10/10/2019. Kaczka dziennikarska - rozdział 12

by Krystyna Knypl October. 10, 2019 199 views

Poprzedni rozdział

Następny rozdział

Rozdział 12: Akredytacje w Stanach Zjednoczonych i Argentynie

Moja pierwsza akredytacja dziennikarska w Stanach Zjednoczonych miała miejsce w 2005 roku. W tamtej stronie świata wcześniej byłam w Sao Paulo oraz w Cancun na konferencjach w których uczestniczyłam jako lekarz prezentujący swoje doniesienia naukowe. Następne wyjazdy odbyłam jako dziennikarz akredytowany na kongresach medycznych.

Podsumowanie wrażeń zawarłam w monografii "To jest Ameryka!" - oto jej treść:

http://gazeta-dla-lekarzy.com/images/gdl_biblioteka/bibl_gdL_tojestameryka.pdf

Akredytacje dziennikarskie w Stanach Zjednoczonych regulują szczegółowe przepisy. Poznałam je aplikując o wizę w 2005 roku.

Przede wszystkim, aby legalnie wykonywać zawód dziennikarza, także przyjeżdżającego z innego kraju / kontynentu i akredytowanego na jakimś wydarzeniu jak na przykład kongres naukowy konieczne jest posiadanie specjalnej wizy wjazdowej – jest to wiza „I”

Fot. Wiza dziennikarska "I"

więcej o tej wizie http://ustraveldocs.com/pl_pl/pl-niv-typei.asp

Podstawowe pytanie konsula przy ubieganiu się pierwszy raz o wizę brzmiało czy będzie pani raportować ( czytaj: pisać artykuły ) po powrocie ze Stanów Zjednoczonych. Tak będę - odpowiedziałam w takim razie otrzymuje pani wizę dziennikarską.

Gdy już pokonamy trudy wypełnienia kwestionariusza wizowego udajemy się do ambasady i poddajemy się krzyżowemu ogniu pytań konsula. Trzeba mieć ze sobą tzw. letter of assignement czyli zlecenie wyjazdu od swojego pracodawcy lub zleceniodawcy oraz umieć odpowiedzieć na różne pytania. Dwukrotnie uzyskałam letter of assignment od wydawców z którym współpracowałam i nazwa tych firm jest wyszczególniona w treści mojej wizy amerykańskiej. Od 2012 roku dokumenty te wystawia mi sekretarz redakcji Gazety dla Lekarzy.

Fot. Mój letter of assignnment

Podczas ubiegania się drugi raz o wizę  zaliczyłam taką oto rozmowę:

Pan Konsul: chce pani wyjechać na kongres kariologiczny, kardiologia to trudna dyscyplina, jak pani da radę sobie merytorycznie z tematyką obrad?

Ja: mam doktorat z kardiologii, więc spodziewam się, że będę rozumiała merytoryczny aspekt treści obrad.

Pan Konsul: a… a więc jest pani także lekarzem! A czy chciałaby pani praktykować w Stanach Zjednoczonych?

Ja: Czuję się spełniona w kwestii praktyki lekarskiej po 37 latach pracy w zawodzie i nie planuję pracować jako lekarz.

Wiza "I" jest wydawana na 5 lat. Gdy przekraczamy granicę otrzymamy wpis D/S czyli during status, co oznacza że możemy przebywać tak długo jak długo są aktualne nasze dokumenty wiza i paszport.

Nie należy próbować przekraczać granicy na wizę turystyczną czy biznesową. Były przypadki takich prób i kończyły się one nieprzyjemnie dla próbujących ( cofnięcie z granicy, uprzednie przetrzymanie 24 godzinne w areszcie) .

Fot. Fragment wniosku o wizę

Przy wypełnianiu kwestionariusza wizowego długie godziny spędziłam nad wpisywaniem mojego adresu: Niemcewicza 7 / 9 m.128. Program do obsługi nie przewiduje znaku "/ " i nie miałam pojęcia jak to ugryźć. Koło północy wpadłam na pomysł napisania "7 to 9 ", program zaakceptował taką wersję mojego adresu i kwestionariusz udało się wydrukować.

# 1 W biurze prasowym kongresu American Society of Hypertension

# 1 W biurze prasowym kongresu American Society of Hypertension

Fot. W biurze prasowym kongresu American Society of Hypertension

Obrady kongresu American Society of Hypertension odbywały się w okresie 14.05 -18.05.2005

Fot. Abstract book

Fot. Moja pierwsza amerykańska akredytacja dziennikarska!

Fot. Pamiątkowy gadget z tego kongresu, teraz takich już nie ma…

Nieoczekiwanie po latach ma drugą karierę – dopasowałam do niego sitko i służy do parzenia yerba mate w podróży. Po zakończeniu obrad pojechałam na wycieczkę do parku narodowego Muir Woods. Była to niezwykle ciekawa wycieczka.

Fot. Sfotografowanie całej sekwoi nie jest łatwe z powodu jej wysokości

Fot. W sekwojach są olbrzymie dziuple

Kongres American Society of Hypertension był stosunkowo niewielkim kongresem jak na amerykańskie standardy - liczba uczestników byłą rzędu kilkuset osób.

Na dużych kongresach gromadzących kilkanaście i więcej tysięcy uczestników takich jak American Heart Association (AHA), American College of Cardiology (ACC) czy American Society of Clinical Oncology (ASCO) zasady akredytacji dziennikarzy są ściśle przez organizatorów określone. Konieczne jest przedstawienie: legitymacji prasowej ( czasami honorowana jest służbowa wizytówka) letter of assignement czyli pisma od redakcji / wydawcy deklarującego opublikowanie artykułu na temat kongresu oraz przedstawienie dwóch lub trzech artykułów ( tzw. bylined articles) opublikowanych w ciągu ostatnich 3 - 6 miesięcy. Po przedłożeniu takich dokumentów w ciągu kilku dni nadchodzi odpowiedź - przykład poniżej

Fot. Potwierdzenie akredytacji na kongresie ASCO

Uzyskanie akredytacji pozwala na korzystanie z realnego press room'u podczas kongresu, ale także z wirtualnych zasobów. Wspomniane towarzystwa naukowe przysyłają także wcześniej akredytowanym dziennikarzom materiały prasowe o artykułach które niebawem ukażą się w ich czasopismach lub wynikach badań które będą przedstawiane na kongresach naukowych. Materiały prasowe często mają nałożone embargo i można je publikować dopiero po ogłoszeniu wyników badań na kongresie naukowym.

Fot. Program konferencji prasowych podczas kongresu ASCO

Jak przekraczać granicę amerykańską – kompleksowy poradnik dla debiutantów

Osobiście jestem fanką Stanów Zjednoczonych i dobrze się tam czuję. Najtrudniejszym chyba fragmentem podróży do tego kraju jest otrzymanie wizy oraz przekraczania granicy. Jeżeli ktoś wybiera się to oznacza, że wizę już ma. Jak  przetrwać ten wyczerpujący etap, jakim jest przekraczanie granicy i wyjść w miarę cało fizycznie oraz psychicznie?

Aby nie wpaść w tzw. szok kulturowy trzeba się odpowiednio przygotować się do spotkania z Ameryką i jej mieszkańcami, nie tylko od strony formalnej ale i  psychologicznej. Jak donosi Wikipedia:

Szok kulturowy może zaistnieć kiedy komunikujące się jednostki bądź grupy należą do kultury wysokiego kontekstu; to znaczy kiedy część komunikacji jest mocno zakodowana w postaci niewerbalnej (np. milczenie, gestykulacja), a przez to trudna do odczytania przez drugą stronę podejmującą komunikację.

Skoro milczenie lub gestykulacja zwiększa zagrożenie szokiem kulturowym to już lepiej wdać się w pogawędkę. Należy jednak pamiętać, że jeśli nawiążemy na przykład na pokładzie samolotu jeszcze zmierzając do Stanów Zjenoczonych rozmowę z jakimkolwiek Amerykaninem – niezależnie czy będzie to profesor University School of Medicine z Bostonu czy gospodyni domowa z Teksasu mówimy, że jesteśmy from Poland, Europe. Przy tak zredagowanym komunikacie jest szansa, że przejściowo załapią iż przyjechaliśmy z dalekiego kraju, ale nie jest to pewne na 100%, że skojarzą z jakiego. Na przykład kelner w Dallas może pomyśleć, że wymieniasz nazwę miasta i odleglejszego stanu na północy kraju, których to detali nie zapamiętał na lekcji geografii.

Gdy wylądujemy  na lotnisku amerykańskim i będziemy oczekiwali na swoje tete – a – tete z pogranicznikiem należy zachować minę zrelaksowanej pokerzystki, która leci dalej do Las Vegas rozegrać partyjkę za 10 tysięcy usd. Zrelaksowana mina jest ważna bowiem kamery na lotnisku analizują nasze miny i dają nam szanse bycia gwiazdami non-stop.

Pogranicznik po ustaleniu celu naszej podróży  oraz pobraniu na pamiątkę odcisków linii papilarnych wszystkich palców, zeskanowaniu tęczówki określa dozwolony czas pobytu, stempluje paszport i od tej chwili jesteśmy legalnie w krainie mlekiem  i miodem płynącej.

Jako legalnie przebywająca osoba możemy przemieszczać się. Korzystamy więc z tego prawa i  idziemy odebrać swoją walizkę z taśmy. Gdyby ktoś podczas czekania na swój bagaż przez nieuwagę umieścił na naszej stopie swój 20 kg bagaż i ze szczerym zapałem zawoła I’m so sorry uśmiechnijmy się najszerzej jak potrafimy i zawołajmy z entuzjazmem All is OK, I’m fine, really I’m fine.

Gdy w tłumie czarnych walizek upatrzymy sobie jakiś egzemplarz w przekonaniu, że jest nasz i ściągniemy ją resztkami sił z taśmy na ziemię, sprawdźmy jeszcze raz czy się nie mylimy. Przykro byłoby  wewnątrz znaleźć koszule męskie, kalesony i przybory do golenia. Ostatecznie wszystko można w ramach twórczego recyklingu wykorzystać, ale gdy mamy na trasie naszej wycieczki na przykład Hawaje, to te nieszczęsne kalesony chyba nie będą jednak przydatne, więc sprawdźmy tę walizkę koniecznie!

Po odebraniu walizki warto będzie zresetować pęcherz. Amerykanie z niewiadomych powodów miejsce urologicznego odosobnienia nazywają restroom.

Jasno i krótko pokazują przedzielone kreską sylwetki kobiety i mężczyzny jednoznacznie objaśniając, że  to przybytki użytku rozdzielnopłciowego. USA  to kraj kultury obrazkowej i wszystko jest tam prosto objaśnione zwykle na trzech, maksimum pięciu scenkach. Mają zwyczaj na piktogramach pokazywać dwie osoby przedzielone kreską.

Tym się różnią od piktogramów europejskich, przy których zawsze trzeba sobie przypomnieć jednocześnie lekcje geometrii i biologii, a przy przepełnionym pęcherzu może co nieco się pomieszać.

Zetknięcie się z każdym zagranicznym systemem hydraulicznym jest zawsze dla mnie w równej mierze edukacyjne co stresujące. Edukacyjne  bowiem pokazuje jak niebanalne umysły pracują przy projektowaniu urządzeń sanitarnych,  a stresujące bowiem jeszcze nigdy  nie udało mi się wczuć  w tok myślenia hydraulika.

Najbardziej intrygujący model jak spotkałam w przylotniskowym hotelu w Atlancie. Do dziś nie rozszyfrowałam przeznaczenia dwóch dróg odpływowych.

Jedno jest ważne – gdy zobaczymy iż po uruchomieniu opcji spuść wodę ten niesforny płyn zamiast spływać w dół, płynie ku górze nie należy z okrzykiem na ustach zatkało się!!! wybiegać na zewnątrz, tylko spokojnie kontynuować proces podciągania niewymownych, kierując się znaną powodzianom zasadą:

Nie ma takiej wody, która by nie opadła!

Tak samo jest z wodą w klozetach amerykańskich – gdy z tajemniczych powodów  podpłynie pod sam wierzch i mamy pewność, że za sekundę przekroczy poziom powodziowy, który wyznacza klapa sedesu, woda z nie mniej tajemniczych przyczyn zaczyna opadać i podążać do właściwych rur.

Ustabilizowawszy czynność pęcherza moczowego, z odebraną walizką udajemy się przed oblicze celników. Można trafić na dwie drogi sprawdzania – wersja antyczna: kobieta rasy innej niż biała wskazuje palcem na rysunek z wyrobami mięsnymi i mówi kielbasa?.  Oczywiście odpowiadamy, że nie posiadamy i kontrola się na tym kończy. Wersja nowoczesna polega na prześwietleniu naszego bagażu i wtedy to my dowiemy się co mamy w nim niedozwolonego.

Jeśli pechowo lotnisko na które przylecimy będzie trenowało tzw. kontrolę przylotową gdy  nabieramy przekonania, że już jesteśmy w ogródku i rozglądamy się za gąską do przysłowiowego powitania, nagle następny osobnik rasy innej niż biała specjalnym czytnikiem sprawdzi kod na naszej walizce. Czytniki kodów pika, walizkę nam zabierają, wrzucają w jakąś czarną dziurę i  rozpoczyna ona swoje burzliwe drugie życie na taśmie kontrolnej. My zaś rozpoczynamy drugą rundę sprawdzenia czy nie grozimy bezpieczeństwu. Ponownie zdejmujemy buty, kontaktujemy nasze stopy z innymi rodzajami grzybów niż te które złapaliśmy w Europie oraz udzielamy szczegółowych wyjaśnień na temat zawartości bagażu podręcznego oraz naszych kieszeni.

http://gdl.kylos.pl/wp/wp-content/uploads/aa2387.png

Co masz w tej kieszeni? A co w tamtej? Proszę wyjąć laptop! Aparat fotograficzny też! Tak… a co to jest?  Nitrogliceryna…Cooooo takiego??? Nitrogliceryna???? Aha, do celów leczniczych??? No, to prosimy  o przedstawienie zaświadczenia od lekarza, że istotnie substancja zostanie wykorzystana do celów wyłącznie leczniczych ;))… Nie masz  takiego zaświadczenia???… Sama jesteś lekarzem ??? Mmm…, no dobrze… A co  to jest? Kabel? Aha…

Next please!

Podtrzymując dłonią opadające spodnie, wszak nasz pasek musi być sprawdzony czy nie stanowi zagrożenia (!) zbieramy rozbebeszony bagaż podręczny i rozglądamy się za taśmą… szukamy… szukamy… Jest! taśma nr 23, lot nr z… a na taśmie kręci się samotnie nasza walizka…

Uff co za ulga…

Wspominamy z rozrzewnieniem wszystko co zostawiliśmy w kraju, łkamy, tęsknimy, kochamy… szlochamy… Nawet przypomina się nam pewna melodia…

Ukochany kraj… Umiłowany kraj…

No i gdzie ten raj??? To tak wygląda raj??? Opanowujemy się!  Dość głupich rozterek! Nie po to tu przyjechaliśmy!

Pokonawszy wszystkie przeszkody wychodzimy do budynku przylotowego. Jesteśmy w Ameryce…

Z czasem opanowuje nas tęsknota za krajem… gdzie są moje misie… kochane (bo)misie… ;)) Ach to serce w rozterce!

W patriotycznym uniesieniu przepowiadamy sobie słowa Wieszcza:

Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie,

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię STRACIŁ (…)

Czas szybko mija, decydujemy się wracać, szczęśliwie lądujemy na Okęciu… och, jak dobrze być znowu w domu :)) Bywanie w Stanach Zjednoczonych wymaga znajomości języka angielskiego. Moje pokolenie nie miało ani możliwości uczenia się ani świadomości, że język angielski będzie nam kiedykolwiek potrzebny. W programach szkolnych była łacina, język rosyjski, często niemiecki, rzadko angielski. Gdy ruszyłam szlifować język angielski miałam 62 lata. Tak opisałam tę wyprawę:

Poszukiwałam odpowiedniej szkoły do nauki, ale wszystkie były nastawione na nastolatków, studentów, maksymalnie „młodych profesjonalistów” cokolwiek to oznacza. Nie tracąc nadziei, że znajdę coś odpowiedniego błąkałam się po Internecie i zupełnie przypadkowo natknęłam się na ofertę szkoły Acadia Center for English Immersion w Thomaston obecnie przeniesionej do Camden w stanie Maine. Szkoła reklamowała się jako przyjmująca wszystkich chętnych na naukę, niezależnie od wieku, a jej najstarszy student miał 72 lata.

Podobało mi się takie podejście do sprawy. Napisałam więc do właściciela i po krótkiej wymianie korespondencji wykupiłam 2 tygodniowy kurs typu deep immersion. Uzyskałam 10% zniżkę swoim zwyczajem wymachując legitymacją dziennikarską.

Mimo zniżki była to poważna inwestycja finansowa – wydaje mi się, że kurs kosztował około 2000 usd (obecnie są droższe). Byłam tak zdeterminowana na ucywilizowanie mojego angielskiego, ze przesłałam przekazem bankowym spore w końcu pieniądze bliżej nie znanej mi placówce oświatowej, ale w jakimś wewnętrznym przekonaniu że jest to naprawdę istniejąca szkoła i dobra decyzja. Miasteczko Thomaston jest położone w stanie Maine i  aby się do niego dostać musiałam dolecieć do Bostonu i stamtąd jechać autobusem do Portland, gdzie miał czekać na mnie Brian na dworcu autobusowym.

Poprosiłam o zakwaterowanie w rodzinie zbliżonej pokoleniowo do mnie, niepalącej, bez zwierząt, dzieci. Byłam zdziwiona swoim asertywnym podejściem do tematu zakwaterowania, ale uznałam, że skoro inwestuję spore pieniądze w naukę, to nie mogę stresować się warunkami zakwaterowania.

Moimi gospodarzami byli Ursula i Steve. Ursula była emerytowaną pracownicą wydziału politologii uniwersytetu w Georgetown, a Steve byłym wojskowym, a także zawodowym inwestorem giełdowym. Mieli słynnych synów, łącznie siedmiu, przy czym synowie pochodzili z poprzednich małżeństw moich gospodarzy. W Stanach Zjednoczonych, syn Steve’a   jest znanym aktorem, a synowie Ursuli pracują także w branży filmowej, między innymi pracowali przy efektach specjalnych filmu Titanic, który otrzymał także i w tej konkurencji Oscara. Powiało więc bardzo wielkim światem, ale był on bardzo sympatyczny i przyjazny dla mnie wyzwolonej Niewolnicy Ubezpieczalnianej. Pod pojęciem tym rozumiem odmianę współczesnej niewolnicy Isaury, która była skazana na dożywotnie służenie, ale coś nieoczekiwanie zmieniło jej los…

Dojechać w jeden dzień do Thomaston nie było  łatwo ani tanio. Mogłam lecieć przez Paryż – Boston do Rockland. Jednak uznałam, że dwie przesiadki na terenie Stanów Zjednoczonych i docelowa podróż do małego, regionalnego portu nie jest atrakcyjnym rozwiązaniem i wybrałam wersję nieco chyba dłuższą oraz droższą, ale ciekawszą. Otóż zdecydowałam się na podróż do Bostonu, tam zatrzymałam się na dwie noce. Dziś wiem, że linie te mają połączenie z lotniskiem w Bostonie, ale wtedy nie byłam tak obyta z zasobami podróżniczymi w internecie.
Zdecydowałam się więc zatrzymać się więc w Bostonie. Znalezienie hotelu w cenie dającej się zaakceptować  graniczyło z cudem. Szukałam jak szalona i wreszcie zdecydowałam się na hostel
40 Berkeley, jednoosobowy pokój w tym hostelu kosztuje dziś od 81 do 103 usd. W 2005 roku pewnie ceny były podobne. Z lotniska do hotelu jechałam taksówką, prawdopodobnie wynajętą ex tempore na lotnisku.
Nie jest łatwo znaleźć  serwis shuttle busem z tego lotniska, serwery chodzą wolno i programy podają, że dowożą tylko do markowych hoteli. Może te wymagania trudne do zaakceptowania spowodowały, że wybrałam taksówkę. Obliczam za pomocą http://www.worldtaximeter.com, ile mogło to mnie kosztować.
Oto szacunkowy raport kosztów:

Estimated Fare using meter at 19:00
Distance: 8.18 km. | Duration: 17 min.
first 230 meters    $2.60
7.95 km. x $1.74 per km    $13.84
waiting in traffic (~7 min.)    $3.63
Customary tip (15%)    $3.01
Surcharge from Logan Airport    $6.00

Total    $29.08

Pamiętam, że ulice Bostonu były puste, a miasto wydało mi się czyste i uporządkowane, przypomniała mi się Szwajcaria. Dojechaliśmy do Berkeley Residency i powiedzieliśmy sobie z kierowca bye – bye.

http://gdl.kylos.pl/wp/wp-content/uploads/aa2362.png

Fot. Hostel Berkeley Residency

Berkeley Residency, trochę może szumna nazwa, ale najtańszy hotel/hostel jaki udało mi się znaleźć. Obok nazwy skrót YWCA, co wyjaśnia wiele.

W recepcji przywitało mnie miłe dziewczę, potwierdziło rezerwację i wręczyło czekającą na mnie korespondencję z City Pass ( foto ze strony hotelu).

Recepcja w Berkeley Residency była to jedną z weselszych recepcji hotelowych jakie spotkałam – miała super sposób zabezpieczenia pokoi. Otrzymałam pokój – powiedzmy numer 432, a na kluczu miałam napis 17B i dziewczyna wręczając mi oświadczyła: zapamiętaj numer swojego pokoju, te 17 B na kluczu jest dla zmyłki – jak zgubisz klucz to złodziej nie będzie wiedział do którego pokoju klucz pasuje.  No świetna sprawa! Wręczono mi chyba ręczniki i pojechałam windą do mojego pokoju.

Fot. City Pass Boston

Fot. Mój pokój w Berkeley Residency

Hostel był… no cóż, wielce niskobudżetowy. Torba z napisem Szkoła Języków Obcych – nie wiem czy wzięta celowo, czy wymowny przypadek. Biało-czerwone koło do zgniatanie w celu uzyskania efektu anti-stress ;))

Fot. U sufitu leniwie kręcił się wiatrak, który można było wyłączyć pociągając z zwisający przewód

Siadłam żeby rozprostować nogi po długim locie i z mojego podudzi chyżo skoczyła pchła w nieznanym kierunku. No dobra mówię, i tak nie ma wpływu na nią… obejrzałam otoczenie, innych współlokatorów nie było… Za oknem po prawej był sklep Seven-to-Eleven.

Na wprost z okna miałam widok na Hancock Tower, który podziwiałam przez całą noc, bowiem nieopodal na ulicy grupa wyrostków urządziła sobie street party i puszczała głośną muzykę.

Fot. Hanckock Tower

Usnęłam dopiero nad ranem. Ochlapałam się w zbiorowej łazience nieszczególnie czystej – gdy porównuję analogiczne urządzenia Chicago to prawie hotel 4 gwiazdkowy na korzyść Chicago. Odświeżona pomaszerowałam na śniadanie gdzie wesoły przedstawiciel rasy innej niż biała wręczał dwa grube naleśniki tonące w tłuszczu i syropie klonowym. Coś tam jeszcze było na to śniadanie, pewnie jakieś pieczywo i napoje, ale uczucie dyspeptycznych wspomnień mam do dziś.

Poszłam po śniadaniu odnaleźć miejsce odjazdu mojego autobusu – było to Boston South Station przy Summer Street w odległości około 20 minut drogi pieszo od mojego hotelu.
Po drodze minęłam między innymi The Salvatory Army na 700N Bell Street w odległości  około 15 minut drogi i Chandler Inn Holel – za jedynkę 125 usd, czyli prawie 2 razy drożej niż w moim hotelu.

Fot. Sklep 7- Eleven w Bostonie

Na półkach liczne butelki ze słodkimi drinkami, wpędzającymi Amerykę w epidemię cukrzycy. Przed sklepem obfitość śmieci, pewnie opakowania zakupionych przed chwila produktów spożywczych

Trochę wyczerpana spacerem wsiadłam na pokład zabytkowego autobusu w ramach tras dostępnych na City Pass i obejrzałam główne atrakcje miast z okien pojazdu.

Potem przeszłam do South Station i kupiłam bilet na autobus do Thomaston.
Znużona usnęłam wcześniej i był to dobry pomysł bowiem w nocy przerobiliśmy jako goście hotelu próbny alarm przeciwpożarowy, który polegał na wyprowadzeniu nas na ulicę. Gdy usłyszałam przeraźliwy sygnał dźwiękowy wyjrzałam na korytarz i usłyszałam od sąsiadki z naprzeciwka fire, we must go down . Zeszłam więc nie zapomniawszy o moim survival kit w plecaku, który zabrałam ze sobą. Po godzinie wpuszczono nas powrotem do hotelu.

Fot. Alarm przeciwpożarowy

Rano wsiadłam w zamówioną  prze recepcję taksówkę i pojechałam do South Station i dalej autobusem do Thomaston aby szlifować mój angielski oraz poznawać wielki świat.

Rozdziały z pełną dokumentacją fotograficzną

1.Wstęp do bardziej szczegółowych zwierzeń

2. Kiedy wszystko się zaczęło?

3. Początki epoki freelancera

4. Debiut powieściowy Maść Tygrysia

5. Powieka modelki i dalsze opowiadania

6. Ach ta afiliacja!

7. Moje wiersze

8.Fotoblog „Modne Diagnozy” by @mimax2

9. Dziennikarz interwencyjny w akcji

10. Zostaję Sermo community columnist

11. Akredytacje krajowe – Sejm, Kancelaria Prezydenta

12. Akredytacje amerykańskie Stany Zjednoczone i Argentyna

13. Akredytacje na konferencjach organizowanych przez Komisję Europejską

14. Akredytacja w Australii

15. Współpraca z mediami wysokonakładowymi

16. Gdzie mieszkałam podczas wyjazdów dziennikarskich?

17. Ciekawe miejsca konferencji prasowych

18. Ciekawi ludzi spotkani na dziennikarskiej drodze

19. Gazeta dla Lekarzy

20. Podsumowanie

Dodatek: spis opublikowanych artykułów

  Be the first to like this post
Join the conversation
0
Be the first one to comment on this post!
Up
Copyright @Photoblog.com