9/10/2020. Rodzinne Miasteczko, cz.2

by Krystyna Knypl October. 09, 2020 173 views

Tag olśnienie

https://www.photoblog.com/browse/tag/olsnienie2020mimax2/

Poprzedni odcinek

https://www.photoblog.com/mimax2/2020/10/08/8102020-rodzinne-miasteczko-opis-z-mojej-powiesci-zycie-po-byciu-lekarzem/

Następny odcinek

https://www.photoblog.com/mimax2/2020/10/10/10102020-rodzinne-miasteczko-cz-3/

DYLEMATY MATYLDY

Poważne przesłanki wskazywały na to, że Matylda zbyt krótko mieszkała w Rodzinnym Miasteczku, aby zarazić się we właściwym czasie i przechorować przypadłość w sposób typowy dla lokalnej ludności. Ameryka jawiła się jej równie abstrakcyjnie jak Mars, Księżyc albo odległa epoka historyczna. Nawet przez długi czas poważnie podejrzewała, że nie ma takiego kraju na świecie. Gdyby naprawdę istniał, z pewnością już by dawno zadziałał na podróżniczą wyobraźnię Matyldy. Na to, jak dalece amerykańska żądza nie zaprzątała jej umysłu wskazywał tak poważny dowód, jak brak wizy w kolejnych paszportach. Prawie każdy z Rodzinnego Miasteczka miał wizę wklejoną na odpowiedniej stronie i mógłby napisać grubą książkę o przygodach związanych z wyprawami do konsulatu, ale nie Matylda.

# 1

# 1

Poza ozdobną wizą Księstwa Lichtenstein, pozyskaną za kilka franków w urzędzie pocztowym w Vaduz, o zdobywaniu takich dokumentów nie wiedziała prawie nic. Dokładniej – tylko tyle, ile można było wyłowić z opowieści krajan o ich przygodach. Odbierała sąsiadów z lotniska, odprowadzała, gościła i pocieszała. Nabywała wiadomości wyłącznie z drugiej ręki. Niekiedy służyła wiedzą medyczną.

– Popatrz tak fachowym okiem... co on taki chudy? – pytała koleżanka, pokazując fotografię męża.

– Jaki tam chudy? Normalny – odpowiadała zwykle.

– Ale popatrz uważnie, okiem doktora! Nie widzisz żeby był rakowaty albo coś podobnego? – upewniała się słomiana wdowa.

– Nie, na rakowatego nie wygląda – zapewniała z całą powagą. – Oświadczam to jako doktór.

– To dzięki Bogu Najwyższemu. A już myślałam, że się coś do Wieśka przyczepiło. Dużo chudszy na twarzy niż przed wyjazdem, nie sądzisz?

– Trochę szczuplejszy, ale to pewnie przez nerwy, no i klimat – uspokajała.

– Pisze, że brak mu naszego jedzenia, wiesz? Może codziennie jeść co chce, a tęskni za polskim chlebem – dziwiła się pozostawiona w Rodzinnym Miasteczku żona.

– Ludzie za granicą mają różne zachcianki. Jedno pewne, że twój Wiesiek nie jest w ciąży – tłumaczyła Matylda kulinarne chętki w sposób przystępny dla każdej kobiety.

# 2

# 2

Kolejni podróżni lądowali w jej domu na herbatce, opowiadali o tęsknocie za Rodzinnym Miasteczkiem, która dopadała ich za wielką wodą i snuli marzenia o domu z salą bilardową na parterze. Dom będzie wybudowany na wiosnę, gdy tylko fundament obsiądzie. Najdalej przy trzecim kielichu przywoływali Maniulę i dyskretnie wręczali zielony banknot.

# 3

# 3

Ciekawe ile dostała? – zastanawiała się Matylda przy pierwszej darowiźnie. Dopiero po pewnym czasie dowiedziała się, że istniał zwyczajowy taryfikator. Na samym szczycie finansowej hierarchii była ofiara za szczęśliwy powrót, którą obowiązkowo należało położyć na tacę. Ofiarę składano na sumie w pierwszą niedzielę po powrocie. Szczęście, które towarzyszyło powrotowi do domu wartowało sto dolarów. Nie żeby proboszcz co sugerował, broń Boże! Każdy wiedział od małego, że bez bożej pomocy nic by się nie powiodło, a z panem Bogiem przecież nikt targował się nie będzie. Dzieciakom z najbliższej rodziny należało się na cukierki po dwadzieścia dolarów. Za dostarczenie listu stęsknionej rodzinie kurier dostawał piątaka. Krawcowa, która szyła specjalne woreczki na gotówkę przewożoną pod ubraniem inkasowała dziesiątkę. Wszystko miało swoją cenę i dzięki temu był porządek.

Gdzieś przed dwoma laty zupełnie niespodziewanie okazało się, że w kwestiach dotyczących podróżowania nie ma uniwersalnych odpowiedzi na całe życie. Wszystko oczywiście przez ten cholerny internet. Wpadła w sieć jak przystało na osobę z Rodzinnego Miasteczka. Łaziła po najróżniejszych stronach całymi godzinami. Każdego dnia odbywała szalone e-podróże. Lubiła wchodzić na strony z rozkładami jazdy pociągów i sprawdzać połączenia między odległymi miastami. Zafascynowana studiowała warianty możliwych połączeń między Warszawą a na przykład Lizboną, liczbę przesiadek oraz czas podróży.

„Gdybym wsiadła o 23.30 w Warszawie, to już na 7.50 mogłabym być w Berlinie, stamtąd nie czekając zbyt długo – bo zaledwie do 8.56 – mogłabym ruszyć w dalszą drogę do Kolonii. Ani bym się obejrzała, a już o 13.29 byłabym na miejscu. Tam tylko 43 minuty przerwy i o 14.12 ruszyłabym do Paryża, gdzie dotarłabym na 18.05. Tylko po półtorej godziny czekania jechałbym do Madrytu, który zobaczyłabym o 22.45 i trochę zdrzemnąwszy się po drodze, na 8.15 dojechałabym do Lizbony. Pięćdziesiąt siedem godzin i trzy kwadranse podróży, a ile emocji po drodze! Czy zdążę na czas? Który peron? Ile osób będzie siedziało w przedziale? – rozmyślała całymi godzinami.

Nie była najcięższym przypadkiem uzależnienia, ale dwa dni bez dostępu do sieci wprawiały ją w zły humor, rozdrażnienie i nadmiernie częste sprawdzanie, czy usterka została już usunięta.

# 1

# 1

@mimax2/ Krystyna Knypl

medical journalist

Join the conversation
0
Be the first one to comment on this post!
Up
Copyright @Photoblog.com