3/03/3031. Medycyna Oparta na Wspomnieniach - odcinek czwarty

by Krystyna Knypl March. 03, 2021 319 views

Poprzedni odcinek https://www.photoblog.com/mimax2/2021/03/02/2032021-medycyna-oparta-na-wspomnieniach-odcinek-trzeci/

Następny odcinek https://www.photoblog.com/mimax2/2021/03/04/4032021-medycyna-oparta-na-wspomnieniach-odcinek-piaty/

Toast, który się spełnił

Przed trzema laty obchodziliśmy 50 lecie uzyskania naszych dyplomów lekarskich. Z tej okazji spotkałam się z Marią "Doką" Landowską oraz jej mężem Januszem Ordyńcem , z którymi byłam w 8 grupie studenckiej podczas studiów 1962 -1968 na wydziale lekarskim Akademii Medycznej w Warszawie. Przed dwoma laty miałam okazję porozmawiać przez telefon z Magdą Tarczyńską, która mieszka i pracuje w Johannesburgu. Mamy także stały kontakt z Olą (Leśniewską) Ostrowską.

# 1 Ostatki 1966 r (?): gospodyni balu  Ola Leśniewska w białej bluzce, po jej lewej Ewa Lange, po prawej Maria "Doka Landowska

# 1 Ostatki 1966 r (?): gospodyni balu Ola Leśniewska w białej bluzce, po jej lewej Ewa Lange, po prawej Maria "Doka Landowska

Wspominam gościnny dom państwa Marii i Andrzeja Leśniewskich gdzie bywałam wraz z innymi koleżankami i kolegami z naszej grupy studenckiej. Spędziliśmy tam wiele miłych godzin, a także zakończenie pewnego karnawału w latach 70 tych.

Na zdjęciu powyżej są uczestnicy tego balu. Los fotografa jest taki, że często brakuje go na zdjęciach z uroczystości, którą fotografuje - aby wszyscy w tej relacji mieli równe prawa obecności w tych wspomnieniach, poniżej zamieszczam moje zdjęcie z czasów studenckich.

# 2 Krystyna (Łapińska) Knypl w czasach studenckich

# 2 Krystyna (Łapińska) Knypl w czasach studenckich

Karnawałowe spotkanie zachowuję w pamięci między innymi z powodu toastu wzniesionego przez mamę Oli, która była lekarzem pulmonologiem.

Rozjedziecie się po świecie - mówi dr Maria Leśniewska w pewnym momencie - i będziecie wspominać studenckie czasy. Jesteśmy w latach 70-te PRL i trudno jest mi sobie wyobrazić podróże po świecie, a jednak tak się stało.

Ola pracowała w Libii i Kuwejcie, Doka i Janusz swą praktykę lekarską kontynuowali od lat osiemdziesiątych w Niemczech, Ewa Lange (Wyoming), Andrzej Łysikiewicz ( New York) i Michał Lementowski (Monessen, Pensylwania) związali swoją przyszłość ze Stanami Zjednoczonymi, Victor Sackey przyjechał na studia medyczne z Ghany, a praktykuje w Szwecji, Ali ibn Ibrahim Albazzi przyjechał z Iraku, niestety nie wiem jak dalej potoczyły się jego losy. Raz tylko wymieniliśmy (za pośrednictwem naszej wspólnej koleżanki) korespondencję w latach 70 tych gdy jeszcze Ali był w Europie. Pamiętam urocze słowa zawarte w liście od Alego: Oby Allach miał Cię w opiece, oby chorzy na twój widok zdrowieli - napisał zgodnie z duchem kultury w której wychował się i dokończył już w duchu globalnych obyczajów - całuję cię, Ali.

Praca w Libii na kontraktach była w latach PRL dla wielu lekarzy i pielęgniarek szansą na lepsze zarobki i oderwanie się od szarej rzeczywistości, choć nie oznaczało to braku problemów. Temat obecności Polaków w Libii na przestrzeni wieków ciekawie opisała Katarzyna Jarecka - Stępień na łamach pisma Krakowskie Studia Międzywydziałowe:

Osobną część tej „kontraktowej” grupy stanowili polscy lekarze. Już w 1976 roku Polska podpisała z Libią pierwsze porozumienie o współpracy w za­kresie medycyny i ochrony zdrowia [49]. Wkrótce ze względu na wysokie, w porów­naniu z Polską, dochody do Libii zaczęli wyjeżdżać lekarze, pielęgniarki, wykła­dowcy medycyny i konsultanci. Jak wiodło się naszym lekarzom, najlepiej po­kazuje fragment wspomnień Jerzego Samusika: „Do Zliten przyjechałem w ostat­nim dniu 1977 roku, aby wraz z dużą, niemal 200-osobową grupą polskiego perso­nelu medycznego rozpocząć pracę w wybudowanym tam kilka lat wcześniej nowo­czesnym szpitalu. Początki mieliśmy niełatwe. Zderzyliśmy się od razu z barierą językową. Bardzo szybko okazało się, że znajomość angielskiego, której od nas przy wyjeździe wymagano, była tam w codziennej pracy zupełnie nieprzydatna.Natomiast język arabski - całkowicie dla nas obcy - nie przypominał żadnego spośród znanych nam języków. Wydawało się, że nigdy nie zdołamy opanować gona tyle, aby mógł nam służyć do porozumiewania się. Jeszcze dzisiaj czuję nie­przyjemne dreszcze na plecach, gdy przypomnę sobie, jak w pierwszych dniach pracy słuchałem przerażony potoków dziwnych, niezrozumiałych mi zupełnie słów i zastanawiałem się gorączkowo, czego moi pacjenci mogą chcieć ode mnie i co ja nieszczęsny mam im odpowiedzieć...”[50]. Wkrótce tabib bulandi [lekarz Polak] został całkowicie zaakceptowany przez libijskie społeczeństwo. I jak pisze jeden z lekarzy: „Z czasem nie tylko my nauczyliśmy się języka arabskiego, również miejscowa ludność zaczęła przyswajać sobie polską mowę. Już po kilku miesiącach naszego pobytu, na ulicach Zliten -zamiast arabskiego pozdrowienia »kef halik daktur« - można było usłyszeć wy­mawiane prawie nienaganną polszczyzną przez libijskiego przechodnia »jak się masz, doktorze« lub zwykłe »dzień dobry«”[51].

Wraz z pojawieniem się dużej ilości rodzin polskich powstał problem zor­ganizowania szkolnictwa dla dzieci i młodzieży. Uruchomiono więc szkołę pod­stawową i liceum ogólnokształcące w Trypolisie. Także i w innych miejscowo­ściach, gdzie dzieci w wieku szkolnym było dużo, organizowano regularne zajęcia szkolne; powstały filie szkół w Darnie, Zalitan, al-Chumsie, Benghazi, Barce, al- Bajdzie i Tobruku52. Tworzono także specjalne punkty konsultacyjne, których za­daniem było coroczne egzaminowanie dzieci polskich specjalistów. Istnienie takich punktów konsultacyjnych miało duże znaczenie, gdyż większość dzieci mieszkała poza głównymi centrami miejskimi i nie mogła regularnie uczestniczyć w zaję­ciach organizowanych przez szkoły.Po przemianach, jakie zaszły w Polsce po 1989 roku, zmniejszyła się licz­ba osób chcących wyjeżdżać do pracy zarobkowej do krajów arabskich, w tym także do Libii.

Źródło:

https://repozytorium.ka.edu.pl/bitstream/handle/11315/24584/JARECKA_Polacy_w_Libii_2004.pdf?sequence=1&isAllowed=y

Przed laty moja koleżanka z czasów dzieciństwa Jasia Łapińska, znakomita pielęgniarka o wybitnym talencie manualnym, opowiadała mi o swoim wyjeździe na kontrakt do Libii. Zapytałam ją w jakim języku była prowadzona dokumentacja medyczna, a Jasia odpowiedziała: Po polsku! Nie dowierzałam, ale dziś mam potwierdzenie naukowe tej informacji! Jasia poza fantastyczną umiejętnością wkłuwania się w każdą, nawet najbardziej niedostępną żyłę, pięknie haftuje. Dostałam od niej kilka haftowanych i wyszywanych serwet, zdobią one nasz stół na specjalne i uroczyste okazje.

# 3 Wirtualny e-toast za ósmą grupę; najlepszego dla wszystkich!

# 3 Wirtualny e-toast za ósmą grupę; najlepszego dla wszystkich!

Z Marią "Doką" Landowską i Januszem Ordyńcem mam stały kontakt przez cały czas. Wiele wspólnie spędzonych dni, pamiętnych dni mimo, że los rzucił nas do różnych krajów. Pamiętny dla wszystkich dzień 13 grudnia 1981 roku - siedzimy w naszym domu przy ulicy Niemcewicza 7/9 w Warszawie, mocno wystraszeni ogłoszonym właśnie stanem wojennym. Nagle rozlega się dzwonek do drzwi:

-Kto tam? - pytam zaniepokojona i oczami wyobraźni widzę srogiego przedstawiciela władzy.

-Paczka dla pani z RFN - opada odpowiedź.

Doka i Janusz wysłali dla nas paczkę z różnymi smakołykami i ubrankami dla naszej córki Katarzyny. Pogryzając przysłane czekoladki zastanawialiśmy się co nas czeka, czy kiedyś jeszcze spotkamy się. Smutne dni przeminęły i szczęśliwie mogliśmy spotkać się, także aby uczcić 50 lecie naszego dyplomu.

# 4

# 4

Przed Collegium Anatomicum Maria "Doka" Landowska-Ordyniec, Janusz Ordyniec, Krystyna (Łapińska) Knypl

Z Nowogrodzkiej 59 do Algierii oraz Afryki Zachodniej

W latach 1970 -1973 kontynuowałam pracę w PSK nr1 w ramach studiów doktoranckich, a w 1972 roku zdałam egzamin specjalizacyjny I stopnia z chorób wewnętrznych. Zdawałam w Szpitalu Bielańskim razem z dr Martyną Wierzbicką oraz dr Krzysztofem Dziubińskim. W charakterze opiekuna towarzyszył nam prof. Henryk Chlebus. W 1974 roku Krzysztof obronił pracę doktorska " Trudności diagnostyczne pełzakowicy wątroby", a w dalszych latach specjalizował się w chorobach zakaźnych, medycynie tropikalnej oraz epidemiologii. Pracował w Instytucie Pasteura w Paryżu, był adiunktem w Instytucie Chorób Zakaźnych i Pasożytniczych AM, ordynatorem i dyrektorem Szpitala Zakaźnego w Warszawie. Pracował także jako wykładowca na Uniwersytetu w Setifie w Algierii oraz był konsultatntem ds AIDS z ramienia WHO w Afryce Zachodniej. Dzięki afrykańskiemu szlakowi zawodowemu mojej córki Katarzyny prowadzącemu także przez Algierię oraz Afrykę Zachodnią z Krzysztofem mamy wspólne tematy do bardzo ciekawych dyskusji.

Urlopy w dawnych latach

Nie sama pracą i nauką człowiek żyje, od czasu do czasu warto było udać się na urlop. Mój pierwszy urlop po otrzymaniu dyplomu lekarza spędziłam Krynicy, był to marzec 1968 roku. Podczas tego pobytu jadałam obiady w jednym z sanatoriów, dzięki czemu mogłam oglądać telewizję. Pokazywano jakieś wiece, hasła na transparentach, których nie rozumiałam.

Nie rozumiałam co oznaczało hasło "Syjoniści do Syjonu!", tak naprawę to nie wiedziałam co oni za jedni i gdzie ten Syjon leży.

Nie tylko zresztą ja nic nie rozumiałam. Po latach czytam wspomnienia kolegów z rocznika 1961 - 1967, aktywistów uczelnianych - oni też nic nie rozumieli... Obieg informacji w przyrodzie był jednak inny niż teraz.

Wystawione, a następnie zdjęte z afisza "Dziady" Adama Mickiewicza dobrze odzwierciedlały nastrój zarówno ogólnokrajowy, ale i mój osobisty pod koniec lt 70 tych.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,

Co to będzie, co to będzie?

- pisał Adam Mickiewicz. Czytelnicy dramatu romantycznego oraz widzowie w Teatrze Narodowym, w którym grano przedstawienie, słowa wieszcza z pewnością słowa wieszcza odnosili do ówczesnej rzeczywistości. Nie żywiąc specjalnie zainteresowania do polityki realizowałam moją karierę lekarską, przetykaną od czasu do czasu urlopami i sporadycznymi wyjazdami służbowymi.

Następny urlop spędziłam w Zakopanem, kilka razy wyjeżdżałam na wczasy FWP do Przesieki, gdzie bardzo sympatycznie spędzałam czas zwiedzając Karkonosze oraz tańcząc na wieczorkach zapoznawczych i pożegnalnych.

Na początki lat 80 tych pojawiły się organizacyjne oraz finansowe możliwości wyjazdów do bardziej atrakcyjnych miejscowości zagranicznych. Byłam na urlopie w Bułgarii (Słoneczny Brzeg) - było sympatycznie, ale to też był Kraj Demokracji Ludowej jak wtedy określano, czyli nie taka znowu wielka atrakcja. Wyjechać na Zachód! - to było powszechne marzenie. Do krajów prawie zachodnich zaliczano w tamtych latach Jugosławię. Najlepszym tego dowodem było nie tylko położenie geograficzne, ale tam podobno na każdej ulicy były inne ceny! Informacja ta dla dociekliwej mieszkanki Kraju Demokracji Ludowej była bardzo intrygująca. Postanowiłam sprawdzić czy to prawda co opowiadali bywali w świecie koledzy i w kilka miesięcy po obronie pracy doktorskiej wybrałam się na urlop do Jugosławii.

Można było wybrać się tam z Orbisem. Bywalcy opowiadali rzeczy, które nie mieściły się w głowie. Nie dość, że na każdej ulicy były inne ceny, to jeszcze byłą tam coca - cola. To już było nie do wyobrażenia! Takie kuszenie! A ja miałam tylko w pamięci smak kwasu chlebowego, którym gasiliśmy sobie pragnienie podczas praktyki studenckiej w Rydze.

# 5 Na urlopie w Spilicie, b.Jugosławia 1976

# 5 Na urlopie w Spilicie, b.Jugosławia 1976

Wykupiłam wycieczkę do Jugosławii w Orbisie. Podróż odbywała się na paszporcie zbiorowym. Była to druga połowa wrzesienia (pewnie była tańsza cena wycieczki), bowiem śledziłam komentarze związane z ucieczką pilota samolotu MIG -25 w prasie anglojęzycznej, dostępnej w kiosku hotelowym. Kupowałam co kilka dni gazetę i czytałam ją na plaży. Zakres informacji był szerszy niż te które były dostępne w kraju i było to bardzo ciekawe porównanie. Hotel położony nad brzegiem morza, nieco na wzgórzu. Obok była szosa, a na niej przystanek autobusu, którym można było pojechać do centrum miasta. Powiedzmy, że był to Hotel Jadran (?). Schodziło się pachnącym ogrodem w dół na kamienistą plażę.

Mieszkałam w pokoju dwuosobowym, ze starszą panią, miłośniczką wycieczek, która pracowała w Łodzi jako włókniarka, przez cały rok odkładała pieniądze aby pojechać na zagraniczną wycieczkę.

Zapamiętałam obfitość jedzenia, wino do kolacji, dostęp do prasy anglojęzycznej. Czytałam więc gazety angielskie, polegując na rozłożonym ręczniku na kamienistej plaży. Na wypożyczenie leżaka lub materaca mój budżet młodej lekarki nie pozwalał.

W drodze powrotnej mieliśmy spore opóźnienie i przewodnik grupy zorganizował zgłodniałym podopiecznym kanapki. Nie mieliśmy takich budżetów aby kupować sobie kanapki w zagranicznej kawiarni lotniskowej.

Wróciłam owiana wielkim światem. Podobał mi się!

https://modnediagnozy.blogspot.com/2017/03/wakacje-nad-adriatykiem.html

@mimax / Krystyna

  Be the first to like this post
Join the conversation
0
Be the first one to comment on this post!
Up
Copyright @Photoblog.com