11/07/2018. Argentyna - wspomnienia sprzed dziesięciu lat

by Krystyna Knypl July. 11, 2018 298 views

Odcinek 1: Akredytacja na kongres i podróż do Buenos Aires

Celem podróży było uczestnictwo w World Congress of Cardiology, który odbył się w dniach od 18 do 21 maja 2008. Zgłosiłam się jako dziennikarz medyczny - dość skomplikowana procedura akredytacji polegała na wypełnieniu kwestionariusza, w którym trzeba wymienić wszystkie pisma, dla których pisze się oraz dodatkowo napisać list - jak zrozumiałam od list od redakcji.

Nie reprezentowałam żadnej redakcji jako pracownik etatowy, byłam i jestem freelancerem. Po namyśle uznałam, że freelancer może taki list napisać sam.

Przed podróżą na Okęciu

Przed podróżą na Okęciu

List wysłany do organizatorów był następujący:

List w sprawie akredytacji

List w sprawie akredytacji

Akredytację otrzymałam wkrótce po wysłaniu listu, następnym etapem było zorganizowanie podróży.

Przed podróżą na Okęciu

Przed podróżą na Okęciu

Bilet wykupiłam w Air France wśród objawów zapaści finansowej - kosztuje 3750 pln. Trasa WAW -PARIS - BUENOS AIRES - PARIS _ WAW 18 maja 2008 wylot, przylatuję 7.45 w dniu 19 maja 2008. Powrót: wylot 26 maja 2008 z Buenos Aires.

Wstępne kontakty z miejscowymi biurami podróży nie zachęcały do zakupów biletu na trasie Buenos Aires – Puerto Iguazu - oczekują oni podania numeru karty kredytowej w mailu lub przez telefon! Zastanawiałam się nad zakupem w jakiejś anglojęzycznej, europejskiej firmie turystycznej.

Tymaczasem okazało się, że bilet do Puerto Iguazu można kupić w Polsce za 588 pln - cena do wytrzymania. Hotel Ibis w pierwszej części pobytu w Buenos Aires, w Puerto Iguazu Hostal Residentio Uno i w drugie części hostal BA Stop - lokalizacja dobra, ceny też.

Przestudiowałam szczegóły przesiadki w Paryżu z 2F do 2E - zalecają na piechotę i prawdopodobnie pociągiem widmo. Mam 105 minut, powinno wystarczyć. Jedni piszą, że 45 minut to krótko, ale można zmieścić się, inni, że trzeba 90 minut żeby zdążyć.

Podróż lotnicza WAW - CDA - BA

Przyjechaliśmy na Okęcie dwie godziny przed odlotem samolotu na nowy terminal, a tam niespodzianka – działa na nim tylko LOT, pozostałe linie zagraniczne działają na starym terminalu. Oba terminale są połączone ze sobą i nie musieliśmy wychodzić na zewnątrz – właśnie padał deszcz jakby nie mógł tego robić przez 363 pozostałe dni w roku.

Start!

Start!

Odprawa rozpoczęła się na 2 godziny przed i pani z Air France od razu podała dwie ścinające z nóg wiadomości:

# samolot z Paryża jest opóźniony

# póki co nie ma dla mnie miejsca na część atlantycką

dodając, że to nic takiego bo w Paryżu na pewno mi dadzą miejsce.

Samolot przyleciał z Paryża opóźniony 25 minut. Dostałam miejsce w 8 rzędzie, prosiłam o zewnętrzne na przodzie, aby móc szybko przemieszczać się do drugiego samolotu. Lot w miarę spokojny i niespodzianka, całkiem dobre jedzenie z jakimiś nie znanymi u nas sosami i przyprawami -kuskus z mięsem a la szaszłyk. Przylecieliśmy na CDG o 22.00 a mój drugi lot zaczynał się o 23.15.

Mój boarding pass

Mój boarding pass

Wyrwałam z kopyta do przodu długim rękawem i dalej szklanymi korytarzami. Doszłam do znaków transit i dalej przemieszczałam się zgodnie z tymi znakami, aż doszłam do jakiegoś posterunku mundurowych. Pytam gdzie przejście do terminalu E – machają rękoma jak na gimnastyce porannej i mówią, że trzeba przejść przez szklane drzwi. Pytam które drzwi bo nie widzę żadnych. Uprzejmy młodzieniec wyszedł żeby wskazać na coś co wyglądało jak szklana klatka z drzwiami, do której nigdy bym nie weszła! Podchodzę i drzwi tej klatki otwierają się. Lotnisko ma 1000 hektarów powierzchni, a oni budują jakąś klatkę 1 mx 1 m na środku tych hektarów! Lecę dalej aż dotarłam do długiego korytarza z ruchomymi schodami o którym pisali internauci. Razem ze mną leciało dwóch Azjatów krokiem ludzi opętanych przez diabła więc pomyślałam, że oni też pędzą na przesiadkę bo zapowiadali w samolocie jeszcze transfery do Singapuru, Szanghaju i Hongkongu.

Po 20 minutach cwału szerokim korytarzem pojawiły się punkty kontrolne – na początek posterunki policji i przy nich kłębiący się tłum. Obywatel francuski rasy innej niż biała zapytał czy jestem from Spain , a dowiedziawszy się, że from Poland skierował mnie do kolejki EU countries – która była mniejsza i poruszała się szybciej. Non-EU było więcej i przyglądali się im bardziej dokładnie. Przeleciawszy policję wpadłam w miłą strefę bardzo przestronnego terminalu E – podobno tuż po otwarciu zawalił się w nim dach i zatłukł na śmierć jakiegoś bodaj Norwega ( wiadomości z forum turystycznego). Nawet nie zapamiętałam jakie tam są sklepy bo nie było czasu. Mój gate nazywała się H35. Przy gate kłębił się spory tłum, a na ekranie większym niż nasz telewizor w salonie wyświetlano moje nazwisko w towarzystwie innych 5 bodaj osób, żeby ci pasażerowie zgłosili się do jakiejkolwiek counter- co było oczywiście uroczym eufemizmem, bo we wcześniejszej transit counter w ogóle nie chcieli ze mną rozmawiać. Przed mną miotała się z dzikim wzrokiem jakaś kobieta i po chwili rozmowy przy ladzie dali jej nowy boarding pass – więc pomyślałam, że jest jedną z tych wyświetlanych na czarnej liście na której byłam i ja. Po chwili nadeszła moja kolej więc zaćwierkam do stewarda, że nie mam miejsca – aha na mojej tymczasowej był w rubryce seat skrót AES – muszę sprawdzić co to oznacza – a on na to, że no problem i dał mi nowy bording pass.

Nowy boarding pass ma coś z kodem kreskowym ale takim jak pojawiał się przy wypełnianiu aplikacji o wizę amerykańską (z grubymi kreskami) lub gdy robili mi zdjęcie na lotnisku w Dallas bodaj przy maszynowym odprawianiu się.

Moje nowe miejsce było 47B.

Moje miejsce 47 B w rzędzie drugim od końca

Moje miejsce 47 B w rzędzie drugim od końca

Do samolotu transatlantyckiego szło się bardzo długimi szklanymi korytarzami dobre 10 minut. Lecieliśmy Airbus 777-200ER. Business class w tym samolocie robi wrażenie ! Bardzo przestronnie, fotele – nisze z różnymi bajerami. W first –class też nieźle, podobne fotel i trochę mniej miejsca. Warto by kiedyś spróbować . No i economy jak economy – były 3 rzędy po 3 fotele w każdym. Ja siedziałam w środkowym, a obok młode dziewczyny, jedna chyba Czeszka. Już po wylądowaniu okazało się, że leciało tym samolotem dużo Czechów oraz jedna wycieczka z Polski.

Mój plecak dałam pod fotel - pomysł, żeby ochronić go tym żółtym pokrowcem od plecaka Salewy był bdb, bo już na pokrowcu widać różne zabrudzenia.

Lot Paris – Buenos Aires wg rozkładu trwa 14 godzin i 5 minut. Rozpoczęło się więc życie na pokładzie. Pierwsza runda to pakieciki z chusteczką higieniczną do umycia rąk, która wydziela wonie niczym z taniej perfumerii. W tym pakieciku były też klapki na oczy w kolorze niebieskim, dwa gumowe ciała obce do zatkania sobie uszu oraz słuchawki. Aha, chwilę potem rozniesiono menu, które opiewało, że obowiązuje ono na trasie Paris –Tokio. Nauczona wcześniejszym doświadczeniem wiem, że najbezpieczniej jest brać chicken- co w gwarze lotniczej oznacza kawałki piersi kurczaka umoczone w jakimś sosie oraz ryż, do tego sałatka z ogórków, pomidorów i kawałeczków fety a wszystko w kwaśnym sosie – coś w rodzaju winegret. Ponadto kawałek ciasta, butelka wody mineralne 0.25 , ser President mały kawałeczek, krakers. Dbając o swoje nogi, żeby nie zrobiły mi się obrzęki, unikałam tych bardziej słonych potraw. Ludzie brali jeszcze wino oraz wodę Perrier w puszkach, ale w myśl zasady, że za granicą nie pijam alkoholu poprzestałam na kawie z napojów on demand.

Po nakarmieniu ogłosili ciszę nocną czyli zgaszono światła główne na pokładzie. Ja słuchałam trochę muzyki przez słuchawki – wybór taki sobie, a jakość dźwięku jeszcze gorsza. Popatrzyłam też na kanał comics gdzie latały jakieś ludziki, którym z głowy wystawały wiatraczki, które kręciły się gdy oni przemieszczali się. Większą część nocy spałam. W ciągu nocy można było w self - service area pobierać napoje (różne cole, fanty, soki i woda) oraz nad ranem pojawiły się lody na patyku oraz watowate kanapki. Nie brałam bo postanowiłam nabrać sylwetki oraz definitywnie rozstać się z pimusiosadełkowatymi kształtami zwłaszcza w obszarze brzucha. Około godziny 9 naszego czasu poczułam, że moja głowa zaczyna funkcjonować jakbym miała kaca – poznałam to uczucie przy ostatniej zwyżce ciśnienia – i w tym momencie uświadomiła sobie, że przecież pora jest zażyć betaloc!

Na 2 godziny przed lądowaniem zapalili światła na pokładzie i podano śniadanie – dwa plastry szynki, ser żółty i biały twarożek, pieczywo, mus z jagodowym spodem, napoje. Zjadłam twarożek zostawiając słonowatości.

Pierwszy SMS wysłany z argentyńskiej ziemi do męża

Pierwszy SMS wysłany z argentyńskiej ziemi do męża

Podczas podchodzenia do lądowania trzęsło, a także wcześniej gdy przelatywaliśmy nad Atlantykiem oraz na górami ciągnącymi się wzdłuż wschodniego brzegu Ameryki Południowej - uświadomiłam sobie, że nie mam najmniejszego pojęcia jak te góry nazywają się! Andy??

Przed wylądowaniem rozdali druczki do wypełnienia – podobne jak w US – i tu taka refleksja, że każdy duży kraj jest / musi (?) być trochę policyjny. Po co im wiadomość o moim stanie cywilnym, kategorii zawodowej ( zaznaczyłam professional ;) czy adresie hotelu. Jednak EU zmienia człowiekowi świadomość, czy raczej podświadomość.

Pierwsze zdjęcie na lotnisku zrobione komórką

Pierwsze zdjęcie na lotnisku zrobione komórką

Następny odcinek https://www.photoblog.com/mimax2/2018/07/12/12072018-argentyna-pierwsze-kroki/

  Be the first to like this post
Join the conversation
0
Be the first one to comment on this post!
Up
Copyright @Photoblog.com