W Tatrach część 1

by Andrzej Pieniążek April. 07, 2021 280 views

Żeby zacząć przygodę trzeba zebrać drużynę . Tak dość często zaczynają się sesje z papierowymi grami fabularnymi i z komputerowymi też , ale okazało się , że w realu też tak można nie trzeba się przenosić do Tamriel czy innego fikcyjnego świata . W końcu życie jest chyba największym erpegiem w jaki przyszło mi zagrać . Czasem nudnym , nieciekawym , ale czasem pełnym perełek jak quest którego jednym z głównych bohaterów stałem się w pewną zimową lutową sobotę . Lecz zacznijmy naszą opowieść od początku . Cały tydzień wcześniej znajomy "Bohater niezależny" a właściwie Bohaterka uratowała mnie pomagając mi wykonać innego questa który dopełnił się w pewną sobotę . Zaopatrzyła mnie w magiczny strój który zmienił mnie w meksykańskiego pistolejros , a on to pozwolił mi stać jedną z gwiazd pewnej imprezy z której relacja jest w poprzednim wpisie . Ja odbierając przedmioty potrzebne do wykonania zadania zdradziłem się z planami kolejnego zadania którego wykonania miałem się podjąć już za tydzień . -W przyszłą sobotę z drużyną "Wierchów" wybieram się w polskie Tatry eksplorować rejon Doliny Kościeliskiej - rzekłem do znanej mi bohaterki niezależnej . W jej oczach pojawił się znany mi już z niektórych razem odbytych przygód błysk . -Ale pójdziemy do Jaskiń- powiedziała i dodała -musimy zabrać Burzowłosą , bez niej wyprawa się nie uda- . -No dobra , ale nie wiem czy "Mistrzyni Gry" wciśnie jeszcze dwie uczestniczki do gry , a właściwie wozów które miały nas powieść ku przygodzie - .Od razu wskoczyło mi kolejne zadanie poboczne do wykonania . Miałem przekonać Mistrzynie Gry żeby zabrała jeszcze dodatkową dwójkę na wyprawę . Pożegnałem się z bohaterką niezależną zwaną dalej "Małą Czarną". Po drodze do swojej twierdzy zaliczyłem jeszcze nocną eksplorację terenów dookoła tajemniczego zamarzniętego jeziora . No i najważniejsze nawiązałem łączność z organizatorką wyprawy dzięki malutkim magicznym pudełeczkom . Okazało się , że dwie nieduże osóbki Mistrzyni może jeszcze zabrać . Na szybko w myślach dokonałem jeszcze ekspresowych pomiarów i potwierdziłem , że są nieduże . No to teraz został mi cały tydzień na przygotowania do wyprawy i nabycie w faktoriach handlowych nowego sprzętu i wyposażenia niezbędnego w wykonaniu nadchodzących zadań . No i w końcu nadeszła sobota . Cała drużyna Wierchów zebrała się jak zwykle pod starosłowiańskim kamiennym bóstwem, Światowidem ucharakteryzowanym dla niepoznaki jako "Muzeum PRL" . Na miejsce spotkania dotarłem jako pierwszy ze swojej drużyny . Chwilę później dodreptały dwie pozostałe bohaterki . Mała Czarna z błyszczącymi oczami i Burzowłosa wyraźnie zmęczona nocnymi zmaganiami z groźnym demonem COVIDEM który od wielu miesięcy prześladuje nasz świat .Zajęliśmy miejsca w dyliżansie dalekobieżnym który miał nas powieźć ku przygodzie . Niestety w naszej grze jeszcze nikt nie odkrył skutecznego i bezpiecznego sposobu na błyskawiczne przemieszczanie się więc czekała nas ponad dwu godzinna przejażdżka . Na szczęście na z roku na rok coraz doskonalszych traktach . W końcu dotarliśmy do Kir gdzie roiło się od innych śmiałków z których nie wszyscy jeszcze wiedzieli co zrobić ze sobą i jak kontynuować przygodę . Tu okazało się , że nasza ubrana na czarno członkini drużyny ma umiejętności magiczne . Używając jeszcze w dyliżansie swojego magicznego pudełeczka załatwiła nam szybkie i bezproblemowe wejście do Doliny Kościeliskiej . Rzuciła na naszą trójkę chwilowy czar niewidzialności dzięki któremu ominęliśmy strażników pilnujących wejścia i nie musieliśmy stać w wielkiej kolejce do punktu pobierającego myto za przekroczenie granic tajemniczego Tatrzańskiego Parku Narodowego . Oprócz tego od samego ranka wszyscy znani nam bogowie byli łaskawi . Na szlaku przez cały czas miała nam towarzyszyć piękna pogoda . Energicznym marszem wspierając się na kosturach (no bohaterom inaczej nie wypada) zmierzaliśmy do miejsca przeznaczenia . Cały czas szerokim traktem oznaczonym kolorem zielonym parliśmy cały czas do przodu zatrzymując się tylko po to żeby podziwiać cudne widoki i zdejmować z siebie kolejne warstwy ubrań . Przecież to był omalże środek zimy i powinno być pierońsko zimno , a tu upał jak w lecie . Przez chwilę podejrzewaliśmy spisek jakiś ciemnych sił , ale tylko przez chwilę . Ja przypomniałem sobie inną wyprawę zimową tą doliną . Było wtedy tak samo jak dziś choć szedłem bez drużyny , a cel wyprawy był inny . Też wtedy bez odrobiny strachu rwałem przed siebie , aż rozwiewałem gałęzie okolicznych świerków . Stwierdziłem , że fortuna sprzyja odważnych i tak właśnie ma być . W końcu dotarliśmy do miejsca gdzie czas było zejść z wygodnego traktu . Wąska stroma i śliska ścieżka prowadząca pod górę była oznaczona złowrogimi barwami , czarną i czerwoną . Szybciutko jeszcze rzuciliśmy na nasze ciżmy czary dzięki którym wyrosły na nich malutkie metalowe kolce połączone łańcuchami i ruszyliśmy pod górę pojedynczo . Na przedzie jak zwykle nie znająca lęku Mała Czarna . Później pozostała dwójka . Mimo ułatwień w postaci zamocowanych do skalnych ścian łańcuchów okazało się , że na nasze ciżmy rzuciliśmy za słabe czary i cały czas się ślizgamy . Na kawałku w miarę płaskiego terenu użyliśmy najsilniejszych bardzo skomplikowanych i rzadko stosowanych czarów . Trochę trwało nim poprawnie skleciliśmy i powiązaliśmy całość poprawnie . Efekt był nadzwyczajny na naszych podeszwach i czubkach butów wyrosły potężne trójkątne metalowe kły które praktycznie wżerały się łapczywie w powierzchnie szlaku . W pewnym momencie doszliśmy do miejsca gdzie prowadzące nas kolory rozdzielały się . Wiedzieliśmy , że w ciągu tej jednej krótkiej sobotniej wyprawy nie damy rady zdobyć wszystkiego . Wybraliśmy więc jako prowadzący nas dalej kolor czerwony . I już po chwili doszliśmy do pierwszej tego dnia jaskini , jaskini Obłazkowej . Cudownie oświetlona przez słońce i mamiąca nas odblaskami na lodowych ozdobach zapraszała nas do środka . Więc weszliśmy i poddaliśmy się otaczającej nas magii . Cała nasza trójka rzuciła się żeby utrwalać to co widzimy we wnętrzach magicznych pudełeczek które nosimy ze sobą . Totalnie zauroczeni poddaliśmy i prawie zostaliśmy w tym miejscu na dłużej , ale główny cel był stale przed nami i w końcu ruszyliśmy ku Jaskini Mylnej . Po pokonaniu skalnego zakrętu zobaczyliśmy ciemny otwór w skale który zupełnie nie zachęcał żeby się do niego zbliżać , ale obie walkirie ruszyły bez strachu ku wejściu . jeszcze chwilę postały w wejściu ciesząc się słońcem i już po chwili zniknęły we wnętrzu góry . Ja przez chwilę jeszcze się wahałem , ale nie wypada żeby bohaterski bohater i prowodyr wyprawy spietrał . Sam zagłębiłem się w kamiennych czeluściach i już po chwili zaskoczony znów stałem w słońcu patrząc przez kamienne okna na widoczne w oddali majestatyczne tatrzańskie szczyty . Mieliśmy przed sobą duże otwory w skałach nazwane na cześć jednego z graczy Oknami Pawlikowskiego . Mieliśmy z nich piękny widok na leżącą u naszych stóp Dolinę Kościeliską i pokryte białym śnieżnym puchem szczyty Tatr Zachodnich Bystrą i Błyszcza . W tym miejscu nie potrzebowaliśmy jeszcze specjalistycznych sprzętów kryjących się w naszych bezdennych plecakach . Zaczęliśmy się powoli przygotowywać do zejścia w ciemne czeluście Jaskini Mylnej . Dziewczyny jako bardziej doświadczone w tego typu wyprawach nie musiały się zaopatrywać w tyle nowego sprzętu co ja . Wygodną czapkę która już zwiedziła kawał znanego nam świata zmieniłem na piracką chustę , a na nią założyłem mój nowiutki błękitny hełm . Nabyłem w takim kolorze po to żeby przypominał mi o kolorach nieba gdy już zamkną się nad moją głową mroczne tajemnicze skalne korytarze . Na kasku założyłem podobnie jak współtowarzyszki magiczne nie wytwarzające płomieni pochodnie . Choć nie parzą i nie opalają wszystkiego dookoła to dają mnóstwo tak potrzebnego w ciemnościach światła . Nasze magiczne kostury za sprawą czarów zmniejszyliśmy na tyle , że prawie mieściły się do plecaków a z ciżm zdjęliśmy czary umożliwiające poruszanie się po lodzie . No i nadszedł czas na ostatni potężny magiczny element . PLASTIKOWY WOREK NA ŚMIECI ma chronić nasze sakwy przed zamoknięciem . Jeszcze ostatnie spojrzenie na słońce przez kamienne okna . Jeszcze ostatnie łyczki magicznych napojów , kawy i herbaty pochodzących z egzotycznych krajów żeby dodać sobie odwagi i ruszyliśmy . Jeszcze za pierwszy załom korytarza dociera ciepłe światło słoneczka oświetlające pierwsze lodowe kolumienki , ale już odpalamy nasze pochodnie bo za chwilę nie będzie już słońca . Jak zwykle prowadząca Mała Czarna opada na czworaka i znika w niewielkiej dziurze . Po chwili to samo dzieje się z Burzowłosą i ja też przypominam sobie czasy jak w tej pozycji raczkowałem i wchodzę w ciemność . Przez chwilę jest ciasno , ale już po chwili jestem w pierwszej skalnej komorze . Na ścianach tańczą niesamowite cienie stwarzane przez nas samych gdy rozglądamy się po całej komorze . Zaczęliśmy nasz spacer na przestrzał przez górę . Przeciskamy się dalej coraz głębiej i głębiej . Miejscami jest ciasno , że ledwie się przeciskam nie to co moje towarzyszki doświadczone speololożki . W wielu miejscach góra nakazuje okazać sobie pokorę . Znów zmusza nas do poruszania się na czworakach , na kolanach , prawie , że pełznięcia . Gdy na chwilę się zatrzymujemy ogarnia nas niesamowita cisza w której nasze oddechy huczą jak kowalskie miechy . W pewnym momencie docieramy do przejścia przez które przedostanie się wygląda na niemożliwe . Pochyła oblodzona ściana kończąca się bezdenną szczeliną . Niby zabezpieczona przymocowanym do ściany solidnym łańcuchem zawieszonym na całej długości przejścia , ale mimo to nie zachęca do poruszania się nią . Jak zwykle do przodu wyrywa się jako pierwsza Ciemnowłosa Mała Czarna . Mknie do przodu jakby szła po wygodnych trotuarach naszego królewskiego miasta . Gdy jest w połowie woła nas do siebie . Jako druga rusza Burzowłosa , a ja za nią . Próbuje Ją namówić żeby się na chwilkę odwróciła gdyż chce zrobić Jej portret swoim magicznym pudełeczkiem . Nie odwraca się skazując mnie na podziwianie Jej mniej (?) reprezentacyjnej strony . Gdy docieram do miejsca gdzie namawiałem Ją do pozowania zaczynam rozumieć dlaczego się nie odwróciła . Ja też bym się nie odwrócił . Wszędzie jest lód . Maksymalnie odchylony na naprężonym łańcuchu jakoś pokonuję ostatni odcinek i już jestem w bezpiecznym ciasnym korytarzyku . Oj na mojej łysej głowie przybyło pewnie kilka siwych włosów . Po tym przeżyciu przez chwilę odpoczywamy przy cudnej lodowej kolumnie , stalagnacie łączącym sufit z podłogą . Żegnamy ją zachwyconymi spojrzeniami i ruszamy w dalszą drogę . Przechodzimy raptem kilkanaście metrów i nagle wita nas naturalne światło słońca . Przeszliśmy na wylot przez górę . Daliśmy radę . Uśmiechnięci od ucha do ucha cieszymy się z zaliczenia kolejnego questu . Koleżanka urządza jakieś dziwne tańce do których mnie wciąga . Po chwili okazuje się , że po prostu czyściła z błota pewne miejsce gdzie kończą się szlachetne plecy , a zaczynają cztery litery , a ja byłem potrzebny jako napęd który Ją rozkręci . Przed wyjściem z jaskini urządziliśmy sobie najdłuższą tego dnia przerwę . W końcu nam się należało . Uwolniliśmy się od wszystkich specjalistycznych elementów wyposażenia ułatwiających nam eksplorację jaskini . Niestety czas nie stał w miejscu . Jeżeli mieliśmy zaliczyć kolejne przygody musieliśmy ruszyć w dalszą drogę . Zaczęliśmy się pakować i tu pojawiły się pewne trudności . Śnieżnobiały hełm Burzowłosej nie chciał spędzić reszty dnia zamknięty w plecaku . Nie pomogły przekupstwa , obietnice . Uparł się , że nie schowa się i tyle . Tak czasem bywa z magicznymi artefaktami . Resztę wyprawy spędził zawieszony na zewnątrz plecaka . Znów rzuciliśmy mocny czar na nasze buty gdyż czekało nas jeszcze trudne zejście do doliny . Tym razem poszło szybciutko . Chyba nabieramy wprawy w czarowaniu . Po kilkunastu minutach znów staliśmy na szerokim idącym doliną zielonym trakcie . Spędziliśmy na nim tylko krótką chwilkę gdyż znów z niego zboczyliśmy na żółtą ścieżkę prowadzącą nas do Wąwozu Kraków . Tu zagłębiliśmy się w wąskie przejścia prowadzące wśród majestatycznych skał . Gdy dotarliśmy do końca wygodnej ścieżki okazało się , że jest tam Smocza Jama do której prowadzi bardzo trudna trasa . Doszliśmy do wniosku , że na dziś już mamy dość niebezpieczeństw i po burzy mózgów którą urządziliśmy ustaliliśmy , że zawracamy . Ale znaleźliśmy chytry sposób żeby i tak zdobyć Smoczą Jamę i może nawet usiec smoka . Gdy powróciliśmy na zielony trakt cichutko doszliśmy do drugiego końca żółtej ścieżki i gdy nikt nas nie obserwował poszliśmy pod prąd . Szybko dopadliśmy do maskujących nas krzaków i ruszyliśmy do drugiego wejścia/wyjścia kolejnej jaskini . Już po chwili marszu w czasie którego mogliśmy się znów cieszyć widokami pięknie oświetlonych gór wznoszących się dookoła nas dotarliśmy do wylotu jamy . Żeby zaliczyć wszystkie zaplanowane na dziś zadania postanowiłem jeszcze spenetrować Smoczą Jamę czy na pewno nie ma w niej smoka . Jeszcze raz zaopatrzony w już nie tak nowy hełm i z ciągle aktywnymi na ciżmach czarami przeciw poślizgowymi ruszyłem w dół szlaku , żeby do jaskini dostać się od właściwej strony . I tu okazało się , że nie deaktywując na butach czarów popełniłem duży błąd . Okazało się , że te doskonałe na lodzie czary za nic nie chcą działać na golutkich skałach , a wręcz utrudniają poruszanie się po nich . Gdyby nie różne ułatwienia założone na szlaku i w jaskini przez innych graczy pewnie bym miał problem wrócić do reszty drużyny . Dziewczyny słusznie odpuściły sobie ostatnią przygodę tego dnia . Po tym jak wypełzłem z trzeciej już tego dnia jaskini ruszyliśmy z powrotem już obierając właściwy kierunek na szlaku . Na głównym leżącym w dolinie szlaku zaczęliśmy spotykać resztę drużyny Wierchów wracającą ze swoich przygód i już razem ruszyliśmy w stronę Kir gdzie czekały dyliżanse mające nas zabrać do Krakowa . Kolejna bardzo rozbudowana przygoda została zakończona w tym najdłuższym erpegu w jaki gram od zawsze . Lecz to nie koniec jutro niedziela i kolejne questy do zaliczenia już z inną drużyną i w innych miejscówkach .

Parę tygodni miałem problem z weną pisarską , a ta wycieczka zasługiwała na jakiś mam nadzieję ciekawy wpis . No i dziś po słuchaniu przez cały dzień Power i Viking Metalu wpadłem na coś takiego . Nie opowiedziałem w nim o tylu innych rzeczach . Skoncentrowałem się na przygodach drużyny z którą szedłem , a przecież na tym wierchowym wyjeździe była moja drużyna z którą jeździłem zawsze przez całe życie . Dziś ich zdradziłem w jakimś tam stopniu , a przecież mój najlepszy kumpel dopiero drugi raz prowadził samodzielnie wycieczkę i musiał upilnować sam całą dużą grupę . Dał radę no kto jak nie on , a najlepsza kumpela musiała przez cały dzień zabawiać dwójkę dzieciaków i ich mamę . Fajnie zaskoczyła mnie ta sobota . Plan był zupełnie inny . Marzyło się ponowne zdobycie Ornaku w zimie , a tu zostałem zaciągnięty przez dwie Walkirie do jaskiń i też było Z........E .

Join the conversation
0
Be the first one to comment on this post!
Up
Copyright @Photoblog.com