezygnowała się i pytała o lokalizację większości rzeczy.

Właśni wróciła z przedświątecznego spotkania, zamieniła wyjściowe okulary na domowe i chciała zdeponować cenną optykę w firmowym pudełeczku. Zwykle leżało ono przy komputerze na biurku.

Jak się dowiedziała lokalizacja ta tylko pozornie była logiczna!

-Przeszkadzały przy odkurzaniu, więc je przełożyłem - odparł z godnością Perfekcyjny Pan Domu. Choć Matylda miała wzrok certyfikowany przez swojego Osobistego Okulistę, niedawnym badaniem kontrolnym, odnalezienie okularów nie było zadaniem prostym.

ROZDZIAŁ 3. CZY WARTO WYCHODZIC Z INTERNETU?

Od pewnego czasu, datowanego masową dostępnością wszelkich elektronicznych urządzeń mobilnych, znaczna część ludzkości dokładała poważnych starań aby udowodnić, że można żyć samym Internetem. Jednak wcześniej czy później okazywało się, że trzeba wyjść z internetu i oddać się różnym czynnościom poczynają od tak prozaicznych, acz bezwzględnie koniecznych, jak zresetowanie pęcherza moczowego, po bardziej wyrafinowane potrzeby jak na przykład wydanie urodzinowego przyjęcia.

-W którym lokalu urządzić urodzinowe przyjęcie? - oto jest pytanie przed którym stanęła Matylda. Nowa rola zawodowa sugerowała wybór lokalu związanego z mediami.

Jednak wizja lokalna wytypowanej placówki gastronomicznej nie wypadła pomyślnie. Kompatybilna z oczekiwaniami była tylko nazwa. Wprawdzie malowniczy konsumenci w kamizelkach odblaskowych z napisem budowa na plecach mogli być interesującymi interlokutorami, ale Matylda nie zdecydowała się na sprawdzenie tej hipotezy w realu.

Co i raz rozlegające się okrzyki barowej klasyki - leniwe, pierogi, proszę odebrać !!! także nie skłaniały ku wyborowi pierwotnie wytypowanego lokalu na miejsce urodzinowego przyjęcia.

STOP tym pomysłom - powiedziała sobie Matylda.

Wizja lokalna kilku następnych, potencjalnych placówek gastronomicznych trwała dość długo i zakończyła się dopiero późnym wieczorem.

Na podwórku rozbłysły już światła choinki. Uroczysty nastrój świąt nadciągał z każdej strony. Ostatecznie zdecydowała się na nową, azjatycką edycję niegdysiejszego baru z pierogami, obecnie po raz kolejny przemianowanego i przemeblowanego. Tym razem nazwa nawiązywała do Korei, odwiedzonej przez Matyldę przed kilku laty.

Party urodzinowe w realu miało się rozpocząć w samo południe. Lista gości z uwagi na obowiązującą Ustawę o ochronie danych osobowych, nie jest niemożliwa do podania do publicznej wiadomości. Czytelnicy muszą więc poprzestać na snuciu domysłów na ten temat.

Na pierwsze danie podano zupę z koreańskimi różnościami. Smakowała wszystkim gościom!

Zbliżające się święta skłoniły Matyldę, słynną producentkę pierogów, do przetestowania ich międzynarodowej wersji - smakowały! Czy miało to oznaczać, że odstąpi od corocznej tradycji lepienia domowych wyrobów??? Nie była pewna... to się mogło zdarzyć... W końcu upadały dużo większe tradycje.

Elegancki nastrój przyjęcia podkreślała czerwona róża otrzymana przez solenizantkę, nawiązująca do do motywu ulubionej powieści Matyldy.

***

Grudniowe dni były coraz krótsze. Już od wczesnego popołudnia na podwórku rozbłyskały światła choinki. Podwórko wyglądało wieczorem niczym odlotowa kraina. Ta sama choinka za dnia była jednym z wielu drzewek jakich każde miasto było pełne o tej porze roku.

Tymczasem na www.docdiscussions.com dyskusja pod urodzinowym postem Matyldy rozwijała się burzliwie i nieoczekiwanie skręciła na temat nieco inny niż pierwotnie planowała to jego założycielka.

Czy kobieta w pewnym wieku ma jeszcze potrzeby seksualne? - zapytał pewien członek na forum płci innej niż żeńska. No bo faceci to wiadomo...ale żeby babcie, staruszki, starsze panie, babuleńki - jak byśmy je nie nazwali - interesowały się seksem to mu się nie mieści w głowie.

Matylda po chwili zastanowienia oznajmiła na forum, że według jej medycznej wiedzy seks jest taką samą funkcją życiową jak oddychanie, krążenie, trawienie i każdy człowiek na ten sam komplet owych funkcji na wyposażeniu.

Dyskusja o seksie seniorek trwała i przybierała coraz ciekawsze treści. Matylda z swoim klasycznym wykształceniem medycznym i poglądami będącymi pochodną miejsca urodzenia, wschodnich rubieży kraju czuła, że wskoczyła w nienoszone do tej pory buty o wyglądzie czerwonych szpileczek, podobno seksownych dla niektórych pań i panów.

Jako rzetelna profesjonalistka aby sprostać wymogom dyskusji pobierała w przyspieszonym trybie nauki o seksuologii kobiet w wieku dojrzałym przerzucając naukowy internet. Zaskoczona odkrywała, że wiele prac było stronniczych, a badacze uprzedzeni do przedmiotu badań i grupy badanej.

Badania projektowali młodzi mężczyźni, którzy nie rozumieli problematyki w należytym stopniu lub starsi panowie, którzy nie mogąc zbyt wiele działać w rzeczonym temacie projektowali badania pod kątem “ja nie mogę to i mojej starej się pewnie nie chce..”

Matylda zgłębiała temat z dokładnością do wielu miejsc po przecinku… w jednej z prac odnalazła wyznania pań z dodatnią serologią, które bezpruderyjnie oznajmiały w pogłębionych wywiadach, że z wiekiem seks lubią coraz bardziej

- Ciekawe komu przekazują ten serologiczny znak miłości – pomyślała Matylda.

Odpowiedzi póki co nie znała, ale mając duszę badacza postanowiła rozpracowywać temat dalej. Kilka odbytych rozmów upewniły ją w dużym zainteresowaniu nie tylko grupy badanej, ale także osób z innych przedziałów wiekowych . Cóż robi rasowy badacz w takiej chwili?

Wyrusza na egzotyczny, do tej pory nieznany ląd i bada intrygujące plemię i jego seksualne obyczaje. Matylda czuła się niczym słynny prekursor tematyki dzikich plemion. Czy oznaczało to, że powinna zapakować liczne skrzynie z puszkami plastrów bekonu, świeżych śledzi, mięsa krabów, gulaszu irlandzkiego, rosołu z kurczaka, potrawki z zająca, ikry z dorsza, sera szwajcarskiego, sardynek, ostryg, kakao, francuskiej musztardy??? Nie powinna zapomnieć o paru tysiącach różnych pigułek, nie wspominając o dywanie, ściennym zegarze, łóżku, kocach, pościeli, brezentowej wannie i umywalce, stolikach, krzesłach, lampie, namiocie i parasolu od słońca.

Aparat fotograficzny, kompatybilny nazwą do przedmiotu badań, był oczywistym wyposażeniem, ale już nie była pewna czy nabijane ćwiekami kolonialne buty z cholewami też powinny być w zestawie niezbędnego wyposażenia, czy może jednak czerwone szpileczki! ;).

Odpowiednia liczba notesów z kremowego papieru była oczywistym uzupełnieniem wyposażenia badacza na dzikim lądzie.

Oczywistym było, że badacz musiał mieć w czym zapisywać swoje spostrzeżenia. Nie w każdych warunkach badawczych miał przecież dostęp do komputera i internetu.

ROZDZIAŁ 4. ŻYCIE MEDIOWE

Matylda kochała media miłością różnoraką, a one odwzajemniały to uczucie. Dzień wcześniej późnym wieczorem nadszedł sms: ratuj, konieczny komentator medyczny w porannej audycji - pisał znajomy producent programów telewizyjnych. Cóż trzeba było ratować będących w potrzebie! - taki fach. Nie jest ważne czy ratować cierpiących fizycznie, czy cierpiących z powodu stresów związanych z wykonywaną profesją.

Media miały swoje specyficzne spostrzeganie świata. Była to inna odmiana realności. Z drugiej strony życie szpitalne czy poradniane też nie do końca odzwierciedlały realny świat, a może było ich więcej niż jeden - pomyślała Matylda przyglądając się sporej grupce pracowników nowej stacji telewizyjnej, położonej na peryferiach miasta zgodnie z trendami geografii korporacyjnej..

Nikt spośród co najmniej dwudziestu uwijających się pracowników na oko nie miał więcej niż 35 lat. Matylda czuła się niczym dinozaur wykopany z przeszłości i wrzucony w środek świata, w którym wszyscy są wszyscy nieprzemijająco młodzi, piękni i najpewniej bogaci. Gdy ma się wszystko sławę, pieniądze, media, harem młodych podległych pracowników czasem okazuje się, że potrzebny jest jakiś dinozaur ze swoją zamierzchłą wiedzą. Najlepiej, żeby był to osobnik nie przykuty kajdanami do gabinetu lekarskiego w celu realizowania boskiego daru powołania do medycyny, mogący potwierdzić przybycie do studia dowolnego dnia, o dowolnej godzinie, po zapytaniu wysłanym kilka godzin wcześniej.

-Gdzie są starsi ludzie w tej stacji? - zastanawiała się omiatając wzrokiem nieskazitelnie młodą korporacyjną przestrzeń.

-Pewnie pozrzucali ich ze skał i biedacy potonęli - pomyślała Matylda.

Mogła od rana biegać po studiach telewizyjnych, konferencjach prasowych, rozdaniach nagród bez wyrzutów sumienia, że nie ratuje ginącej ludzkości. Po latach wahań w rytm kroków tanga - dwa do przodu i jeden do tyłu - wewnętrznie czuła się zwolniona z ratowania wszystkich.

Inną filozofię wyznawali laureaci zbliżającej się gali Maruderzy Medycyny. Uważali, że wszyscy absolwenci pewnej przemianowanej, a więc nie istniejącej uczelni powinni ratować ginącą od przejedzenia i znieruchomienia ludzkość, a oni swym spracowanym palcem wskażą kto, kogo i kiedy. Takie wskazywanie wyczerpywało człowieka emocjonalnie i trzeba było odsapną nieco na jakieś gali, w eleganckiej sali.

***

Tramwaj numer czternaście był interesującym miejscem obserwacji socjologicznych nad różnicą obyczajową The Baby Boomers Generation posługujących się telefonami tradycyjnym, z czasem zwykłymi komórkami, a The Smartphon Union Generation nie uznających innych urządzeń niż te, które nie pochłaniały więcej energii niż ta która była potrzebna do wykonania one touch .

Przedstawiciele The Baby Boomers Generation porastali mchem, a The Smartphon Union Generation nie zwracała uwagi na takie detale jak to co na nich rośnie. Mógł przejechać po nich czołg z czterema pancernymi i psem, a zjednoczeni z urządzeniem i tak tego by nie zauważyli.

Najbardziej potrzebną częścią ciała do funkcjonowania nie był mózg z ośrodkiem krążenia i oddychania lecz dwa kciuki. Obolałe od ciągłego smyrgania po coraz większych ekranach rozrastały się. Powstawały nowe zespoły chorobowe jak przerost kciuków obustronny czy zespół wzroku nieoderwanego od smartfonu. W Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD przydzielono wspomnianym zespołom specjalne numery.

Przerost kciuków obustronny otrzymał numer S.65.5

Natomiast zespół wzroku nieoderwanego od smartfonu miał numer H44.10

Wystąpienie obu zespołów chorobowych zakwalifikowano jako inwalidztwo pierwszej grupy i automatycznie zwalniało posiadacza takiego orzeczenia z męczącego obowiązku chodzenia do pracy.

ROZDZIAŁ 5. NIEOKIEŁZNANA PASJA

Czasy, w których powrót do zdrowia był najważniejszym celem w procesie diagnostyczno-terapeutycznym, zarówno dla lekarza, jak i pacjenta, minęły bezpowrotnie.

Takie podejście stało się zbyt staromodne w świecie, w którym z każdej ludzkiej aktywności trzeba mieć satysfakcję. O to uczucie łatwiej, gdy ktoś z nami ramię w ramię pokonuje życiowe meandry zarówno w zdrowiu, jak i w chorobie. Ze zdrowym, ładnym i bogatym każdy się chętnie zada, a z chorym, biednym i niezbyt urodziwym już niekoniecznie. Trzeba więc było przydzielić emocjonalnego towarzysza każdemu, kto uzyskał dumny tytuł świadczeniobiorcy. Towarzysz taki powinien współuczestniczyć w każdym odczuciu świadczeniobiorcy, jakie zaatakowało jego wrażliwy organizm, czyli okazywać empatię. Termin nienowy, ale nie wszystkim znany, dla wielu świadczeniobiorców pierwszy raz zasłyszany.

– Ęęę, co? – pytali.

– Empatia – odpowiadali kreatorzy pomysłu.

– Ęęę, jak? – dopytywali absolwenci bezstresowych kursów ortografii na wszystkich poziomach nauczania. – Aaa... już wiem, ępatia – dodawali po wpisaniu tego, co usłyszeli, do wyszukiwarki smartfonu. I tak już zostało. Świadczeniodawcy też nie byli zbyt zorientowani w temacie. Konieczne było więc opracowanie wskazówek, jak ępatię rozbudzać w sobie oraz jak okazywać ją uprawnionym i spragnionym świadczeniobiorcom. Powołano odpowiednie gremia naukowe oraz wydawnicze i po pół roku dokument był gotowy. Na uroczystej konferencji prasowej zaprezentowano jego ostateczną wersję.

Komitet ds. Poprawności Językowej zarządził pisanie wielką literą słowa Ępatia, była bowiem ona zbyt ważna w procesie konsumowania usług medycznych, żeby pozwolić na pisanie małą literką „e”. Ponadto staromodna pisownia „empatia” sprawiała zbyt wiele trudności świadczeniobiorcom.

Wytyczne Narodowego Brata Płatnika (NBP) dotyczące kontraktowania świadczeń medycznych połączonych z Ępatią spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem Wiecznych Podopiecznych. Na kolejnej naradzie Departamentu Wyłącznie Dobrych Decyzji w Ministerstwie Wszystkich Pacjentów postanowiono więc kontraktować usługi tylko u tych świadczeniodawców, którzy mieli odpowiednie rezerwy Ępatii.

W dobie obowiązywania medycyny opartej na faktach konieczne stało się rzetelne podejście do tematu gwarantujące sprawność i jakość świadczeń. W tym celu opracowano smartfonową aplikację do fMRI, zwaną Wykrywacz Ępatii, służącą do skanowania przyśrodkowej kory przedczołowej (MPFC) oraz obliczenia aktywności części grzbietowej (dMPFC) i brzusznej (vMPFC). Aplikacja umożliwiała uzyskanie wiarygodnego wyniku z odległości 1,5 m. Od tej pory każdy konsument usług medycznych po wejściu do gabinetu świadczeniodawcy mógł skierować nań swój smartfon i od razu wiedział, z kim ma do czynienia.

Grzbietowa część kory była aktywna, gdy świadczeniodawca spieszył z pomocą innym ludziom nie bacząc na okoliczności, brzuszna – gdy egoistycznie skupiał się na sobie, na przykład udając się do WC w trakcie godzin niesienia pomocy świadczeniobiorcom, zamiast zaopatrzyć się w wysoko wydajnego pampersa.

Nie otake Ępatie walczyły szeregi polityków pod wodzą dr Evy Odrana-Zatroskanej i dr. Bartolomeo Karierra-Nieuwierra, żeby świadczeniobiorcom było pod górkę!

Dr Odrana niosła pomoc na własnym grzbiecie tak wytrwale, asz sama się dorobiła kłopotów ze zdrowiem podczas nieszczęśliwego upadku ze skały w Bipazie. Wielotygodniowa kuracja w Unii Stanów Autonomicznych przyniosła pewną poprawę, Eva odzyskała mowę i przetransportowano ją do Sarmalandii. Nad transportem do ojczyzny czuwał dr Bartolomeo.

Wiadomo było, że bez senatorium nie szło dojść do zdrowia. Zapisała się więc do swojego dr Roślinnego po skierowanie, ponieważ jej własna pieczątka gdzieś się wkręciła podczas przeprowadzki do Ministerstwa Wszystkich Pacjentów. Już po tygodniu oczekiwania na termin wizyty i trzech godzinach wysiadywania na krzesełku pod gabinetem znalazła się przed obliczem Władcy Pieczątki.

– Pan podbije skierowanie, bo się przedźwigłam, niosąc pomoc – zagaiła bez zbędnych wstępów.

– Ale może ja… – nieśmiało wtrącił dr Roślinny.

– Tak, może pan, a nawet musi. Nie po to wykształciliśmy was za nasze piniądze, żebyście tylko mogli, ale też po to, żebyście musieli – po czym nieoczekiwanie podniosła swój smartfon na wysokość czoła dr. Roślinnego. – Stwierdzam, że ma pan za mały wskaźnik dMPFC/vMPFC. Wobec waszego karygodnego zachowania oraz skandalicznego wyniku badania za pomocą Wykrywacza Ępatii napiszę skargę do Narodowego Brata Płatnika, żeby skierował was na Kurs Re-Ępatyzcji (KRĘ). Podczas tych wyjazdów z Big Pharmą na Hawaje i inne kraje w głowach (oraz innych częściach ciała, których tu nie wymienię ze względu na szacunek dla czytających te słowa) się wam poprzewracało i mamy teraz kłopoty.

– Jakie kłopoty pani ministra ma na myśli? – nieśmiało wyszeptał dr Roślinny i poczuł narastającą suchość śluzówek jamy ustnej i innych części ciała, których autorka także nie wymieni ze względu na szacunek dla czytających te słowa.

– Jak to jakie? Chyba ze trzy minuty zastanawialiście się, czy mi podbić skierowanie do senatorium! – oznajmiła dr Eva.

– Ależ pani ministro, wielce czcigodna siostro w Hipokratesie... – wyszeptał drżącymi wargami dr Roślinny.

– Komu siostra, temu siostra, a wam Ekscelencja Chlebodawca – tonem nieznoszącym sprzeciwu oznajmiła dr Odrana-Zatroskana.

– Taaak jest! – wykrzyknął dr Roślinny i trzasnął obcasami, aż skry poszły po całym gabinecie...

– Naruszacie bezpieczeństwo przeciwpożarowe tym trzaskaniem obcasami i... – zanim Eva dokończyła zdanie, z wyciem syren pod przychodnię podjechały trzy zastępy strażaków.

Brygadier straży pożarnej i dwaj komandosi wpadli do gabinetu Roślinnego, zapięli jego przeguby w akcesoria o kształcie koła z zatrzaskiem i powalili na podłogę chwasta zaśmiecającego wzorowy system stworzony przez NBP.

– Dzwońmy do stacji telewizyjnej To Nie Ten (TNT) po redaktora Maczugina – rzucił brygadier do komandosów.

Tajes, szefie – wyrecytowali komandosi i podali smartfon szefowi.

– Siema, dajcie do telefonu Jewgienija Siergiejewicza Maczugina – polecił brygadier.

– Maczugin melduje się na rozkaz – melodyjnie zapodał do telefonu Jewigienij.

– Przyjeżdżaj, jest robota. Jeden taki Władca Pieczątki chciał podpalić przychodnię.

– Jadę na sygnale i zaraz mu dowalę – radośnie zrymował do słuchawki Maczugin i wskoczył do wozu transmisyjnego. – Zasuwaj na sygnale – rzucił do kierowcy – tu chodzi o ludzkie życie!

Służbowa limuzyna popędziła przez miasto z misją ratowania zdrowia i życia. Nie było nic do ukrycia.

Świadczeniodawcy zorientowawszy się w nowych zasadach zaczęli ukrywać Ępatię mimo zakontraktowania usług. Takim karygodnym zachowaniom przeciwdziałały specjalne Brygady Poszukiwaczy Ukrytych Rezerw Ępatii. Dzięki tym oddanym pracownikom uwolniono takie rezerwy, że żaden świadczeniobiorca nie powinien być pozbawiony tego, co mu się należy i kropka! Wykrytą przez Brygady Poszukiwaczy, nielegalnie przechowywaną przez świadczeniodawców Ępatię ewidencjonowano i lokowano w specjalnych koncentratorach przy każdej placówce ochrony zdrowia. Jeżeli jakiś świadczeniobiorca czuł się niedoępatiowany w czasie wizyty u Roślinnego, to mógł sobie pobrać z koncentratora odpowiednią dawkę i nawet zabrać na zapas do domu. Lokalizacja taka gwarantowała też szybki i niekłopotliwy dostęp do należnego świadczenia tym, którzy mieli już diagnozę ustaloną samodzielnie w internecie, a potrzebowali tylko Ępatii. Mogli oni bez zbędnego udawania się do Władcy Pieczątki samodzielnie pobrać dawkę.

Ępatię pobraną z koncentratora należało przechowywać w lodówce, w temperaturze +4oC. Gwarantowało to jej odpowiednie wchłanianie do organizmu ępatiobiorcy. Jeżeli doszło do przypadkowego rozmrożenia Ępatii uprzednio zamrożonej, panaceum nie nadawało się do użycia.

Jeżeli ktoś nie zetknął się z Ępatią osobiście, przytaczamy rysunek edukacyjny – oto ona w całej krasie! Na ścianach wszystkich placówek medycznych w kraju zawieszono plakaty edukacyjne z objaśnieniami. Cztery łapki służą do czułego obejmowania ępatiobiorcy z każdej strony – gdy stanie frontem do Ępatii, przytulą go łapki przednie, a gdy tyłem, usługę tulenia w bólu wykonają łapki tylne. Cztery odnóża dolne służą do szybkiego przybiegnięcia Ępatii do odbiorcy usługi.

Świadczeniodawcom, którzy byli oporni w dzieleniu się Ępatią z będącymi w potrzebie świadczeniobiorcami, powtarzano co godzinę hasło „Jesteś brzydki, wejdź do skrytki”. Hasło powtarzano tak długo, aż każdy świadczeniodawca się zresocjalizował i na należytym poziomie dzielił się Ępatią z będącymi w potrzebie. Wobec szczególnie zatwardziałych przypadków stosowano metody biologicznego tropienia ukrywanej przez świadczeniobiorców Ępatii. Wyszkolone brygady poszukiwaczy patrolowały placówki medyczne.

Zdarzały się oczywiście przypadki skrajnie oporne na wszystkie standardowe metody wykrywania rezerw, ewidencjonowania i magazynowania Ępatii i konieczne było skierowanie takich wrednych świadczeniodawców do ośrodków odosobnienia na kursy resocjalizacyjne. Jednymi z pierwszych z przychodni dr. Roślinnego poddanych zabiegom resocjalizacji były niejakie Marchewki, dwie rezydentki bliźniaczki. Każda z nich utrzymywała uporczywie bomisie też coś od życia należy, moja Ępatia jest najmojsza i różne takie dyrdymałki wygadywały. Pobyt resocjalizacyjny rezydentek przeciągał się.

Na mieście pojawiły się murale domagające się uwolnienia Marchewek.

Program Ępatia(+), wiodący w nurcie napraw, wymyślony przez doradców dr. Bartolomeo Karierra-Nieuwierra, znalazł się w zagrożeniu...

Mimo oddanych Brygad Poszukiwaczy, koncentratorów Ępatii przed przychodniami wszystkich dr. Roślinnych i innych celnych zabiegów sprawy nie miały się tak, jak oczekiwano. Niezadowolenie w świadczeniobiorcach narastało, sondaże pokazywały coraz to niższe słupki, a wybory zbliżały się szybkimi krokami.

Dr Bartolomeo Karierra-Nieuwierra zwołał naradę najbardziej zaufanych doradców Ministerstwa Wyłącznie Dobrych Decyzji. Dla zapewnienia właściwego poziomu bezpieczeństwa, komfortu narad, no i zagwarantowania ich dokumentacji na Jedynie Słusznych Serwerach wybrano ustronny hotelik w Rekseli. Przybycie na miejsce obrad potwierdzano w centrali, wczytując smartfonem kod umieszczony na końcowym przystanku autobusu trasy airport-city. Doradcy spacerkiem przeszli do hotelu i w zacisznych apartamentach odetchnęli po trudach podróży. Następnego dnia czekał ich nie lada wysiłek intelektualny w temacie, jak cudzym kosztem dogodzić świadczeniobiorcom jeszcze bardziej.

Po pożywnym śniadaniu doradcy jęli obradować. Długie godziny płynęły, a sprawy nie posuwały się do przodu. Gdzieś przed północą jeden z doradców zapytał Matyldę, która otrzymała akredytację prasową na obrady:

– Na jakich zasadach pracujesz, pisząc artykuły czy książki?

– Artykuły sprzedając prawa autorskie, a książki udzielając licencji niewyłącznej – odpowiedziała Matylda.

– Co to znaczy, że udzielasz licencji niewyłącznej?

– Artykuł pozostaje moją własnością, a redakcji użyczam jedynie prawa do jego użytkowania.

– Mam, mam! – krzyknął delegat i walnął się dłonią w czoło. – Licencja niewyłączna na pieczątkę! To jest to! Doktor Roślinny udziela swoim Wiecznym Podopiecznym licencji niewyłącznej na użytkowanie pieczątki. Najsłabsze ogniwo w systemie ochrony zdrowia wzmocnione! Problem rozwiązany!

Szybko przedstawił pomysł obradującemu gremium. Wszyscy byli zachwyceni, pochwałom nie było końca. Na gorąco przygotowano rozporządzenie w sprawie licencji pieczątki i nadano mu bieg. Każdy dr Roślinny został zobowiązany do wykonania kopii swojej pieczątki i przesłania jej za pokwitowaniem na adres każdego Wiecznego Podopiecznego. Odbiorca od tej pory wypisywał sobie recepty, na co miał ochotę. To było jedyne słuszne i oczywiste rozwiązanie. Skoro w ustaleniu rozpoznania pomagał mu wszechwiedzący internet, nie można było tracić tych trafnych rozpoznań przez utrudniony dostęp do pieczątki. Taki kapitał wiedzy medycznej i doświadczenia w leczeniu nie mógł się marnować! Żaden rozsądny organizator ochrony zdrowia nie mógł pozwolić, aby wiedza zdobyta pracowitym klikaniem po internecie nie została przekuta w Czyn Terapeutyczny.

Każdy dzień pokazywał rosnącą przepaść między tym, co wiedzieli świadczeniobiorcy o sobie, a tym, co stwierdzali w ich organizmach świadczeniodawcy. Tak dalej być nie mogło! Powodowało to bolesną frustrację świadczeniobiorców, że za ich składki nie są obsługiwani tak, jak tego sobie życzą. A w końcu nie po to płacili i płacą, żeby nie dostawać produktu takiego, jak im się podoba! Jeżeli ktoś idzie do sklepu po chleb, a sprzedawca wciska mu chrzan, to chyba nie jest w porządku! – mówił dr Bartolomeo Karierra-Nieuwierra na kolejnej konferencji prasowej.

Nagromadziło się wiele niepotrzebnych stresów, napięć i trudności w funkcjonowaniu Doskonałego Systemu Ochrony Zdrowia. Jedynym wyjściem było zorganizowanie szybkich szkoleń podyplomowych z click(ologii) medycznej. Wprowadzono wobec wszystkich świadczeniodawców z PWZ obowiązek zgromadzenia 100 punktów z tej jakże potrzebnej dziedziny wiedzy medycznej jako niezbędnego warunku podpisania nowego kontraktu z Narodowym Bratem Płatnikiem (NBP). Potwierdzeniem podniesienia poziomu wykształcenia miały być prawidłowe odpowiedzi na pytania testowe. Przewidziano także pytania dopuszczające do studiowania click(ologii) medycznej, testujące świadczeniodawcę na poziomie podstawowej wiedzy o tym, jak powinien funkcjonować system.

Czy wskazaniem do udania się na SOR o 2.30 w nocy jest:

a) katar trwający od 22.00 dnia poprzedniego, a więc już dwie doby, złośliwie atakujący organizm płatnika składek

b) świąd odbytu trwający od lat i utrudniający bezstresową egzystencję

c) zagubienie recepty wystawionej na babcię przed rokiem przez jej Roślinnego, która to babcia akurat przyjechała w odwiedziny do świadczeniobiorcy

d) wszystkie powyższe okoliczności

e) żadna z powyższych.

Pierwsza sesja wykazała zatrważającą niewiedzę wśród świadczeniodawców. Trudno to zrozumieć, ale aż 99,9% zakreślało odpowiedź „e”, choć każde dziecko wie, że poprawna jest oczywiście odpowiedź „d”. Trzeba było działać i szerzyć jedynie słuszną wiedzę medyczną.Zastępy najbardziej doświadczonych świadczeniobiorców, prawników i innych noktorów (por. noctors) aktywnie włączyły się do pracy nad napisaniem dzieła Medical click(ology) manual.

Do zespołu autorów podręcznika powołano 7 absolwentów studiów licencjackich w dziedzinie żurnalistyki medycznej, 3 przedstawicieli biura ochrony praw świadczeniobiorców, 12 pracowników z centrali Narodowego Brata Płatnika (NBP) oraz jednego przedstawiciela świadczeniodawców z nieczynnym Prawem Wykonywania Zawodu (PWZ). Wybór tego ostatniego członka zespołu redakcyjnego nie był przypadkowy – gdyby miał on czynne PWZ, jego wiedza byłaby niewiarygodna i trudna do zaakceptowania. Wiedza to w końcu rzecz nabyta, można nabyć wiedzę taką i owaką.

Dla świadczeniodawców, którzy nie szczędzili wysiłków na odcinku dzielenia się Ępatią z potrzebującymi, przewidziano oznakę Honorowy Dawca Ępatii (HDĘ). Uprawniała ona do udzielania bezpłatnych porad całodobowo, przez internet, telefon i w miejscu wezwania każdemu potrzebującemu. Oznaka HDĘ chroniła dawcę ępatii przed bezpodstawnymi podejrzeniami, że pracuje dla pieniędzy!

Posiadacz odznaki, gdy przybywał na miejsce nagłego zdarzenia, jak wspomniany katar albo świąd odbytu, zaraz na wstępie pokazywał odznakę HDĘ i tym prostym gestem uwalniał świadczeniobiorcę od kłopotliwej rozterki „płacić czy nie płacić?, a tak w ogóle to ile mu się należy?”. Było jasne, że usługa medyczna będzie provided free of charge, jak mawiają Amerykanie.

Zdrowie narodu wymagało gospodarki planowej. Było zbyt ważne, żeby wszystko odbywało się na łapu-capu, od wizyty do wizyty. Podczas narady w Rekseli podjęto decyzję o wdrożeniu Narodowego Planu Uzdrawiania Zdrowych. Tak, tak, zdrowych! To nie jest pomyłka! Chory, wiadomo, zawsze będzie chorym i o sukces wizerunkowy w takich przypadkach trudno, a przecież sukces w polityce jest najważniejszy.

Dr Bartolomeo Karierra-Nieuwierra zlecił zaprzyjaźnionej firmie graficznej opracowanie odpowiednich plakatów. W każdej placówce medycznej na ścianach gabinetów, przed biurkami doktorów, zawisły plansze z napisem: „Coś TY zrobił dla Narodowego Programu Uzdrawiania Zdrowych?”.

Wszystkich rezydentów zobowiązano do dyżurów przy wejściu do przychodni z transparentem „Free Hugs, czyli Darmowe Przytulanie”. Każdy wchodzący świadczeniobiorca mógł przytulić się do rezydenta, a rezydent doświadczyć niepowtarzalnego przeżycia niesienia pomocy będącym w potrzebie.

Nic więc dziwnego, że gdy taki rezydent wracał do domu po 24-godzinnym dyżurze Darmowego Przytulania, to nie w głowie mu było przytulanie własnej narzeczonej lub narzeczonego. Opuszczone, niedotulone dziewczyny rezydentów łkały po mediach o swym rezydenckim zespole niedotulenia, a jeżeli dodamy do tego liche zarobki, to już robiło się ponuro.

Posługiwanie się staromodną terminologią lekarz/pacjent naruszało jedynie słuszną zasadę poprawności politycznej i dowodziło nierówności. Terminologia ŚWIADCZENIOdawca/biorca była neutralna – jeden daje, drugi bierze bez piętnowania kogokolwiek. Z uwagi na niepoprawność polityczną „Gazeta dla Lekarzy” została urzędowo przemianowana na „Gazetę dla Świadczeniodawców”, a redaktor naczelna obowiązkowo sfotografowana w stroju służbowym z nowym gustownym nakryciem głowy.

Zdawało się, że stworzono system doskonały, gdy do biura skarg i zażaleń Narodowego Brata Płatnika (NBP) wpłynęła drogą elektroniczną skarga na jakość Darmowego Przytulania. Serwery w centrali i wszystkich oddziałach terenowych zadrżały z oburzenia!

Szanowny Narodowy Bracie Płatniku,

byłam w ubiegły piątek na wizycie po odbiór należnego mi świadczenia u mojego dr. Roślinnego. W drzwiach przychodni powitał mnie dyżurny rezydent od Darmowego Przytulania. Objął mnie jedną ręką i ułożył ją na plecach, drugą niby też objął, ale trzymał w niej smartfon i pisał w nim cały czas!

Co to jest za przytulanie jedną ręką? Co mężczyzna może zrobić jedną ręką, to Brat lepiej wie ode mnie!

Co on pisze? – w mych zwojach mózgowych pojawiło się pytanie. Ponieważ placówka dr. Roślinnego jest obiektem monitorowanym, zażądałam dostępu do elektronicznego rejestru przebiegu mojej wizyty.

Przejrzałam pod powiększeniem także ekran smartfonu trzymanego przez rezydenta w dłoni. I tu doznałam szoku! Rezydent pisał do swojej narzeczonej, też rezydentki, że ją kocha i prosi o cierpliwość.

Bracie! jaka to jest jakość Ępatii okazywana świadczeniobiorcy, ja się pytam! Niby wszystko gra i nawet tralala, a w rzeczywistości jest w dwóch miejscach! Ten rezydent musiał się tego nauczyć od swoich starszych kolegów świadczeniodawców, co to potrafią być w kilku miejscach udzielania świadczeń naraz!

Z tej frustracji ciśnienie mi podskoczyło do 170/100, niby dr Roślinny gadał, że to podobno z tego, że leków nie biorę, ale ja mu nie wierzę! Nie od dziś nie biorę leków, a dopiero dziś pokazało się to wysokie ciśnienie!

Z poważaniem Oburzona & Niedotulona Anna Z.

Szanowna Pani Anno ,

łączymy się z Tobą w zespole niedotulenia (ICD 344.32), który jest obecnie powszechnie uznaną jednostką chorobową. Bierzemy sprawę w obie ręce, czego symbolem jest nasze logo widniejące na papierze firmowym.

W celu poprawy Twojego samopoczucia przesyłamy skierowanie na 4-tygodniową kurację w senatorium pięciogwiazdkowym, w miejscowości nadmorskiej, w pokoju jednoosobowym. Wyrażamy nadzieję, że w tych warunkach twój zespół niedotulenia szybko minie, czego szczerze życzymy Ci.

Zespół ds. Szybkiego Rozpatrywania Skarg

Zasada „zaufanie dobre, ale kontrola lepsza” była wyznawana przez Narodowego Brata Płatnika (NBP) in extenso. Korespondencja napływająca do Biura Szybkiego Rozpatrywania Skarg pozwalała na pewne rozeznanie w jakości udzielnych świadczeń, ale nie naświetlała całości obrazu. Po naradzie w Rekseli wdrożono program operacyjny pod nazwą Świadczeniodawca Uczestniczący, który polegał na badaniach terenowych jakości usług przez delegowanych z NBP kontrolerów.

Powołano specjalny departament i rozpoczęto szkolenie pracowników do roli Świadczeniodawcy Uczestniczącego. Zadanie polegało na wizytowaniu gabinetów dr. Roślinnych jako zwykły szeregowy świadczeniobiorca i testowaniu wiedzy świadczeniodawców.

Przeszkolony kontroler z nadzorczynią z centrali udającą żonę udał się do rejonowego gabinetu i siadł ze zbolałą miną przed swoim dr. Roślinnym.

– Co panu dolega? – zapytał dr Roślinny.

– Ja właśnie mam... zaczął pacjento-kontroler.

– Nic nie mów, jak taki mądry, to niech sam zgadnie – wtrąciła kontrolero-żona.

– Może boli pana głowa? – rzucił pytanie dr Roślinny.

– A co to pana obchodzi, co mnie boli, ja mam dostać diagnozę, receptę, skierowanie na badania, a nie być przesłuchiwanym jak nie przymierzając jakiś podejrzany typ na komendzie.

– No, ale przecież muszę...

– Tak, musi pan ustalić, co mi jest, płacę i wymagam! – oznajmił Świadczeniodawca Uczestniczący.

– To może dam skierowanie na morfologię i mocz? Żeby zorientować się ogólnie w stanie zdrowia.

– Żarty jakieś świadczeniodawca sobie urządza! Żeby się zorientować, to trzeba wykonać rezonans całego ciała, a nie jakiejś przedpotopowe badania mi zlecać! A poza tym sikanie do buteleczki na mocz to jest niedopuszczalne dręczenie pacjenta! A to chodzenie na czczo do poradni na pobranie krwi to jeszcze większe dręczenie. Wypraszam sobie takie traktowanie! Ma być lekko, wszystko i natentychmiast!

Tymczasem częstość występowania zespołu niedotulenia wśród świadczeniobiorców narastała. Okazało się, że praktycznie co drugi rezydent lub rezydentka podczas dyżuru wykorzystuje smartfon do niecnych celów, takich jak kontakty ze swoimi mężami/żonami/narzeczonymi. Trzeba było jakoś temu przeciwdziałać. Opracowano plan naprawczy wizerunku każdej placówki medycznej. Między innymi zainwestowano we właściwy wygląd personelu, zwłaszcza tego na pierwszej linii przed przychodnią. Postanowiono zaopatrzyć rezydentów dyżurujących w eleganckie służbowe ubrania. Zaczęto od obuwia. Przeprowadzono badanie ankietowe wśród świadczeniobiorców i okazało się, że 83,41% opowiada się za szpileczkami. Co więcej, w 52,67% przypadków głosowano, aby szpileczki mieli także panowie rezydenci. Ankietowani uważali, że pozbawienie mężczyzn możliwości pokazania się w eleganckim obuwiu w pracy narusza prawo do równego traktowania płci, swobodnego wyrażania różnych aspektów swojej seksualności, a poza tym jest jawną dyskryminacją estetyczną! Największą popularnością cieszyły się szpileczki z czerwoną podeszwą oraz całe czerwone.

Wdrożone przez Narodowego Brata Płatnika programy ewidencjonowania zasobów Ępatii, jej obowiązkowego okazywania podczas wizyt, reępatyzacji świadczeniodawców podniosły nieco zadowolenie ze świadczonych usług. Szybko jednak okazało się, że nie samą Ępatią żyje świadczeniobiorca. Jak wszystko gra, wychodzi się zadowolonym z wizyty u dr. Roślinnego, to o czym można rozmawiać, siedząc w innej kolejce albo co można powiedzieć dziennikarzowi czyhającemu? Ledwie świadczeniobiorca wystawił nogę z przychodni, a już do niego leciał młody żurnalista ze sprzętem nagrywającym dźwięk i obraz.

Skąd się ich tyle nabrało? – zastanawiała się Matylda Przekora, dziennikarka uczestnicząca miesięcznika „Modne Diagnozy”. Od pewnego czasu obserwowała pojawianie się wielu nowych twarzy na rynku dziennikarstwa medycznego. Sonda badawcza, którą zapuściła w środowisku, wykazała, że są to absolwenci pierwszego rocznika Szkoły Lepienia Pierogów i Wypracowań.

ROZDZIAŁ 6. NOWA MODA AKADEMICKA

Nowy Wspaniały Świat miał się znakomicie. Wszystko toczyło się zgodnie z planem – długi krajów, instytucji oraz pojedynczych ludzi pogłębiały się z minuty na minutę, a relacje między ludźmi spłycały. Aktywności intelektualne dużych rzesz społeczeństw miały kształt linii niskonapięciowego migotania komór. Jak wygląda tak linia? zapytają czytelnicy, którzy wskutek młodzieńczej decyzji nie zdecydowali się studiować medycyny. Jest to prawie linia prosta, od czasu do czasu na jej przebiegu pojawia się nie wielkie falowanie w górę i w dół, nie przekraczające kilku milimetrów. Zaraz po niej na ekranie monitora pojawia się nieskazitelna linia prosta, a lekarz prowadzący reanimację pacjenta oznajmia – asystolia, kończymy.

Początek roku akademickiego w Wielkim Mieście zbliżał się nieubłaganie. Wszystkie uczelnie wyższe i niższe gorączkowo przygotowywały się do ceremonii otwarcia nowego sezonu. Spraw, które trzeba było przemyśleć było co niemiara - poczynając od przebiegu uroczystości otwarcia nowego roku akademickiego, poprzez wizerunek dostojnej profesury, po sprawy budżetowe. Nieznośni księgowi wyliczyli, że dług w szpitalach pozostających pod nadzorem najdostojniejszej profesury sięgał 800 milionów reali. Realandia dokuczliwie wciskała się do świata Wirtualandii domagając się swoich praw. Zespół ds. odnawiania wizerunku pracował w pocie czoła dniami i nocami.

Końcowe wnioski były następujące:

# zmienić nazwę instytucji

# o długach mówić – to nie nasze długi, to zupełnie inna instytucja ma długi

# wprowadzić kreatywne zmiany w wizerunku kluczowych postaci uczelni

# na nową nazwę zaciągnąć nowe kredyty

Dyskutując nad nową nazwą podkreślano, że powinna ona jednoznacznie definiować niepowtarzalny charakter placówki. Po burzliwych dyskusjach zdecydowano się na Wielki Uniwersytet Medyczny w skrócie WUM. Co prawda niektórzy starcy mówili, że umieszczenie w nazwie słowa akademia ma już swoją wieloletnią tradycję, ale młodzi i światowi bywalcy odrzucali pomysł zostawienia tego niefortunnego ich zdaniem określenia, parskając w przestrzeń:
- Akademia! Akademia! Za granicą żadna poważna uczelnia nie nazywa się akademia! Co najwyżej są Akademie Grilowania albo Akademie Gotowania, ale nigdy nie dotyczy to renomowanych placówek naukowych, takich jak nasza! W końcu mamy niebanalną pozycję w świecie naukowym! Nasze 976 miejsce pod względem osiągnięć naukowych na 1000 ocenianych uczelni do czegoś nas zobowiązuje!
- Gdy byłem na stypendium w Unii Stanów Autonomicznych (USA) na własne oczy widziałem szyld Akademia Grilowania – oznajmiał tonem nieznoszącym sprzeciwu profesor nauk wszelakich Anastazy Wiesiołek, Magnificencja Tytularna i figlarna. Na dowód tego, że nie ściemnia wyciągał z triumfalnym wyrazem twarzy smartfona i pokazywał zdjęcie wykonane w San Francisco. Podkreślam stanowczo: pozycja nr 976 na liście tysiąca wyższych uczelni ocenianych pod kątem dorobku naukowego do czegoś nas zobowiązuje! - oznajmiał kategorycznym tonem.

Kalendarz zajęć Anastazego na ostatnią środę września 2018 roku był bardziej niż przepełniony – posiedzenie rady wydziału z głównym punktem obrad „nowe stroje akademickie” oraz odpytanie trójki studentów z anatomii prawidłowej na egzaminie komisyjnym były najbardziej pożerającymi czas zajęciami.

Gdzieś w połowie tegorocznych wakacji Anastazy zauważył liczne kobiety na ulicach, ubrane były w sukienki w śmiałych kolorach, o niebanalnym kroju, a ponadto odsłaniały dotychczas zasłonięte część ciała. Gdy przypomniał sobie ceremonialną odzież akademicką to coś go dźgało niczym sztyletem zazdrości w sam czubek lewej komory serca. Dźgały nie bez powodu - Anastazy był strojnisiem że ho! ho!

-Dlaczego one mogą tak ładnie i sexi się wystroić, a ja muszę w tych długich, ponurych sukienkach siedzieć na wszystkich uroczystościach akademickich? Dlaczego??? Jest w końcu równouprawnienie czy nie ma? Podobno są prawa człowieka i parę innych praw wywalczonych przez naszych dzielnych poprzedników, to i prawo do stroju zgodnie z wewnętrzną potrzebą estetyczną człowieka powinno być respektowane!

Postanowił w ramach ocieplania wizerunku uczelni, nadszarpniętego przez bezlitosne limity Ministerstwa Wszystkich Pacjentów, przegłosować nowy strój akademicki i zarządzić noszenie go nie tylko od święta, ale i na co dzień. Przede wszystkim postanowiono skrócić stroje tak aby dolny brzeg sukni lokował się 5 cm przed kolanem, odsłonić lewe ramię i dodać szpilki jako naturalnie komponujące się obuwie ze zwiewną sukieneczką.

Niektórzy akademicy podczas posiedzenie komisji ds. wizerunku podnosili problem, że krótkie, jaskrawe sukieneczki będą źle komponowały się ze spodniami.

- Trudno mężczyźnie chodzić z gołymi łydkami albo w legginsach – zauważył profesor Jędrzej Wielkosz, zwany Ordynatorem Juniorem, w skrócie Or-Or.

- A jeszcze trudniej odsłaniać włochate łydki – mruknął pod nosem.

- Co tam mruczysz? – zapytał Anastazy.

- No, że łydki mamy włochate i jak ja się między ludźmi pokażę odmruczał Or-Or.

- Ogolisz łydki Jędrzeju i po kłopocie! Ogolisz! Nie takie poświęcenia ludzi dla nauki znosili.

-Jeśli Magnificencja zaleci, to powiem trudno i ogolę łydki - oznajmił Or - Or.

***

Anastazy ogłosił na posiedzeniu rady wydziału Wielkiego Uniwersytetu Medycznego decyzję o nowych strojach i wszystko dookoła stało się piękniejsze. Każdego dnia po wielokroć wyobrażał sobie jak śmiga przez miasto w swojej nowej służbowej sukience, a jej falbanki szeleszczą podniecająco. Wszystkie dziewczyny w Wielkim Mieście odwracają głowy na widok przemykającego Anastazego i tworzą liczne fan-cluby.

-Ach ten szelest… ach… - jęczał sam do siebie. To jest bardziej podniecające niż szelest liczonych pieniędzy.

Jak to śpiewała ta piosenkarka z czasów młodości tej niezatapialnej Matyldy Przekory? Bo to co nas podnieca to się nazywa kasa? Nie! Tu nie ma żadnego rymu ani rytmu! – monologował Anastazy.

Bo to co nas podnieca to się nazywa kieca! – powinno być wykrzyknął sam do siebie.

A może by tak zamiast tej głupiej Gaudeamus igitur na rozpoczęcie roku akademickiego zainspirować się słowami i będziemy śpiewać:

Ja jest zatrudniony

w wesołej pewnej firmie.

Niestety jest niewypał,

pacjenci zawiedli.

Bo mieli znów nadzieję,

że zdrowie ktoś im wróci,

a życie się nie skróci.

A zdrowie diabli wzięli,

już nikt nie wierzy w cuda

Że JGP się opłaci

I będzie z niego zysk

A firma nic nie straci…

Bo to co nas podnieca,

to się nazywa kasa,

a kiedy w kasie forsa,

to sukces pierwsza klasa.

Sukces w każdej odmianie która istniała w przyrodzie podniecał Anastazego bardziej niż wszystkie inne znane podniecacze.

- Gdy tak pacze jakie podniecacze ludzie używają to ich nie rozumie – zwierzał się Jędrzejowi w czasie przerwy w obradach. A ty czym się podniecasz?

- Oj Anastazy nie bądź taki ciekawy!

- A jaką sukienkę chciałbyś mieć? – dopytywał Anastazy.

- Wirującą – odmruczał Jędrzej. - Jak dostanę zawrotu głowy od sukcesów naszej odnowionej uczelni to chcę aby sukienka też wirowała razem ze wszystkim co nas otacza.

- Panno Marysieńko – zawołał do sekretarki kroczącej za Anastazym i notującej wszystkie jego złote myśli, a także srebrne i brązowe – proszę zapisać, że profesor Jędrzej zamawia sukienkę wirującą.

- A szpilki jakie chcesz do tej wirującej sukienki – naciskał na detale Magnificencja.

- Jeszcze nie przemyślałem - odpowiedział zwięźle Jędrzej.

- Jędruś, mam! Szpilki zamówimy sobie te… takie… no czerwone z czarną podeszwą.

- Anastazy, ten słynny model to są szpilki czarne z czerwoną podeszwą – oznajmił Or –Or.

- No qrde, Jędruś może i pomyliłem te kolory, ale wiesz co? Mam pomysł! Wystąpimy do Rekseli po fundusze szkoleniowe na seminarium… nazwiemy je… czekaj… czekaj … mam! „Lokalizacja koloru dominującego w ubiorze a gwarancja sukcesu w biznesie”

- Dobre! Dobre! – jęknął Jędrzej. Masz łeb jak sklep Anastazy! Co ja mówię jak sklep? Jak całe centrum handlowe! Potrafisz wszystko przehandlować.

- Anastazy ale czy ty wiesz że te szpilki z czerwoną podeszwą to mają 12 cm wysokości. Chłopaki z rady wydziału będą padać jak muchy i łamać sobie osteoportyczne kości udowe - zmartwił się Jędrzej.

- Oj tam! O tam! Wprowadzimy obowiązkowe ubezpieczenie od upadku ze złamaniem kości w zacnej wysokości… czekaj… czekaj… 350 reali od łebka, pardon od sukienki… albo lepiej od każdej nogi czy jeden członek rady wydziału będzie nam płacił 700 reali miesięcznie ubezpieczenia. A jak nogę złamie to nasi fachowcy od Ubezpieczenia Sukienkowego udowodnią że nie dbał o zdrowie – nie robił co roku zaleconych badań: tomografii całego ciała, rezonansu, scyntygrafii, biopsji kości, poziomu wszystkich frakcji witaminy D i zwrot pieniędzy się nie należy.

-Można też wprowadzić obowiązkowe kursy nauki chodzenia na służbowych szpilkach, oczywiście płatne! – kontynuował swą złotą myśl biznesową Anastazy. Umiejętności zdobyte na kursie będą ważne przez rok. A potem będzie obowiązkowe odnowienie umiejętności chodzenia.

- Anastazy co ty dziś brałeś? – z troską w głosie zapytał Jędrzej.

-Wiem co brałem, ale ci nie powiem - uciął władczym tonem Anastazy. Obowiązuje RODO - chyba wiesz o tym!

ROZDZIAŁ 7. ZGODNOŚĆ Z TRENDAMI NAUKI ŚWIATOWEJ

Anastazy jako certyfikowany naukowiec najwyższych lotów z imponującym Impact Factor wynoszącym 0,017 i ambitnie podążającym do 0,018, zwracał zawsze uwagę na zbieżność poczynań badawczych Wielkiego Uniwersytetu Medycznego z trendami nauki światowej. Oczywiście kłuła go w sam czubek lewej komory serca nie dająca się w żaden sposób opanować zazdrość, że taką Matyldę Przekorę autorkę pisującą do prasy kolorowej czytały miesięcznie i cytowały na swoich blogach setki tysięcy czytelniczek i czytelników. Zdobywały tylko sobie znanymi sposobami numer jej telefonu komórkowego i po upewnieniu się, że rozmawiają ze słynną autorką wyznawały:

-Jak ja się cieszę, że pani istnieje naprawdę, a nie jest jakąś wymyśloną postacią papierową!

-Istnieję, istnieję! – odpowiadała ze śmiechem Matylda. Może pani dodatkowo sprawdzić w rejestrze lekarzy.

Anastazy tłumaczył sobie tę kłopotliwą różnicę w zasięgu oddziaływania słowa drukowanego , że on pisze dla wybranych jednostek z pięknie pofałdowanymi zwojami mózgowymi skręcającymi wyłącznie w lewą stronę, a Matylda dla takich z bardziej wygładzoną korą mózgową. Tłumaczenie, tłumaczeniem ale ból serca pozostawał, nawracał i nie przemijał. No bo jak może nie boleć serce, gdy ilekroć Anastazy wszedł do fryzjera aby podfarbować swoje siwiejące włosy, to jego wzrok od progu padał na rozrzucone na wszystkich stolikach egzemplarze pisma „Imperium Matyldy”.

Czegoż ona tam nie wypisywała? Jak usunąć kolec kaktusa z palca ? Co zażyć na poniedziałkowy ból głowy gdy w domu nie ma ani jednej tabletki przeciwbólowej? Jak ożywić intelektualnie 90 letnią babcię i jeszcze dziwniejsze tematy.

- To jest naruszenie praw człowieka takie nierówne traktowanie przez los osób piszących teksty. A może by tak powołać Rzecznika Praw Akademika, żeby dbał o poczytność naszych artykułów i naszą pozycję w społeczeństwie?, Och, nie! Przecież my już nie jesteśmy akademią lecz Wielkim Uniwersytetem Medycznym. Może lepiej będzie Rzecznik Praw Należnych Naukowcom (RPNN)? Też nie, jakiś długi ten skrót, muszę to przedyskutować z panną Marysieńką.

Jako modniś i strojniś szczególnie cenił wszystko to co działo się w Paryżu i lubił szukać tam inspiracji. Zbliżający się początek roku akademickiego i planowane zmiany na uczelni były dostatecznym powodem aby poszukać natchnienia w stolicy mody.

- Panno Marysieńko – rzucił do sekretarki - a może byśmy pojechali do Paryża po inspiracje w sprawie tych sukienek służbowych? Bo wie pani te dalekowschodnie wzory sukienek, które zdominowały krajobraz naszych miast i wsi w mijające lato, to jednak nie jest pierwszy sort estetyki krawieckiej. A Paryż to jednak zupełnie inna liga w modzie, urodzie i wygodzie.

- Ależ Magnificencja ma pomysły! – jęknęła jakby lekko paraerotycznie panna Marysieńka. Jak najbardziej jestem za wizytą studyjną w Paryżu. Kto wejdzie w skład delegacji do Paryża?

- Hm… Myślę, że ja, profesor Or - Or, znaczy Jędrzej Wielkosz, no i pani, panno Marysieńko, jako moja prawa i lewa ręka, bo wie pani ja jestem leworęczny, ale czasem też używam prawej. - Proszę rezerwować bilety lotnicze, business class oczywiście, nie możemy pospolitować się z tymi korpoludkami czy jak im tam.

- A hotel to który mam zarezerwować? – zapytała panna Marysieńka.
- Hilton Arc de Triumphe, oczywiście!

- Jak nazwiemy nasz program studyjny? – zastanawiał się głośno Magnificencja.

- A może nazwiemy go „Maxence”? – rzuciła panna Marysieńka w przestrzeń.

- Brzmi dla ucha bardzo przyjemnie – zauważył Magnificencja. Taki jakby mix słów magnificencja i elegancja. Jak pani na to wpadła?

- Ach po prostu zauważyłam na zdjęciu które redaktor Matylda Przekora wrzuciła do Internetu w tle jest taki napis.

- Które zdjęcie, które? - dopytywał Anastazy.

- No te na którym niby tam Magnificencja jest w szpilkach.

-Gdzie? Gdzie? Przyślij mi link
-Proszę kliknąć TU - po lewej na górze zdjęcia jest to słowo. Sprawdziłam „Maxence” to męskie francuskie imię. A może lepiej będzie jego pełne oficjalne brzmienie łacińskie Maxentius?

-Hm… wolę „Maxence” – zadecydował Anastazy.

-Piszemy więc: Wyjazd studyjny do Paryża w ramach projektu „Maxence”.

Trzy dni dzielące ich od daty wyjazdu do Paryża przeleciały niczym jesienny wicher i już siedzieli na pokładzie samolotu do Paryża. Dwie godziny zleciały na degustowaniu win serwowanych pasażerom business class przegryzanych francuskimi serami i ani się obejrzeli już lądowali na CDG.

Przeszli przez łącznik, minęli dwa korytarze i przeszli do hali przylotów aby odebrać

walizki. Czekali, czekali, a walizki dostojnej delegacji naukowców nie nadjeżdżały… zanosiło się na horror spędzenia wszystkich dni w tej samej odzieży co dla strojnisia Anastazego było wizją nie do zniesienia. Wszyscy odebrali swoje walizki, a Anastazy z resztą delegacji tkwili przy pustym pasie.

Ha! Trzeba było złożyć reklamację. Anastazy zaczął rozglądać się za jakimś odpowiednim biurem, ale nie był w stanie niczego wypatrzyć. Panna Marysieńka wypatrzyła natomiast maszynę do zgłaszania reklamacji o zaginionym bagażu.

O nie! Tego nie akceptuję! Ja wybitny naukowiec i magnificencja tytularna i figlarna Wielkiego Uniwersytetu Medycznego w Wielkim Mieście nie będę rozmawiał z maszyną.

-Jędrek, panno Marysieńko idziemy na postój taksówek.

Wsiedli do taksówki i mknęli do Stolicy Mody. Minęła godzina i taksówka zatrzymała się przed Hilton Arc de Triumphe. Jakież było zaskoczenie Anastazego, gdy okazało się, że hotel teraz nazywa się

L'Hotel Du Collectionner.

-Ach, widzę, że nie tylko nasza uczelnia ale inne słynne przybytki też zmieniają nazwę, gdy byłem tu w 2006 roku nazywał się Hilton de Triumph – oznajmił Anastazy pozostałym członkom delegacji. Spodobało mu się logo hotelu z dzielnym rycerzem na rydwanie mknącym ku zwycięstwu. - A może by tak zmienić logo naszego Wielkiego Uniwersytetu Medycznego? - zastanawiał się Anastazy. Właściwie te wszystkie węże i laski Hipokratesa to takie... takie mało eleganckie... a złoty rydwan to zupełnie inna historia! Muszę zaproponować na następnej radzie wydziału zmianę logo.

Załatwili formalności w recepcji i umówili się, że za godzinę spotkają się w recepcji aby wspólnie przespacerować się na Pola Elizejskie i łyknąć nieco wielkiego świata mody.

Rozdział 8: Spotkanie z modą paryską
Dostojna delegacja wsiadła do przestronnej windy, która bezszelestnie uniosła się ku górze i zatrzymała na 5 piętrze. Ich sąsiadujące pokoje miały numery od 511 do 513. Anastazy włożył kartę w szczelinę zamku broniącego dostępu przypadkowym biedakom do świątyni luksusu i nacisnął klamkę. Za drzwiami rozpościerało się wyrafinowane królestwo dedykowane tym, którzy na nie zasłużyli. Położył podręczną torbę na stoliku w przedpokoju i rozejrzał się dookoła.

Środek pokoju zajmowało zachwycające łoże z madagaskarskiego, ciemnobrązowego hebanu. Obleczone było w śnieżnobiałą, jedwabną pościel, najwyższego gatunku. Wezgłowie zdobił hotelowy herb z dzielnym rycerzem na rydwanie. Złote linie herbu znakomicie komponowały się z ciemnobrązowym hebanem. Anastazy jęknął z zachwytu:

-Ach… spać samemu w takim łożu to po prostu grzech przeciwko naturze… a gdyby tak… no nie! Anastazy opanuj się – skarcił sam siebie. Pójdziemy do jakiegoś kabaretu i też będzie co wspominać – dodał na pocieszenie swojej rozbrykanej męskiej wyobraźni.

Zlustrowawszy pokój, wszedł do łazienki, aby umyć ręce po podróży. Powoli odkręcił kran i spoglądał na strumień wody rozpływający się po umywalce z zielonego, kararyjskiego. Wytarł w puszysty biały ręcznik, z herbem hotelu, swe spracowane dla dobra społeczności akademickiej dłonie, nawilżył je kremem stojącym na krawędzi umywalki, lustrując pozostałe elementy pomieszczenia. To było wnętrze, które wymagało nieśpiesznego smakowania każdego detalu.

Przeczesał włosy, przejrzał się jeszcze raz w lustrze, prezentował się dostojnie, mimo, że nie był w akademickim stroju wizytowym. Jeszcze łyk wody i był gotowy do wyjścia. Bezszelestnie zamknął drzwi i powolnym krokiem przemierzał hotelowy korytarz. Lubił te chwile gdy buty zapadały się w grubą wykładzinę dywanową, wyściełającą hotelowe korytarze. Czuł się wtedy królem życia. To nie było to samo co stawianie kroków po pospolitej, plastikowej wykładzinie w rektoracie. Taka wykładzina była dostępna dla wszystkich, a puszyste, hotelowe, pięciogwiazdkowe dywany tylko dla wybranych.

Zjechał na parter i rozejrzał się za panną Marysieńką i Jędrzejem. Siedzieli już w hallu i na widok Magnificencji poderwali się sprężyście.

– Moi drodzy cieszę się, że już jesteście – oznajmił Anastazy i wyjął z kieszeni smartfona, aby odszukać mapę przyszłego spaceru.

– Proponuję abyśmy przespacerowali po Parc Monceu, potem przejdziemy do Rue du Faubourg Saint – Honoré, na której znajdziemy wszystko co jest potrzebne eleganckiemu mężczyźnie, no i eleganckiej kobiecie też – dodał. Wyprawę zakończymy w którejś kawiarni na Polach Elizejskich.

– Znakomity plan! – zawołała z entuzjazmem panna Marysieńka.

– Moi drodzy koniecznie musimy wstąpić do sklepu Hermes. Nie wiem jak wy, ale ja muszę kupić sobie kilka krawatów na nowy sezon akademicki, panna Marysieńka z pewnością nie pogardzi jakąś gustowną apaszką, no a ty Jędrzeju na co masz ochotę?

– Hm… może pasek do spodni… tak, pasek, w Paryżu mają ciekawe wzory.

Przeszli przez Parc Monceu i nie minęło kilkanaście minut, a już spacerowali po słynnej ulicy cieszącej gusty najbardziej wybrednych elegantek i elegantów. Mijali kolejne wystawy, gdy nagle wzrok Anastazego odnotował coś czego jego profesorskie oczy nie widziały przez całe dotychczasowe życie. Na wystawie sklepowej w ramie wielkiego obrazu pyszniły się dwa portrety. Przetarł oczy w nadziei, że to tylko jakieś chwilowe zakłócenie wzrokowe po podróży, ale widok nie chciał znikać. Na umieszczony był Karol Marks w towarzystwie Zygmunta Freuda.

– A to historia! Czy wy widzicie to samo co i ja widzę? Jędrek! Panno Marysieńko!

Pacze i widze, że widze to samo co Magnificencja – mruknął Jędrzej.
– A kto to zapytała panna Marysieńka? Nie znam tych panów, to jacyś znajomi Magnificencji i profesora Jędrzeja?

– Och, panno Marysieńko to słynni ludzie, ale z innej epoki, więc niech pani nie mebluje sobie główki ich nazwiskami.– Jędrzej, pamiętasz zajęcia z filozofii marksistowskiej na studiach doktoranckich?

– Co mam nie pamiętać? – mruknął Jędrzej.

– A te zajęcia z psychiatrii na której uczyliśmy się o psychoanalizie? Wiesz co… a może by tak wprowadzić warsztaty z psychoanalizy dla naszego personelu akademickiego, to pomoże im przejść nie tak boleśnie proces restrukturyzacji Wielkiego Uniwersytetu Medycznego.

– Anastazy, nie wiem czy psychoanaliza nam pomoże, ale kapitał z pewnością. Więc potraktujmy spotkanie z Karolem jako znak, symbol, wskazówkę dla nas na nadchodzącą przyszłość. Trzeba nam bliższy kontaktów z kapitałem, a psychoanaliza to będzie drugi plan.

Zakupy w Hermesie poszły im szybko i mogli kontynuować spacer wzdłuż Rue du Faubourg Saint-Honoré. To co już po kwadransie zauważył Anastazy na tej słynącej z elegancji paryskiej ulicy to brak tych dalekowschodnich modeli sukienek.

-Ha! Wiedziałem, że to jakaś lokalna moda dla ubogich z wschodnich rubieży Europy, a nie wysokiej klasy moda dla poważnych ludzi, na stanowisku. Trzeba będzie jeszcze popracować nad ostatecznym wyglaem nowych sukien akademickich.

– No ale jedno jest pewne, musimy kupić dla całej rady wydziału służbowe teczki u Louis Vuitton, więc idziemy do tego sklepu aby rozpoznać temat co jest modne w tym sezonie.

U Louis Vuittona Anastazemu wpadła do głowy ostateczna koncepcja stroju akademickiego, gdy zobaczył czarne, podłużne plecaki, z czerwonymi elementami w dolnej części z kolekcji The Epi Patchwork edition of the Christopher backpack

-Tak, już wiem jak się wystroimy! Sukienki w ciemnoczerwonym kolorze z takimi czarnymi plamami, przypominającymi ślady tygrysie, to tego czarne plecaki z tymi akcentami czerwonymi na dole.

– Aha no i do tego oczywiście czarne szpilki z czerwoną podeszwą, te od od Christiana Loboutina będą pasowały idealnie.

– Bosz…. Magnificencjo…. Ależ ma pan wizje…. – jęczała paraerotycznie panna Marysieńka.

– To po czymś czy na trzeźwo to wszystko wymyśliłeś? – zapytał z troską Jędrzej.

– Jędruś, na trzeźwo, na trzeźwo, ja kocham elegancję. A wiadomo… Francja… elegancja… to jest to co tygrysy elegancji lubią najbardziej. Wrrr….

– Powiem więcej – kontynuowała Anastazy – połączenie koloru czerwonego z czarnym w naszej nowej kolekcji służbowych ubiorów akademickich ma wysoki podtekst symboliczny. Do tej pory Magnificencjom i Vice – Magnificencjom przysługiwały szaty w kolorze czerwonym, a niższym funkcjonariuszom akademickim szaty w kolorze czarnym. Dzięki połączeniu kolorów w nowej kolekcji wykażemy się demokratyczną postawą wobec kolegów niższych rangą. To nie znaczy, że w 100% będą mogli robić to samo co my, arystokracja Wielkiego Uniwersytetu Medycznego.

– A czego nie będą mogli robić? – zaciekawił się Jędrek.

– No, wiesz założyliśmy ostatnio na uczelni Klub Magnificencji, do którego mają wstęp tylko Magnificencje i Vice – Magnificencje. Innymi pracownikom, którzy wprawdzie mają prawo do założenia służbowej sukienki w jakimś pośledniejszym kolorze, wstęp jest wzbroniony. Zatrudniliśmy nawet ochroniarza, żeby pilnował porządku i nikogo nieupoważnionego do Klubu Magnificencji nie wpuszczał.

– A gdzie ten wasz klub się mieści? – zapytał zaintrygowany Jęderzej.

– No, wiesz chwilowo to zabraliśmy jeden pokój bibliotece uczelnianej, bo co za dużo to nie zdrowo, znaczy jak za dużo tych książek ludzie czytają, to niezdrowo mogą się wiedzy nałykać i potem co my za takimi przemądrzałymi zrobimy? No coo??? Rozumisz Jędrek?

– Ale co tam robicie? – dociekał OrOr.
– Powiem ci ale w tajemnicy – przymierzamy tam ładną bieliznę w kolorze czerwonym.

– Co????? – Jędrzej dostał galopującego Hashimoto z wytrzeszczem złośliwym.

– No coooo?? Co się tak dziwisz! Fajnie jest przymierzyć czasem jakiś czerwony staniczek. Człowiek po takiej akcji dostaje takiego kopa hormonalnego, że hej!

Panna Marysieńka, mimowolny słuchacz tych żywiołowych zwierzeń akademickich nieśmiało wtrąciła:
– Magnificencjo a może by tak ustanowić odznaczenie uczelniane, które nazwiemy Tygrys Elegancji i będziemy je przyznawać najelegantszym akademikom i akademiczkom?

– Panno Marysieńko! to jest myśl genialna i zaraz po powrocie zajmiemy się jego realizacją.

Disclosure: Jeśli uważni czytelnicy w górze zdjęcia przedstawiającego umywalkę widzą osobę w dżinsowej bluzie i myślą, że to słynna dziennikarka uczestnicząca Matylda Przekora, to autorka oznajmia, że nie ma wpływu na skojarzenia czytelników.

ROZDZIAŁ 7 WSPOMNIENIE PORADNI CHORÓB NIJAKICH

Nie ma większego huraganu w życiu kobiety niż macierzyństwo. Nie ma takiej kariery która by nie zbladła i zmalała wobec wyzwań, przed którymi stawała każda matka nowo urodzonego dziecka. Matylda Przekora podążając zgodnie z odwiecznymi prawami natury uznała, że macierzyństwo jest ważniejsze od każdej kariery naukowej i zdrowia wszystkich bywalców oddziału chorób wszelakich.

Z chwilą gdy została matką Maniuli postanowiła udać się na trzyletni urlop wychowawczy. Decyzja ta została uznana przez sfery szpitalne za niebywale ekstrawagancką.

- Nikt cię nie będzie znał - wieszczyły dwórki z najbliższej świty ordynatora Władysława Wielkosza, szefa Kliniki Chorób Wszelakich w Wielkim Mieście.

- Jakoś to przeżyję - odpowiadała dr Matylda Przekora, kobieta niepokorna i dociekliwa, osobowościowo element obcy w dworze gnących się w ukłonach pochlebców kicających dookoła ordynatora.

- Oderwana od szpitala zgłupiejesz i będzie umiała tylko ugotować zupę - prorokowała jedna z wiernych służek ordynatora.

- Ważne, że nie umrę z głodu, a co do reszty to zobaczymy, dajcie mi szansę zaryzykować i postawić na coś innego niż dreptanie za ordynatorem na obchodach i wystawanie w jego sekretariacie w oczekiwaniu na łaskawe przyjęcie w gabinecie – odpowiedziała Matylda.

Ta zuchwała i wcześniej przez żadną z asystentek nie podejmowana decyzja oznaczała w istocie, że Matylda przestała być jednym z elementów wspaniałego otoczenia ordynatora, słynnego uzdrowiciela chorych i pocieszyciela strapionych. Matylda w dworskiej społeczności stanowiła element niewielkich rozmiarów, raczej lokujący się na jego obwodzie, nigdy nie wyznaczany do awansów, wyjazdów zagranicznych, nagród finansowych, kariery naukowej wyższego szczebla. Nie zasługiwała na te dobra więc trudno aby ordynator przydzielał je osobie, której z definicji się nie należały! Przedstawmy jej niedoskonałą osobowość z wykorzystaniem jakże modnych obecnie hashtagów.

# Czy Matylda odwiozła kiedykolwiek ordynatora samochodem z pracy do domu? Nigdy! Nie dość tego nie miała nawet prawa jazdy i co oczywiste samochodu.

# Czy można ją było prosić o zrobienie przeźroczy dzień przed wykładem? W żadnym wypadku!

# Czy patrzyła ordynatorowi z uwielbieniem w oczy? Ani razu nie posłała mu spojrzenia pełnego uwielbienia z dołączonym wydłużonym westchnięciem poruszającym cząsteczki powietrza z pęcherzyków płucnych trzeciorzędowych.

Wobec tak zaawansowanych braków w osobowości i potencjale asystenckim decyzje ordynatora o nieprzydzielaniu jej czegokolwiek atrakcyjnego były oczywiste i zasłużone! Asystent to jest ktoś kto powinien ordynatorowi asystować i kicać dookoła niego na dwóch łapkach, a nie dyskutować z podawaniem cytatów z najnowszego piśmiennictwa naukowego, dociekać niepotrzebnych szczegółów tak delikatnych jak na przykład komu wypłacono pieniądze za prace zlecone wykonane przez Matyldę. Taka nieprzyjemnie dociekliwa jednostka powinna zrozumieć, że powściągliwość emocjonalna jest dla wspinania się po drabinie klinicznej kariery umiejętnością podstawową.

Co więcej postanowiła po trzyletnim urlopie wychowawczym przenieść się z oddziału chorób wszelakich do poradni chorób nijakich dzięki czemu nie musiała pełnić całodobowych dyżurów lekarskich na oddziale szpitalnym. Mogła spokojnie odprowadzać Maniulę do szkoły, odbierać jak po lekcjach, odpowiadać na wszystkie zadawane przez córkę pytania, czuwać nad jej zdrowiem rozwojem.
Z powodu kolekcji wspomnianych wyżej nieciekawych cech osobowości, z którymi przychodziło ordynatorowi obcować przez wiele lat, prośba Matyldy o przeniesienie do poradni chorób nijakich została przez ordynatora zaakceptowana z nieskrywaną radością. Stosowne dokumenty podpisane zostały autografem z zamaszystym ogonem, który mógł być odczytany przez znawcę symboli graficznych tylko w jeden sposób
ja, Władysław Wielkosz tu rządzę i nikt inny.

Czas płynął i wszystko zmieniało się w Wielkim Mieście, a nowe trendy objęły także służbę zdrowia. Oddział chorób wszelakich przeniósł się do nowego centrum medycznego wybudowanego na obrzeżach miasta, natomiast poradnia chorób nijakich zawisła w niezdefiniowanym niebycie. Pewnie tkwiła by do dziś, gdyby dyrekcja szpitala nie zażądała dołączenia poradni do struktur oddziału, licząc na wyższe kontrakty w związku z nadciągającymi zmianami restrukturyzacyjnymi. Odległość czterech gmachów między poradnią a oddziałem chorób wszelakich tworzyła nowy, dość bezkolizyjny byt.

Po kilku latach niemrawych zmian w służbie zdrowia nadszedł huragan organizacyjno - koncepcyjny. Pacjenci stali się klientami, za którymi szły pieniądze… Wprawdzie nikt tych pieniędzy tak ulokowanych na własne oczy nie widział, ale skoro wszyscy o tym mówili to coś musiało być na rzeczy. Profesor Władysław Wielkosz przeszedł na emeryturę, schedę po nim przejął prof. Antoni Przecientny, utalentowany biznesowo zwycięzca konkursu na następcę.

Antoni szybko dokonał biznesowej restrukturyzacji przychodni i Matylda wypadła za burtę wspaniałego żaglowca MS „Choroby Wszelakie” pływającego po morzach i oceanach wiedzy klinicznej wraz z towarzyszącym mu małym jachtem „Choroby Nijakie”.

Matylda po pierwszej chwili oszołomienia złapała oddech, dopłynęła do widniejącego na horyzoncie brzegu i rozejrzała się dookoła. W zasięgu wzroku nie było widać nikogo znajomego ani znanego. Gdzieś w oddali majaczyła sylwetka jakby znanego żaglowca, który zmierzał w tylko sobie znanym kierunku oddalając się od lądu na który los przemian wyrzucił Matyldę. Rozejrzała się dookoła, w prawo i w lewo – nie było obok niej nikogo.

- A więc jestem sama w takim położeniu… tylko ja i nikogo więcej dookoła. A to dopiero historia! - ostrożnie analizowała swój stan fizyczny i psychiczny po tym w sumie nieoczekiwanym zakręcie życiowym.

-Kim ja teraz jestem? Co mogę robić? Co znaczę we wszechświecie medycznym? Wiele pytań i żadnej znanej odpowiedzi. Mogła równie dobrze nazywać się dr Matylda Nikt – Proszalska, wszak już nie była jedną z tej słynnej w całym Wielkim Mieście drużyny ordynatora, zasiadającej na medycznym Olimpie. Nawet nie mogę do nikogo zadzwonić, bo i tak nikt nie odbierze ode mnie telefonu.

To co odczuwała było uczuciem do tej pory nikomu nieznanymi z kręgu jej znajomych. Jak można było opisać odczucia Matyldy? Otóż nasza bohaterka odczuwała ból czterech liter większy niż owe litery połączony z chorobą określaną przez lekarzy tajemniczym kryptonimem ZBCC, ale to była to w zasadzie zarezerwowana dla pacjentów.

Na wszelkie dotkliwie obite miejsca medycyna ludowa zalecała okłady ze sparzonych liści kapusty naprzemiennie z zimnymi opatrunkami z lodu. Trudno jednak było do końca życia leżeć z kapustą rozłożoną na mięśniach pośladkowych. Potrzebna była inna kuracja.

Matylda instynktownie czuła, że zmiana liści kapusty na inne warzywo nie gwarantowało pomyślnego przebiegu kuracji. Pierwszym elementem kuracji było stwierdzenie: trzeba podnieść się i wrócić do realnego świata. Pierwsze spostrzeżenie jakie poczyniła po powrocie brzmiało: to był świat w zupełnie nowym stylu.

ROZDZIAL 8. MADAME DE MA GOG

Kardiolożka interwencyjna madame De Ma Gog, jedna z nielicznych kobiet wyspecjalizowanych w tej dziedzinie medycyny zabiegowej w Arizonie, weszła drobnym, acz szybkim krokiem do pracowni interwencji medycznych. Przelotnie spojrzała w lustro aby upewnić się czy jej koreańska fryzura wykonana wczoraj w salonie fryzjerskim „Afro & Korea” dobrze się prezentuje. Była fit

De Ma Gog córka koreańskich emigrantów, której los nie szczędził trudnych chwil, podobnie jak jej przodkom, była kobietą czynu. Wiedziała, że w życiu trzeba umieć szybko przemieszczać się. Choć jej obecna pozycja życiowa była ugruntowana i nie musiała szybko przemieszczać się z miejsca na miejsce w związku z pojawieniem się nagłego niebezpieczeństwo, to dziedzictwo genetyczne robiło swoje.

Jej dziadkowie i rodzice musieli opanować sztukę szybkiego przemieszczania się jeszcze w czasach wojny i tę umiejętność przekazali następnym pokoleniom. Świat wymyślił koreańską pielęgnację twarzy celebrowaną przez tysiące kobiet na całym świecie, a mutacje genetyczne w jej rodzinie oraz wielu innych rodzinach koreańskich wymyśliły szybkie dochodzenie drobnymi krokami do celu.

Zdjęła żakiet od Ralpha Laurena i powiesiła go na wieszaku, natomiast torebkę od Prady kupioną podczas ostatniej podróży do Europy rzuciła niedbałym gestem na biurko. Miała cieszyć jej oko przy każdym wejściu do pracowni i powodować zeza z zazdrości u wszystkich koleżanek konkurujących o palmę pierszeństwa we względach u Adama Ptysia, szefa pracowni, polskiego emigranta z lat osiemdziesiątych.

Udało się jej zostać kolejną żoną Adama, który mówił, że lubi kolekcjonować żony i Jaguary. Tych ostatnich miał siedem w garażu, zaś De Ma Gog była jego czwartą żoną.

Adam od roku latał na Alaskę wynajętym odrzutowcem, aby nieść pomoc Eskimosom. Choć w garażu ich rezydencji stały wspomniane Jaguary, które Adam lubił samodzielnie prowadzić po pustych szosach Arizony, to musiał się biedak tłuc się do pracy samolotem jako pasażer! Adam kochał przywództwo oraz szybkość, ale możliwość rozwijania jej na szosach Arizony była ograniczona!

Czasem przygrzmocił w jakiegoś przydrożnego kaktusa, który zapomniał kto na szosie jest najważniejszy, ale to nie była Adama wina, że głupie kaktusy wpychały się na trasę jego przejazdu!
Może podróż na Alaskę dostarczałaby więcej adrenaliny gdyby przepisy pozwalały Adamowi zasiąść za sterami samolotu, ale tak nie było!

Tłumaczył różnym ludziom z branży lotniczej, że skoro ma doświadczenie w prowadzeniu pojazdów osiągających znaczne szybkości na ziemi, to w przestworzach też da sobie radę. A oni nie! i nie! bo przepisy lotniskowe oraz inne bzdury. Adam jak coś sobie postanowi to do celu dąży niebanalnymi metodami. Kupił więc małe lotnisko na Alasce w ramach dywersyfikacji lokat kapitału, ale federalna administracja lotnictwa ciągle upiera się, że Adam ma tylko tytuł własności do gruntów, a przestrzeń powietrzna jest państwowa.

No dobra... trzeba szukać innych możliwości inwestycyjnych! Ktoś poradził im aby inwestować w hodowlę krokodyli, którym należało zakładać złote koronki na wszystkie zęby. Kilka lat biznes nawet dobrze się kręcił, ale z czasem zaczęło brakować w Arizonie dentystów, których nienasycone gady bezmyślnie pożerały podczas procedury lokowania kapitału.

-Ech, bogatemu to zawsze wiatr w oczy albo piasek pustyni – przypomniało się jej powiedzonko Adama. No ale trzeba się brać do pracy! -upomniała sama siebie.

-Soraya, proszę moje ubranie do pracy! – zawołała do oczekującej na jej rozkazy dziewczyny Asystentka medyczna wprawnym ruchem podała madame De Ma Gog służbowy strój ochronny, okulary, rękawiczki i już w kilka minut była gotowa do pracy. Stentowała bez przerwy przez 10 godzin. Kilka przypadków było naprawdę trudnych, zwłaszcza te do badania klinicznego oceniającego założenie siedmiu stentów w mikrokrążeniu wieńcowym powleczonych dwoma różnymi substancjami bioaktywnymi.

To był czelendż! Udało się jej prawie wszystko jednak w kilku przypadkach była w stanie założyć jedynie sześć stentów. No cóż… nie pociągną biedacy długo z tymi tylko sześcioma stentami – pomyślała szczerze zmartwiona losem niedostentowanych pacjentów. Pomysł stentowania mikrokrążenia wieńcowego udało się wprowadzić w Arizonie i Polsce. Szybko przeszkolono zaufanych interwencjonistów.

Pomysł z stentowaniem mikrokrążenia wieńcowego zarząd asocjacji wymyślił jako zastępczy w związku z przeciągającym się przejęciem sektora stentowania krążenia mózgowego. Radiolodzy interwencyjni i neurolodzy nie rozumieli, że na rynku usług wewnątrznaczyniowych interwencji królowa może być tylko jedna! Marudzili, wymyślali jakieś wytyczne, domagali się zaplecza neurologicznego, byli wprost nie do wytrzymania z tym swoimi pożal się Boże zaleceniami.

Nie wiadomo jakim sposobem na listę uprawnionych do stentowania mikrokrążenia wieńcowego wkręciła się Matylda Przekora , redaktor naczelna pisma Modne Diagnozy. Trzeba będzie na nią uważać i lepiej nie zadzierać =mówi Adam. Chyba wie co mówi, podobno było kilku takich co próbowali wysłać ją na bambus, ale się im nie udało. Co prawda ostatnio Matylda coś sugerowała, że ma jakieś kontakty z baobabami, ale chyba to nie było zesłanie tylko wyprawa w poszukiwaniu nowych kierunków inwestycji i metod lokowania kapitału.

Ach… Korea… z rozrzewnieniem wspominała dzieciństwo, zabawy w koleżankami, wyliczanki. Jak to szło? Ene due like fage torbe borbe usmesmage i morele bęc!

Rozdział 9. KIEDY PIJESZ SWE MOJITO

Madame De Ma Gog wróciła do domu przed północą. Dzieci już spały ułożone do snu przez meksykańską nianię. Adam siedział przy komputerze, sączył mojito i intensywnie klikał, ani na chwilę nie przestając kląć. Rozkojarzonym wzrokiem spojrzał na żonę. A może by tak… – pomyślał omiatając wzrokiem perfekcyjną sylwetkę żony. Jednak po chwili przypomniał sobie co zawsze mówił mu stary Rodriguez.

– Kiedy sączysz swe mojito nie zadawaj się z kobitą

– Dlaczego tak siarczyście klniesz ? – zapytała męża Madame De Ma Gog i czule pogłaskała go po przerzedzonej czuprynie, a właściwie po łysinie kończącej się gdzieś na potylicy. Czy to od nadmiernego napromieniowania rentgenowskiego ci wszyscy interwencjoniści są tacy nie za mocno uwłosieni? Co drugi to łysy, a co pierwszy przerzedzony, ani jednego z gęstą czupryną –pomyślała Madame De Ma Gog.

-Popatrz! Nasza sieć klinik interwencji wewnątrznaczyniowych w Polsce w kłopotach – odpowiedział Adam. Obcięli im finansowanie! Ten Kalasanty Ustawka -Sięzdziwiłł tak ich załatwił gdy był ministrem. Koledzy szukają ratunku, napisali nawet list do redakcji Modnych Diagnoz.

– Nie gadaj! Tak po prostu wyłożyli w liście do redakcji Modnych Diagnoz kawę na ławę i napisali o co im naprawdę chodzi??? Niemożliwe! – jęknęła szczerze zaniepokojona Madame De Ma Gog.

-No nie, tak źle z nimi nie jest. List jest taki bardziej pod przykryciem, a może to się mówi na słupa, czyli mówiąc bardziej elegancko posługują się w symbolami – odpowiedział Adam. Czuł, że posługiwanie się bieżącymi określeniami w języku ojczystym sprawiają mu coraz większy kłopot.
Madame De Ma Gog czytała na ekranie komputera…

Kochana Redakcjo,

Jesteśmy specjalistami jednej z dziedzin medycyny zabiegowej, mamy kurę, która przez długie lata znosiła nam złote jajka. Nieoczekiwanie przed rokiem kura przestała znosić nam złote jajka. Próbowaliśmy przemówić jej do rozumu, ale szanowna redakcja wie jak trudno jest rozmawiać z kimś kto ma kurzy móżdżek!

Próbowaliśmy zachęcić koguta aby poczuł się w obowiązku znoszenia nam złotych jajek. Odmówił! To się wprost nie mieści w głowie!

Nasza sytuacja finansowa staje się dramatyczna! Nie możemy inwestować na poziomie godnym specjalistów medycyny interwencyjnej, nie możemy lokować kapitału tak jak jest to należne naszej pozycji w świecie medycznego biznesu. JAK ŻYĆ??? pytamy panią redaktor naczelną jako starszą od nas koleżankę, doświadczoną życiowo i zawodowo.

Prezes Asocjacji Interwencjonistów Medycznych Adam Piotr Nienasycony.

Kliknęła na odpowiedź redakcji:
Drogi Doktorze Adamie Piotrze Nienasycony,

na początek proponuję modlitwy do św. Tadeusza Judy, który jest patronem od spraw beznadziejnych. Potem należy zawęzić front inwestycyjny na przykład: kupować diamenty nieoszlifowane, są o wiele tańsze od oszlifowanych. Można potem szlifować je w godzinach pracy gdy będziecie mieli przestoje z powodu braku pacjentów do interwencji. Szlifować będzie można przeniesionym unitem stomatologicznym z gabinetu żony do pracowni interwencji.

Ponieważ przebywam w podróży duchowej w innym kraju ( vide fotka, ta w dżinsach to ja) nie mogę nic konkretnego zrobić, ale zawierzam was i wasze finanse opiece św. Tadeusza Judy.

Matylda Przekora, redaktor naczelna "Imperium Matyldy"

Tymczasem w Umiłowanej Ojczyźnie rozpoczynał się nowy dzień walki o dostęp do budżet Narodowego Brata Płatnika (NBP) w ramach troski o zdrowie pacjentów. Niestety wiatr w oczy wiał też i na tym odcinku.

Narodowy Brat Płatnik znienacka przestał płacić za produkt biznesowy „Zawał Bez Zawału” (akronim „ZABEZA”) twierdząc, że zawał jaki jest każdy widzi, a jak nie widać to nie ma zawału. Na całym świecie systemy ubezpieczeń zdrowotnych łyknęły jak pelikan żabę to całe NSTEMI jako zawał serca oraz stan kwalifikujący się do założenia stentu, a jeszcze lepiej kilku stentów, a u nas odmawiają! Bezczelne skąpiradła pod egidą Kalasantego Ustawki – Sięzdziwiłła! Sam to umiał kasę wydoić, a innym broni! Niby taki pobożny, a nie ma zrozumienia dla bliźniego swego, że też potrzebuje kasy. Jak to leciała ta piosenka? Bo to co nas podnieca to się nazywa kasa?

No właśnie kasa jest, a z podniecaniem się jakby gorzej szło, nawet te niebieskie piguły słabiej działają, a poza tym trzeba pamiętać, aby je zawsze mieć przy sobie! Trudna sprawa, czasem trafia się jakaś apetyczna okazja aby pobaraszkować pozamałżeńsko, a tabletkę pierwszej pomocy dla mężczyzny gdzieś diabli wzięli! No i trzeba opuszczać szybko pole niedoszłego zwycięstwa.

Zaraz zaraz… a może by tak zastentować tę okolicę? Wyniki stentowania mikrokrążenia wieńcowego zapowiadają się obiecująco, oba narządy wymagają obfitego ukrwienia aby sprawnie działały, są podstawy patofizjologiczne do takiej interwencji! No tak, chętnych mężczyzn nie powinno zabraknąć, trzeba tylko jakieś zgrabne hasło wymyślić na taką akcję!

Zadzwonił do agencji marketingowej, która miała wprawę w działaniach kardio -PR i zlecił opracowanie promocji medialnej swojego pomysłu. Agencja już po tygodniu przedłożyła projekt działania. Był naprawdę dobry! Okolicę przyszłych badań czyli Centrum Zainteresowań Inwestycyjnych nazwano "Projekt CZI" wywodzący się od pierwszych liter. Dla wzmocnienie efektu tajemniczości wprowadzono chiński znak 志.

***

志 PROJEKT 志

Rakotwórcza domieszka atakuje kolejne leki! Nawet te pierwszej potrzeby! Mężczyzno! Nawet po niebieskiej tabletce nie będziesz mógł, gdy sypialni przekroczysz próg! Wkrótce nabór do nowego badanie klinicznego oznaczonego akronimem 志 PROJEKT 志 dla mężczyzn dojrzałych wiekiem! Metoda naturalna przywraca sprawność krążenia w najważniejszym narządzie twojego ciała!

Liczba miejsc ograniczona!

***

Jak patrzyło się na zaproponowany znak w powiększeniu można było dostrzec sylwetkę mężczyzny siedzącego na kanapie i wietrzącego centrum zainteresowań inwestycyjnych, inni byli zdania że mężczyzna pokazuje swoją nienaganną sprawność w zakresie mikcji.

To się musiało udać!

***

Ewelyna, szczupła, długonoga i długowłosa blondynka, absolwentka Wyższej Szkoły Lepienia Pierogów & Wypracowań w początkach swej dynamicznej, ogólnopolskiej kariery pełniła obowiązki osobistej asystentki pierwszej potrzeby Adam Piotra. Będąc kobietą ambitną wytrwale pięła się po szczeblach kariery w stołecznym świecie i z czasem została jego drugą żoną.

Dziś zamyślona weszła do opustoszałego gabinetu stomatologicznego. Jeszcze wczoraj wesoło szumiał w nim wysokowydajny unit stomatologiczny, na którym na trzy zmiany uwijały się młode rezydentki, przynosząc całkiem zacny dochód, aż nagle zrobiło się dziwnie pusto i cicho.

Kim będę zarządzać zaniepokoiła się nie na żarty Ewelyna, komu będę doradzać, być mentorką? Adam dał jej wprawdzie rok temu prowadzenie sesji na konferencji, ale to było dużo poniżej ambicji Ewelyny. To żaden czelendż mówić do różnych profesorów co może nam pan powiedzieć na ten temat ! Ewelyna miała dużo do powiedzenia, a taki tam profesor co on tam wiedział ! No ale cóż, nie miała innego wyboru, jak zachwycać się decyzjami szefa i męża w jednej osobie.

Adam Piotr skonsultował się z Adamem Amerykańskim z Arizony, który doradził mu transfer unitu stomatologicznego do ich prywatnego ośrodka interwencji naczyniowych.

Według Adama Amerykańskiego odpowiedź od redaktor Matyldy Przekory sugerowała, że szlifowanie diamentów w dłuższej perspektywie przyniesie lepsze zyski niż szlifowanie zębów. Z pewnością nie bez powodu Matylda sugerowała szlifowanie diamentów. Nie wykluczone, że bardzo opłacalne będzie też zainwestowanie w akcje kopalni diamentów w Senegalu.

Można kupić akcje istniejącej kopalni albo skrzyknąć się z kilkoma kolegami i kupić kopalnię diamentów. Z drugiej strony z tym Senegalem to nie wiadomo jak tam się odnaleźć, a z trzeciej to podobno Chińczycy mocno tam inwestują. A tak w ogóle to od dawna wiadomo, że diamenty są najlepszym przyjacielem kobiety!

Jeśli kierunek inwestycyjny się potwierdzi trzeba będzie wprowadzić nową specjalizację medyczną –szlifologię ogólną pod pretekstem trenowania precyzji ręki i jakoś wyjdziemy na swoje – mówi Adam Piotr. Jego kolega z ministerialnego zespołu opracowującego wykaz specjalizacji lekarskich obiecywał, że wszystkiego dopilnuje od strony formalnej. Na szczęście ostatnio skrócono ją o kilkadziesiąt zbędnych specjalizacji, więc jest miejsce na nowe kierunki kształcenia podyplomowego.

On zawsze ma dobre pomysły, jak choćby ten abyśmy się pobrali i kontynuowali wspólny biznes. Przed oczami stanęły jej wszystkie chwile wspólnie spędzone z Adamem Piotrem w Waikiki Beach Comber na Konferencji Asocjacji Interwencji Naczyniowych na Hawajach.

Adam Piotr oświadczył się jej na desce surfingowej, na której razem śmigali pośród fal. Czy można było mu odmówić? Nie! takim oświadczynom nie oparłaby się żadna kobieta. A poza tym to molestowanie i mobbing w kardiologii interwencyjnej na całym świecie stawało się nie do zaakceptowania! Amerykańskie dziewczyny się skrzyknęły i sprawę opisały na łamach pisma Stenotology. Co innego oficjalne małżeństwo i wspólny biznes, a co innego ciągłe znoszenie ciągłe poszczypywanie pośladków przez szefa!

Czyżby nadciągały chude lata dla stentologów? Trzeba było szukać nowych rynków zbytu. Gdyby z tymi mężczyznami nie wyszło rozważano wprowadzenie stenów na rynek weterynaryjny. W końcu echo weszło gładko do weterynarii już dawno temu, dlaczego stenty miały by nie wejść? Na posiedzeniu zarządu Asocjacji dyskutowano co wybrać: małe zwierzęta czy duże?

Zlecono badanie pilotażowe obejmujące dwie gałęzie krowy i koty. Na początek wynajęto kuriera na rowerze aby objechał kilka krów, zajrzał im do środka pod kątem gdzie dałoby się wcisnąć stent.

Świat robił się coraz bardziej skomplikowany i wyspecjalizowany. Wobec marnych perspektyw w segmencie stentologii dziarscy biznesmeni postanowili wykonać skok na choroby nijakie i cała tę nijakolgię, którą wymyślili kolesie od Jędrzeja zwanego Or-Or, po prostu zlikwidować, a pieniądze z ich kontraktów zagarnąć na nowe inwestycje w stentowaniu. To, że stenologia była ważna i potrzebna to było oczywiste – mówili, ale żeby taka nijakologia oderwała się i aspirowała do bycia samodzielną specjalizacją w medycynie to się wprost nie mieści w głowie! – wołali na różnych naradach i po ministerialnych korytarzach. Wszelakologia jest dziedziną szeroką, podstawową i każdy wszelakolog potrafi leczyć nie tylko choroby wszelaki, ale także nijakie. – dodawali. Co prawda nijakolodzy wymyślili European Society of Neayacology i pysznili się kongresami w Mediolanie, ale kto by ich słuchał! Są nijacy i koniec, kropka! – odpowiadali stentolodzy.

Czas płynął i naturalną koleją rzeczy Matylda Przekora wkroczyła w wiek bardziej niż dojrzały. Tymczasem otaczający ją świat mimo wspomnianego upływu czasu zdecydowanie zdziecinniał. Co było przyczyną tego stanu rzeczy? Mutacja genetyczna, nieplanowany wybryk natury albo jeszcze inna zagadka przyrodnicza, jedna z wielu do rozwiązania. Pokolenie trzydzieści plus całymi dniami, a także nocami klikało na swoich wypasionych smartfonach i oczywistym było, że nie mogą mieć czasu na takie nudne, tradycyjne zajęcia jak zakładanie rodziny, opieka nad dziećmi, że u starszym pokoleniu nie wspomnimy.

# 1

# 1

Rozdział 10. PROBLEMY ZŁOTEGO WIEKU

Choć przyrost naturalny nie przedstawiał się imponująco, to globalnie liczba mieszkańców ciągle wzrastała głównie za sprawą niespotykanie żywotnego starszego pokolenia, w którym aż roiło się od przedstawicieli grupy 90 plus. Wprawdzie mieli co najmniej połowę swoich narządów wymienionych przez pracowitą inżynierię medyczną, ale stymulatory wysyłały impulsy do mięśnia sercowego, sztuczne stawy biodrowe niosły do przodu, a implantowane soczewki poprawiały widzenie i dało się żyć.

Rządy, korporacje, organizatorzy życia publicznego zastanawiały się na tym jak zarządzać tym społeczeństwem składającym się nie tylko z żywych komórek, ale także układów scalonych i rozruszników. Produkcje wymiennych baterii szły pełna parą.

Matylda po raz kolejny wybrała się na obrady do Aten, gdzie Unia Stanów Autonomicznych (USA) zwołała konferencję na temat nowych dylematów w zarządzaniu globalnym.

Problem był naprawdę sporych rozmiarów – ilu osobom można docelowo wymienić stawy biodrowe, soczewki, węzły zatokowe, tchawice i Bóg jeden tylko wie co jeszcze!

Zastanawiano się czy kolekcję tych urządzeń mechanicznych, elektrycznych i optycznych będzie nadal można nazywać człowiek czy raczej będzie to jedynie zbiór części połączony współpracującymi ze sobą obwodami .

Problemem który niespodziewanie zaskoczył organizatorów Unii Stanów Autonomicznych (USA) był fakt, że nie dało się człowiekowi wymienić mózgu. Nowy wspaniały człowiek miał technicznie sprawne stawy, precyzyjnie skupiające światło soczewki, rytmicznie pobudzajże serca stymulatory, ale myślał niezgodnie z oczekiwaniami organizatorów życia społecznego, jeśli już oddawał się tej wyczerpującej czynności jakim było myslenie. Młode roczniki unikały myślenia jak ognia, w końcu przesuwanie palca po smartfonach nie było czynnością wymagającą angażowania zbyt wielu zwojów mózgowych! Starsi myśleli ale nie przekładało się ich myślenia na konkretne działania.

Sytuacja wymagała ponownego przejrzenia planów strategicznych i globalnego rozwoju Unii Stanów Autonomicznych. Departament Zarządzania Kryzysami Nadzwyczajnymi ( Extraordinary Crisis Management Department =ECMD ) postanowił wołać naradę w Atenach. Wszystkie narady w Brukseli kończyły się tymi samymi politycznie poprawnymi komunikatami, z których nie wynikało zbyt wiele praktycznych wniosków.

Pewne nadzieje budziły prace sekcji X95, która pracowała nad scenariuszem wielosektorowego kryzysu kontrolowanego.

Świat wirtualny stawał się coraz większą częścią świata realnego – dobry kryzys kontrolowany powinien więc składać się z elementów realu i wirtualu.

Dotychczasowe modele kryzysów z wykorzystaniem wojska, zbrojeń, czołgów, samolotów bojowych, rakiet i innych zabawek prawdziwych mężczyzn nie dawały dreszczyku emocji. Wszystko już było znane – wjadą czołgi do jakiegoś pechowego kraju wysłane w obronie demokracji, równości i innych dziwności przez Bardzo Dobrego Wuja, stacje telewizyjne pokażą tę dobroczynną akcję i na tym się skończy. To nie było nic nowego, podniecającego ani biznesowo ciekawego. Co więcej było monotonne i przewidywalne

Powstała koncepcja oznaczona kryptonimem # 3xC czyli

The Controlled Chimeric Crisis. Strukturę chimeryczną miała zapewnić mieszanka działań hakerów na wybrane sektory gospodarki i handlu oraz odpowiedni patogen uwolniony do przestrzeni publicznej. Sporządzono krótką listę najbardziej niebezpiecznych wirusów i bakterii. O palmę pierwszeństwa walczyły między sobą wirusy gorączki krwotocznej w paru jej odmianach z wirusami Ebola i Zika. Nie traciły nadziei na wygraną bakterie tularemii, brucelozy i cholery, ale w ostatecznym rozrachunku palmę pierwszeństwa i największego niebezpieczeństwa zdobyły laseczki wąglika.

Następny odcinek https://www.photoblog.com/mimax2/2020/06/08/8062020detronizacja-wladcy-pieczatki-odcinek-trzynasty/

@mimax2 /Krystyna Knypl, lekarz

Gazeta dla Lekarzy (GdL), redaktor naczelna & wydawca

specjalista chorób wewnętrznych i hipertensjologii

specjalista European Society of Hypertension

https://sites.google.com/site/myjournalismkrystynaknypl/

  Be the first to like this post
Join the conversation
0
Be the first one to comment on this post!
Up
Copyright @Photoblog.com